7 lutego 2018

Italia - podsumowanie stycznia


Jak wiecie z jednego z poprzednich wpisów, w styczniu zaczęłam prowadzić Zmysłownik - coś na kształt kalendarza kulturalnego, w którym codziennie uzupełniam kronikę, a na koniec miesiąca podsumowuję wszystkie swoje osiągnięcia związane z kulturą i poszerzaniem wiedzy; w formie spisów, tabelek i kolaży zdjęć. Styczeń okazał się być bardzo płodnym miesiącem. Dużo czytałam, obejrzałam rekordową w ostatnim czasie ilość filmów oraz zrobiłam kolaż, z którego jestem bardzo dumna. Zaczęłam styczeń bez większego planu, jednak po kilku dniach wyklarował mi się motyw miesiąca, a została nim Italia. Nigdy specjalnie nie lubiłam Włoch, myślę jednak że niesprzyjająca aura za oknem sprawiła, że wszystkie te słoneczne motywy szczególnie do mnie przemówiły, w związku z czym, od połowy miesiąca, świadomie już sięgałam tylko po to, co związane z Italią. Dodatkowo na koniec stycznia kupiłam sobie książkę kucharską z włoskimi przepisami i moje styczniowe dolce vita mogłam odbierać wszystkimi zmysłami, jak na projekt o tej nazwie przystało.
......
Chciałabym podzielić się z Wami swoimi styczniowymi odkryciami. Skupię się tylko na tych, które dotyczą Włoch, chociaż jak widzicie na poniższym zdjęciu, było kilka rzeczy niezwiązanych z tym krajem.


Śmierć w Wenecji. Moje pierwsze spotkanie z obrazem Viscontiego (ponad dekadę temu) było ciężkie. Właściwie po 20 minutach chciałam wyłączyć komputer, jednak tym, co kazało mi oglądać ten fascynujący spektakl dalej, były niezwykle malownicze kadry, impresjonistyczne ujęcia plaży i niezwykle niespieszne (co było jednocześnie moim zarzutem wobec filmu) ukazywanie nadmorskiego życia w typowym kurorcie dla dobrze sytuowanych. Główny wątek filmu - fascynacja Gustawa von Aschenbacha Tadziem, zeszła wówczas na dalszy plan i dopiero drugi (i kolejne) seanse, oszołomiły mnie wielością interpretacji, głębią tego, czego jesteśmy świadkami śledząc pozornie błahe gesty bohaterów (genialna gra Dirka Bogarde) i ich stopniowe zanurzanie się w niszczycielskiej sile uczucia i epidemii, ale o tym napiszę niżej, gdzie omawiam książkę. Porównując tę warstwę wizualną Śmierci w Wenecji do książki, uważam że jest to niezwykle dobra ekranizacja. Visconti w niezwykle przenikliwy sposób ukazał to, o czym czytamy w noweli Manna, oddając w obrazie całą istotę jej treści.
La grande bellezza. Tak jak powiedzieć o Śmierci w Wenecji, że jest to film o dojrzałym mężczyźnie wzdychającym do chłopca, tak powiedzieć o La grande bellezza, że jest to obraz o poszukiwaniu piękna, jest zarazem dyletanckim uproszczeniem, jak i - w związku z tym, że trudno w kilku słowach oddać ducha obu filmów - bardzo ogólnym streszczeniem fabuły, które, pomimo tej płytkiej interpretacji, w jakiś sposób nakreśla podstawowy i najbardziej charakterystyczny wątek filmu. Otóż tak, Wielkie piękno jest filmem o trwającym wiecznie (w wiecznym mieście zarazem) poszukiwaniu. Znów więc, jak w Śmierci... mamy motyw upływającego czasu i Artystę - tym razem bohaterem jest pisarz jednej książki, 65 letni Jep Gambardella - który zabiera nas w symboliczną podróż po Rzymie. Wędrujemy więc przez skąpane w słońcu wąskie ulice, zielone przyklasztorne ogrody, katolickie świątynie pełne złota i dawnej sztuki, trwające do rana imprezy pod gołym niebem, odwiedzamy opustoszałe włoskie pallazzo, oświetlone jedynie blaskiem świecy, by wraz z naszym cicerone odpocząć na jego nadzwyczajnym tarasie z widokiem na Koloseum. Wieczne miasto jest jednak pełnym rozmachu, ale tylko tłem, do postawienia ważnych pytań o przeżywanie sztuki i jej kryzys, o snobizm i współistniejącą z nim ignorancję, wreszcie o duchowość, która kontrastuje ze zmysłowością. Wszystko to w pełnych doskonałości kadrach, które usatysfakcjonują wszystkich estetów.
Utalentowany Pan Ripley. W tym filmie wszystko jest zjawiskowe. Począwszy od pięknych, niezwykle sugestywnych bohaterów (genialna, "amerykańska" rola Philipa Seymoura Hoffmana), przez obrazy Rzymu, Wenecji, małego miasteczka nad morzem pełnego lokalnego kolorytu; piękno renesansowych pałaców zestawione z jazzowymi klubami lat 50-tych, aż po wspaniale skonstruowany scenariusz, który sprawia, że film do ostatniej sceny ogląda się z niesłychaną ciekawością. Na tym tle z całą mocą rozbrzmiewa historia zręcznego manipulatora, Toma Ripleya, który bardzo przypadkowo dołącza do grupy bogatych rówieśników, chłonących włoskie życie pełnymi garściami. Nieśmiały, bardzo inteligentny bohater, który obserwuje to życie z mieszaniną zazdrości i fascynacji, postanawia stać się jednym z nich, co ostatecznie prowadzi do tragedii. I to niejednej.
Malena. Ten film, w przeciwieństwie do pozostałych trzech, oglądałam po raz pierwszy. Słyszałam o nim wiele razy od znajomych, chociaż żadna z tych opinii nie zachęciła mnie do sięgnięcia  po niego wcześniej. W Malenie włoskie widoki ograniczają się do małego, nadmorskiego, sycylijskiego miasteczka, któremu brakuje nieco urody, szczególnie kiedy porównuje się je z malowniczymi lokacjami z pozostałych filmów. Dzięki temu jednak świetnie odgrywa ono rolę neutralnego tła dla filmowej bohaterki, której sposób bycia i uroda zdecydowanie wybijają się na tle pospolitych mieszkańców i przyprawiają wszystkich okolicznych młodzieńców o szybsze bicie serca oraz innych części ciała, co - jak na film o dojrzewaniu przystało - zajmuje dość poczesne miejsce w całej historii. Jednak nastoletni chłopcy w sennym, gorącym miasteczku marzą nie tylko o Malenie. Równie ważne są długie spodnie i strzyżenie na fotelu "dla dorosłych", co równa się wkroczeniu do świata prawdziwych mężczyzn. Chociaż do filmu raczej nie powrócę, uważam go za jeden z odważniejszych obrazów ukazujących proces chłopięcego dojrzewania i polecam Waszej uwadze. 


Śmierć w Wenecji /Thomas Mann/ - audiobook. Nowela Manna jest niesamowicie wymagającą lekturą, szczególnie kiedy dawkuje się ją w formie audiobooka (tym bardziej, że był to mój pierwszy audiobook od czasów Pana Tadeusza, którego słuchałam w liceum, nie skupiając się jednak zbytnio), w zamian dostarczając niesamowitych wrażeń estetycznych. W ogóle forma noweli - szczególnie że dzisiejsza literatura przesycona jest gadaniną i rozwlekaniem wątków na wiele, wiele stron - działa dobrze na umysł, podając mu bardzo konkretne informacje, nie stroniąc jednocześnie od wyrafinowanej formy wypowiedzi. Długo by pisać o genialności tej książki, powstały na jej temat nawet prace naukowe, które bardzo polecam (np. Marcin Wołk, Późne wtajemniczenie. O "Śmierci w Wenecji" Tomasza Manna, i inne, dostępne w necie), gdyż okrojona współcześnie edukacja sprawia, że bez małych podpowiedzi nie jesteśmy w stanie dostrzec wszystkich znaczeń i niuansów, jakie autor wykoncypował na tych kilkudziesięciu stronach pozornie zwyczajnej opowieści. Osobiście najbardziej lubię ewolucję narracji, ukazującą stopniowy upadek Gustawa von Aschenbacha. Spokojna początkowo, choć z elementami zapowiadającymi tragizm wydarzeń, opowieść o Sztuce, duchowym pięknie wielbionym przez bohatera w osobie jasnowłosego Tadzia, opowieść o obowiązku społecznym, o fundamentach kultury, przyzwoitości, dochodzi w pewnym momencie do punktu kulminacyjnego, jakim jest nieudane opuszczenie Wenecji przez Aschenbacha. Niby nic się nie zmienia, bohater zostaje, a jednak zmienia się wszystko, bowiem od tej chwili poddaje się szaleństwu uczucia, a jego dotychczasowe zasady zostają odsunięte na bok, zatraca się w swoich obsesjach i snuje po mieście wleczony na błazeńskim pasku namiętności.
Książęta kościoła, artyści i kurtyzany. Opowieści rzymskie /Josef Imbach/. Tytuł tej książki w dużej mierze podsumowuje jej treść, na którą składa się kilkadziesiąt bardzo ciekawych, osadzonych w historii, gawęd o wiecznym mieście. Przemierzamy rzymskie dzielnice, by przystanąć na chwilę przed godnym uwagi budynkiem, zatrzymujemy się przed tablicami pamiątkowymi poznając historie papieży, ich nałożnic, a nawet rzeźb Maryi Dziewicy będących podobizną tych drugich. Wchodzimy do włoskiej lodziarni Giolitti (48 smaków do wyboru!), zaglądamy do latryn starożytnego Rzymu, przyglądamy się zabytkom lub pozostałym po nich śladom, by na koniec kupić sobie papieskie błogosławieństwo, wykaligrafowane za kilkadziesiąt euro. W czasie tej przechadzki, warto mieć pod ręką smartfona, żeby na bieżąco oglądać wszystkie wymienione w książce miejsca.
Improwizator /Hans Christian Andersen/. Jeden z rozdziałów swojej pracy magisterskiej poświęciłam powieściom odcinkowym, które ukazywały się w pewnej XIX-wiecznej gazecie. W dużym skrócie mówiąc, historie te konstruowane były według czarno-białego schematu, w którym najważniejszy był cel dydaktyczny, czyli ukazanie moralnego (i niemoralnego) postępowania bohaterów, potwierdzenie jakiejś tezy postawionej przez autora i ugruntowanie tradycyjnej roli kobiety. Taka właśnie jest ta książka. Spodziewałam się XIX-wiecznej historii - że posłużę się takim wyrażeniem - z gatunku płaszcza i szpady. Zapowiedzi obiecywały epickie opisy Włoch i wspaniałe przygody. O ile opisom nie mogę odmówić rozmachu i plastycznego ujęcia, o tyle przygody są tak niesamowite, że ich liczba zdołałaby zapełnić trzy książki o podobnej tematyce. Dodatkowo, bohaterowie narracji natrafiają na siebie w najbardziej niesamowitych momentach i najodleglejszych miastach Italii, zupełnie jak w taniej telenoweli, a ich losy są z góry określone. Na szczęście nawet Ci, którzy zeszli na złą drogę, mają szansę przedśmiertnego nawrócenia, z której ochoczo korzystają, a główny bohater - który wydaje się przed podjęciem każdej decyzji zapytywać: Co w tej sytuacji zrobiłby Chrystus? - jest wzorem cnót i nigdy nie myli namiętności z miłością.



Italia do zjedzenia /Barek Kieżun/. Kiedy zobaczyłam tę marmurowo-złotą okładkę po raz pierwszy, na zdjęciu w internecie, pomyślałam że jest to z pewnością jedna z tych bardzo pretensjonalnych współczesnych książek kucharskich, w których przepisy wymagają bądź wydania milionów monet na poszczególne składniki dań, bądź ich bezpośredniego sprowadzenia z jakichś zapomnianych regionów, są bowiem tak przesiąknięte lokalnością, że poza miejscem ich wytwarzania, nigdzie nie można ich znaleźć. Otóż nie, moi drodzy. Italia do zjedzenia oprócz posiadania pretensjonalnej  - i jakże włoskiej - okładki, pełna jest świetnych, prostych przepisów na dania, które w kilkanaście minut wyczarujemy w naszej kuchni, używając Parmigiano-Reggiano z najbliższego Lidla. Jedynym przepisem z górnej półki, jaki do tej pory namierzyłam w książce, jest tagliatelle z czarną truflą. Poza przepisami, książka pełna jest opowieści o regionach, miastach i miejscach, napisanych z lekkością i humorem oraz zdjęć, które zachęcają do rzucenia wszystkiego i wybrania się do tego słonecznego świata, gdzie cytrusa zerwiemy sobie prosto z drzewa. Polecam także blog autora, gdzie już teraz możecie poczuć ten klimat.
Jedynym minusem książki, jest wspomniane złoto na okładce, które ściera się przy użytkowaniu. Może trochę marudzę, jednak przy tak niezwykle estetycznym wydaniu, przydałoby się coś trwalszego.




Od dłuższego czasu myślałam nad tym, by zrobić kolaż. Mam taki specjalny kartonik, w którym zbieram ciekawe wycinki z gazet (szczególnie te w stylu retro, o które dość ciężko we współczesnych pismach), jednak dopiero kolaże ze Zmysłownika zainspirowały mnie na tyle, że postanowiłam zrobić własny. Początkowo myślałam że będzie to taki mini kolaż bezpośrednio na jego kartach, jednak wstępna wizja zaczęła się rozszerzać, w związku z czym kolaż ma wymiar nieco większy niż klasyczne A4. Długo by pisać jak powstawał. Najpierw w Piśmie znalazłam Tadzia, który jest tak naprawdę biblijnym Tobiaszem z obrazu Andrei del Verrocchio i od niego wszystko się zaczęło. Do tej postaci zaczęłam dobierać pozostałe elementy i tworzyć w głowie wypełnioną nimi przestrzeń. Musiałam też wydrukować morskie tło (obraz Courbeta), postać lekarza w masce oraz bohatera kolażu - Gustawa von Aschenbacha, gdyż to bezsprzecznie jemu poświęcony jest kolaż. Wszystkie elementy wyklejanki mają swoje znaczenie - jeżeli znacie książkę i film (gdyż kolaż łączy oba dzieła), możecie pobawić się w interpretację. Podpowiem dwa pierwsze dolne elementy: secesyjny ornament ma symbolizować europejską kulturę w początkach XX wieku, która stanowi niejako fundament całej opowieści, natomiast dwa fragmenty pisane niemieckim gotykiem nad nim, odnoszą się bezpośrednio do pisarskiego fachu Aschenbacha, osadzonego głęboko w niemieckości, naznaczonego rutyną codzienności, w którym nastąpił jednak pewien wyłom, na co wskazuje dłoń umieszczona pośrodku. Życząc Wam udanej zabawy, napiszę jeszcze, że najbardziej morderczą dla mnie częścią wykonania kolażu było klejenie, które zajęło mi równe 2 godziny.


Jeżeli jeszcze nie macie dość (a wierzcie mi, że ja już trochę mam, bo tworzę ten wpis trzeci dzień z rzędu), to chciałabym polecić Wam trzy dodatkowe inspiracje związane z Italią, które nie znalazły się w Zmysłowniku. Pierwszą z nich jest Koncert na dwie mandoliny i orkiestrę Vivaldiego, którego słucham w ostatnim czasie co najmniej kilka razy dziennie. 
Drugi w kolejności jest link do świetnego instagrama i bloga Annalisy P. Cignitti, który śledzę odkąd powstał (no prawie). Jak sama pisze: Dzisiejsze czasy, skierowane ku zapomnieniu przeszłości, grożą zabiciem Piękna. Ten, który żyje dla Piękna, Esteta, uczestniczy w spektaklu ruiny i dostrzega swoją dekadencję. Dekadencja jest świadomością końca, momentem, w którym wszystko się zapada, ostatnim splendorem przed otchłanią. To, co umiera, jest piękne, jednak piękno tego jest tragiczne, ponieważ jest przemijające, a przez to śmiertelne. To właśnie przed tym poczuciem końca esteta buntuje się, szukając tego, co jest do uratowania.
Na koniec coś dla zmysłu smaku i węchu, a więc szybki obiad w stylu włoskim, który wymyśliłam naprędce pewnego styczniowego dnia. Potrzebujmy: ugotowany al dente makaron (ja miałam spaghetti, jednak myślę, że muszelki czy świderki lepiej oblepią się sosem), puszkę tuńczyka w oleju, kilka-naście plasterków prosciutto, dwa ząbki czosnku pokrojone w plasterki, dymkę i oliwę z oliwek. Na oliwie podsmażamy szynkę z czosnkiem, dokładamy tuńczyka, makaron, dymkę, dolewamy więcej oliwy, chwilę wszystko mieszamy i gotowe. Buon appetito!
......
A na koniec końców, dwa moje ulubione obrazy stycznia. Caravaggio, zaraz za marmurową okładką, otwiera Italię do zjedzenia. Wybornie.

/Adriaen van der Spelt, Trompe-l'Oeil Still Life with a Flower Garland and a Curtain, 1658/

/Caravaggio, Basket of Fruit, ok. 1599/

5 komentarzy:

  1. Emnildo, jestes cudowna, niezwykle wartosciowa osoba z prawdziwa pasja. Dzis trudno o takich ludzi. Pozdrawiam Cie serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, staram się jak mogę te pasje rozwijać, chociaż praca i inne obowiązki pozostawiają na nie tak mało czasu! Również gorąco pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Anonimowy13/2/18

    Tak, wiem, powtarzam się, ale jak zawsze, świetnie mi się czytało (i oglądało) Twój post.
    Pasja, tak, to ważna sprawa. Smutna prawda jest taka, że ludzie bez pasji są zwyczajnie nudni i nie ma z nimi o czym rozmawiać, a Ty zawsze masz coś ciekawego do opowiedzenia.
    Ja, choć we Włoszech byłam tylko raz, bardzo lubię ten kraj; jego przepiękną architekturę, urocze stare domy, kuchnię i prawdziwe włoskie lody, a nawet brzmienie języka włoskiego (choć tu muszę wyznać, że Rumunię też uwielbiam, i to nie tylko ze względu na pewnego hrabiego;). Monice Bellucci pierwszy raz zobaczyłam wiele lat temu właśnie w "Malenie". Wtedy sobie pomyślałam, że to najpiękniejsza kobieta świata i gdybym miała na to jakiś wpływ, chciałabym mieć jej urodę. No cóż, jak się nie ma co się podoba, to się lubi co się ma.
    Pozdrawiam gorąco. Gotka

    OdpowiedzUsuń
  3. Dawno nie przeczytałam tak wartościowego, ciekawego i nieprobujacego niczego sprzedać wpisu, który jednak chyba coś sprzeda, bo zamierzam kupić "Italię" na urodzinowy prezent dla znajomej - dziękuję za pomysł :* I byłabym bardzo szczęśliwa gdybym mogła częściej czytać u Ciebie takie wspaniałe posty <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy7/3/18

    Hello it's me, I am also visiting this site
    on a regular basis, this website is actually nice and
    the viewers are in fact sharing good thoughts.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za Wasze komentarze. Nie zawsze na wszystkie odpowiadam, ale każdy z nich jest dla mnie bardzo ważny :)
Jeżeli jesteś osobą, która nie ma konta w żadnym serwisie internetowym, przy dodawaniu komentarza wybierz opcję "anonimowy".
Ze względu na spam, komentarze do starszych wpisów są moderowane.