19 listopada 2017

Kalendarz adwentowy - pomysł na prezent od serca

Kalendarz adwentowy Lindt kupiłam dla siebie, niestety, przetrwał tylko do 2 grudnia ;) Może w tym roku się uda ?

Ten wpis czekał na swoją premierę prawie rok, bo to właśnie wtedy stworzyłam kalendarz adwentowy dla Włóczykija. Niestety, nie mogłam o nim wówczas napisać, bo Włóczykij śledzi z uwagą wszystkie wpisy (i wyłapuje przy okazji błędy), więc nie miałby niespodzianki. Zrobione telefonem zdjęcia wrzuciłam do folderu, w którym cierpliwie czekały i dzisiaj mogę Wam pokazać fajny pomysł na prezent wykonany własnoręcznie, który sprawi dużo frajdy zarówno obdarowanemu, jak i obdarowującemu i - co najważniejsze - ZDĄŻYCIE, bo do grudnia zostało jeszcze 11 dni!
......
Pomysł na kalendarz adwentowy pojawiał się w mojej głowie - w okresie okołoświątecznym - przez kilka ostatnich lat, niestety, zazwyczaj zbyt późno, żeby zdążyć z przygotowaniami, aż w końcu rok temu, przypomniałam sobie o nim w odpowiednim terminie i zdążyłam (uff!). Najpierw myślałam o czymś małym, czyli codziennym cukierku i malutkim dodatku, który zmieściłby się w malutkie pudełko. Nie miałam jednak ani pomysłu na małe dodatki (jest ich kilka w moim kalendarzu, jednak nie 24), ani małych pudełek (fajnym pomysłem są oklejone rolki po papierze toaletowym, jednak trzebaby je kolekcjonować chyba od sierpnia). Myślałam też o kalendarzu adwentowym z paczuszkami przyczepionymi do gałęzi, ale jak się pewnie domyślacie, słabym ogniwem w tym planie okazała się ładna gałąź. Koniec końców odpowiednie pudełka zamówiłam przez internet - jest to najmniejsza wersja popularnych pudełek na weselne resztki ciast dla gości, w dwóch gładkich kolorach - czerwonym i złotym.
......
Każdy drobiazg przed włożeniem do pudełka dodatkowo opakowałam w ozdobny papier, pomieszałam i wyliczyłam cukierki na każdy dzień, żeby do każdego pudełka włożyć ich porównywalną ilość. Duże paczki z prezentami, które nie zmieściły się do opakowań (było ich 5) ponumerowałam, a do pudełek trafiły ozdobne kartki z tymże numerkiem, wszystko po to, żeby zachować jak najwięcej niespodzianek do końca.
......
I teraz kwestia najważniejsza - co i dlaczego znalazło się w kalendarzu?
Przede wszystkim warto całościowo pomyśleć nad tym, co osoba którą chcemy obdarować lubi, jakich produktów używa (drobne kosmetyki, ulubione słodycze), czy są jakieś drobiazgi o których marzy, a które zazwyczaj są odsuwane na dalszy plan (dobrze piszące długopisy żelowe, ochronny sztyft do ust). Warto też rozglądać się w sklepach za rzeczami, które są niewielkie, a fajnie zgrałyby się z innymi rzeczami z naszego kalendarza. 
Swój kalendarz podzieliłam na kilka części. Podstawą na każdy dzień były cukierki (wymieszałam różne typy) ewentualnie ulubiony baton, a do tego dorzucałam tematyczne drobiazgi. Była więc część spożywcza, która zawierała miód z orzechami, czekoladki z alkoholem, herbatę smakową, przyprawy do kawy i deserów, zdrową żywność. Była część kosmetyczna z maseczkami, woskiem do wąsów, balsamem do brody, szamponem, cynamonowym mydłem, solą do kąpieli, pakietem męskich przyborów do pielęgnacji (nożyczki, obcinaczki, grzebień) i zapachowym woskiem, dzięki któremu mogłam przygotować Włóczykijowi wSPAniałą kąpiel (nie, to nieprawda, jakoby wcześniej był menelem i trzeba mu było przywrócić ludzki wygląd, on po prostu lubi o siebie dbać :), a poza tym wiele pojedynczych rzeczy, niezwiązanych ze sobą: skarpetki z reprodukcją obrazu Alfonsa Muchy, filcowa (trwała) zakładka do książki, nuty na gitarę elektryczną i ulubione kostki do gry, bombilla czyli słomka do picia Yerba Mate, książka o Twin Peaks, a także prezenty, których realizacja wymagała wyjścia z domu. Znalazł się tam więc wymyślony przeze mnie bon do naszej ulubionej cukierni (Passionata w hotelu Mercure w Poznaniu) - oczywiście z osobą towarzyszącą (ja nic nie sugeruję), bilet do opery na balet Dziadek do Orzechów Czajkowskiego oraz crème de la crème - lot na paralotni, który jednak do dzisiaj odbija mi się czkawką. Kupiłam go, gdyż Włóczykij zawsze opowiadał jak by to chciał zobaczyć z lotu ptaka tereny wokół naszej wsi, więc kiedy znalazłam ofertę latania w okolicy bardzo się ucieszyłam. Okazało się, że jednak to nie był wymarzony prezent, chociaż ostatecznie bardzo mu się podobało. Niestety całkiem niedawno kupił mi na urodziny lot w tunelu aerodynamicznym. Chociaż mówi że to nie złośliwie, ja wiem swoje ;)
......
Podsumowując, kalendarz okazał się być bardzo udanym prezentem. Jedynym mankamentem był brak miejsca we wnęce w kredensie, gdzie postanowiłam go umieścić, jednak pożyczyłam półkę z łazienki i wszystko się jakoś pomieściło. A radość Włóczykija - bezcenna.

Przykłady drobnych upominków na każdy dzień, które wkładałam do kartoników.

Na odwrocie każdej cyfry był umieszczony jakiś napis związany z zimą lub Świętami - znalazłam ten gotowy szablon gdzieś w internecie.

Cuuuukierki!

Przy okazji polecam sklep Męska wyspa, gdzie znajdziecie męskie kosmetyki o naturalnym składzie i w dobrej cenie. Co do cen, to widzę, że trochę wzrosły od zeszłego roku, ale i tak są konkurencyjne - szczególnie dla kosmetyków do stylizacji zarostu, które nieraz potrafią kosztować krocie i mieć jedynie ładne opakowanie.

Kocham ten świąteczny, wiktoriański design.

Przykład codziennej niespodzianki. Przyznam szczerze, że sama bym takimi nie pogardziła :)




W zeszłym roku mieliśmy fazę na Twin Peaks, dodatkowo, z okazji nowego sezonu serialu, wyszła książka, którą zamawiałam na ostatnią chwilę, bo polska premiera bardzo się opóźniała. Przyszła opakowana w karton, w którym ją zostawiłam (bo książkę przez papier jest bardzo łatwo wymacać) i ozdobiłam go na szybko motywami z filmu, na tyle skutecznie, że do dzisiaj Włóczykija trzyma ją na półce w tym właśnie kartonie.
Jednym z prezentów były też nuty ścieżki dźwiękowej z filmu rozpisane na gitarę elektryczną, na której gra Włóczykij.

Praca wre, w zeszycie miałam rozpisane wszystkie dni i przedmioty, które dostanie Włóczykij, z uwzględnieniem "większych" niespodzianek w Mikołajki, imieniny i Wigilię.
......
Obdarowany był zaskoczony i wzruszony.


10 listopada 2017

Jesień w lesie


Najbardziej lubię las jesienny. Ten las, w którym chłodny powiew wiatru ustępuje ciepłym promieniom słońca, ogrzewającym zmarznięte policzki. Cichy szept resztek liści i odgłosy ptaków sposobiących się do zimy. Chrzęst suchych gałęzi pod stopami i brązowe kapelusze podgrzybków, które nieśmiało wychylają się spod miękkiego, zielonego mchu. Lubię też łąki usadowione na skraju lasu, nad którymi unosi się poranna wilgoć i łososiowa łuna wschodu słońca; ciemność świerków i wiotkość brzóz. Lubię deszcze w jesiennym lesie, krople spływające po ostatnich liściach drzew, wsiąkające w zimną ziemię pod kaloszami i wichury szumiące w koronach, które jednak obserwuję z daleka, zbyt potężna jest bowiem siła natury, aby w takich chwilach podziwiać ją tkwiąc w jej środku. Lubię patrzeć w górę, pomiędzy gałęzie, gdzie widać chmury gnające po lazurowym niebie lub szary ciężar zawieszony nad głowami niewidzialną siłą; i pod nogi, gdzie rozpościera się dywan z żołędzi - miejsce, które wieczorem zapewne odwiedzą dziki. 
A nade wszystko lubię w tym lesie jesiennym proces, w którym nieposkromiona letnia chęć życia przechodzi w łagodny spokój przemijania; w którym wrześniowy gwar późnego lata stopniowo ustępuje miejsca ciszy i spokojowi wczesnej, listopadowej zimy, otulającej wszystko całunem śniegu i snu.

Kiedy grzyby opowiadają dobre kawały...



Skutki orkanów oglądane z bliska, są naprawdę interesujące.



 Nawet w lesie trzeba dobrze wyglądać ;)

(zdjęcia: Włóczykij)

31 października 2017

Spirytyzm i wirujące stoliki

Seans z udziałem włoskiego medium - Eusapii Palladino, która w roku 1893 została zaproszona do Warszawy. Z wielkim powodzeniem prowadziła seanse spirytystyczne, w których brał udział m.in. Bolesław Prus.

W poł. XIX wieku niejakie siostry Fox nawiązały kontakt z duchem. Bezpośrednią interakcję poprzedzały ruchy mebli, pukanie stołu i inne zjawiska, którymi kierowała niewidzialna siła. W 1848 roku jedna z sióstr poprosiła ducha, aby objawił się i od tego czasu nawiązany został stały kontakt, który siostrom przyniósł rozgłos, pieniądze i sławę mediów*, a społeczeństwu wiarę, że zmarli mogą porozumiewać się z żywymi. Jednocześnie zaczęto zastanawiać się nad przyczyną tych - wychodzących poza granicę ludzkiej pojmowalności - zjawisk, bowiem na seansach spirytystycznych osiągano rzeczy zupełnie wykraczające poza zdolności i wiedzę osób obecnych na spotkaniach, a nawet sprzeczne z ich  wolą, więc zakładano, że pochodzą one od jakichś istot niewidzialnych.
Na fali tych wydarzeń okazało się, że wielu ludzi posiada zdolność komunikacji z duchami, toteż w USA już w 1854 roku liczba czynnych mediów osiągnęła liczbę 30-40 tysięcy, a w kolejnych dziesięcioleciach XIX wieku moda na seanse spirytystyczne dotarła także do Europy, stając się jedną z popularniejszych rozrywek tamtych czasów.

Kadr z filmu Doktor Mabuse z 1922 roku.

Właściwie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy spotkania związane z wywoływaniem duchów traktowano jako dobrą zabawę czy poważne naukowe eksperymenty, które miały potwierdzić możliwość nawiązania kontaktu z zaświatami. Pewnym jest, że ekspansja zjawiska wirujących stolików była bezpośrednio związana ze spirytyzmem, czyli doktryną stworzoną w poł. XIX wieku przez francuskiego naukowca znanego jako Allan Kardec, który głosił, że istnienie życia po śmierci może być udowodnione doświadczalnie. Jego idee trafiły na podatny grunt. XIX wiek był czasem, kiedy Europa - najogólniej mówiąc - przeistaczała się. Ówczesny świat stał na rozdrożu, coraz szybszy rozwój nauki i techniki, to co ogólnie można by nazwać racjonalizmem i sceptycyzmem, rodziło jednocześnie pytania o sens egzystencjalny, szeroko pojętą duchowość i możliwość kontaktu z czymś niematerialnym, na co odpowiedzią stało się zjawisko spirytyzmu. Dodatkowo zakładano, że istnienie życia po śmierci można udowodnić naukowo, stąd brało się wielkie zaangażowanie naukowców w opracowanie naukowej metody, która pozwoliłaby bezstronnie podnieść spirytyzm do rangi nauki, a na wszystkich ważnych seansach (ze światowej sławy mediami, ale także lokalnie) obecni byli ludzie związani z nauką, którzy mieli niejako potwierdzać ich prawdziwość oraz badać co się właściwie wtedy dzieje (np. wydzielanie przez media ektoplazmy). Allan Kardec twierdził, że spirytyzm będzie naukowy, albo nie będzie go wcale. Krytycznie do spirytyzmu odnosił się także komunizm (co jednocześnie tłumaczy upadek ruchu spirytystycznego w Polsce w czasach powojennych), oraz Kościół katolicki. W 1898 r. Stolica Apostolska wydała nawet dekret, w którym próby nawiązania kontaktu z duchami całkowicie potępiono, a to właśnie bezpośredni kontakt ze zjawami, namacalne wręcz zbliżenie do świata duchowego był tym, co najbardziej przyciągało ludzi do tej nowej formy wiary.
......
Polska, jak długa i szeroka, już pod zaborami - kiedy wywoływanie duchów było oficjalnie zabronione (chociaż w warszawskich seansach brał ponoć udział sam generał-gubernator Iosif Hurko) - uczestniczyła w tej swoistej modzie na wirujące stoliki. Pierwszy zarejestrowany na ziemiach polskich seans, miał miejsce w 1853 r. w Krakowie - zaprotokołowano podczas niego dwukrotne przesunięcie stołu, a już pod koniec XIX wieku (w miarę wzrostu apetytu uczestników), kryterium udanego seansu stała się materializacja zjawy. Modę na duchy natychmiast podchwyciły lokalne gazety, które poświęcały paranormalnym zjawiskom całe rubryki, producenci stołów do wywoływania duchów, które nie miały w konstrukcji ani jednego gwoździa, oraz wytwórcy wszystkich tych gadżetów dzięki którym seanse mogły mieć niesamowitą, tajemniczą oprawę. 

Rzekome odlewy ręki w parafinie, pozostawiony przez zjawy materializujące się się na seansach Franka Kluskiego.

Także w Polsce starano się do problemu spirytyzmu podejść w sposób naukowy, a największym jego badaczem był Julian Ochorowicz - wynalazca, filozof, psycholog, a także teoretyk pozytywizmu i wielki sceptyk. Uważał on, że duchy pojawiające się w czasie seansów są wytworem psychiki mediów. Zjawiska mediumiczne tłumaczył mało znanym lub nieznanym w ogóle działaniem siły myśli, uczuć i woli, a także oddziaływaniem niewidzialnych energii. Sądził też, że myśli i wyobrażenia mediów mogą w wyjątkowych wypadkach same wywoływać zjawiska słuchowe, wzrokowe i czuciowe. Teorię tę określił mianem ideoplastii.
W latach 1909-1912 Ochorowicz eksperymentował z medium - Stanisławą Tomczykówną, która rzekomo potrafiła unosić przedmioty siłą umysłu (w 1910 roku magik William Mariott z powodzeniem powtórzył te eksperymenty z pomocą ukrytych nici). Jednak wielu rzeczy, które potrafiła Tomczykówna nie udowodniono, jak chociażby tego, że podczas jednego z eksperymentów, medium wywołało na błonie fotograficznej - zwiniętej w rulon i włożonej do butelki - obraz dłoni. Podczas seansów zrobiono też zdjęcia małej Stasi. Była to zjawa dziewczynki, którą Tomczykówna przywoływała i która - według Ochorowicza - była personifikacją jej podświadomych wspomnień.

Eusapia Palladino i tańczący stolik.

Z kolei najsłynniejszym polskim medium był Teofil Modrzejewski, który występował pod pseudonimem Franek Kluski. Podczas prowadzonych przez niego seansów przedmioty z oddalonych miejsc unosiły się w powietrze i zmieniały miejsce położenia, siłą umysłu zapalał lampy elektryczne, nakręcał zegary w sąsiednich pokojach, a nawet pisał komunikaty z zaświatów na maszynie (nierzadko w obcych językach) bez dotykania klawiszy. Za jego sprawą zmarli własnym charakterem pisma przekazywali wiadomości dla uczestników seansu. Jednak największą sensacją seansów Kluskiego były materializacje. Materializowały się zjawy osób zmarłych lub żywych - pogrążonych we śnie. Raz był to nawet średniowieczny lekarz, który zmierzył uczestnikom puls. Duchy nawiedzające miejsce seansów pozostawiały także odciski swoich kończyn w parafinie, poza tym uczestników odwiedzały ptaki, zwierzęta podobne do lwów, a nawet człowiek pierwotny. Z relacji świadków wynika, że była to istota niezwykle silna, która potrafiła z łatwością przesuwać po pokoju bibliotekę pełną książek. Mimo iż jej zachowanie świadczyło o niskiej inteligencji, nie było w nim nic złośliwego. Ogółem podczas 650 materializacji, doliczono się 250 różnych widziadeł.
......
A jeżeli macie ochotę na kolejny wpis z gatunku niesamowitości, odsyłam do Galerii potworów. Możecie tam poczytać o XIX-wiecznych gabinetach osobliwości i obejrzeć różne deformacje ludzkiego ciała. Tak przy okazji: to mój ulubiony wpis halloweenowy, jaki kiedykolwiek pojawił się na blogu.

Zdjęcie z seansu u Franka Kluskiego. 

* ostatecznie Margaret Fox przyznała się od oszustwa. Puknięcia, którymi fascynowali się uczestnicy seansów, okazały się być niczym innym, jak odpowiednim zginaniem stawów palucha (dużego palca u nogi).

21 października 2017

Sypialniana szczypta klasyki


Sypialnia była pierwszym pomieszczeniem, które wraz z Włóczykijem wyremontowaliśmy i było to 7 lat temu. Wymyśliłam sobie wtedy, że ściany będą miały kolor przygaszonej zieleni, jednak Tomek stwierdził, że będzie zbyt ciemno, więc ostatecznie wybraliśmy zieleń w jaśniejszym odcieniu, co możecie zobaczyć we wcześniejszych wpisach dotyczących tego pomieszczenia. Przez te kilka lat pokój przeszedł kilka zmian kosmetycznych, by w ostatniej fazie przed bieżącym remontem, stać się pomieszczeniem nawiązującym do barokowych buduarów (a to wszystko przez ten gobelin na ścianie, który narzucił się trochę za bardzo). Sypialnia miała wówczas wspomniane jasne ściany ze złotymi esami-floresami - które sama z pomocą Włóczykija malowałam, baldachim z tiulowej tkaniny z wyszywanymi kwiatami, trochę obrazów w stylu rokoko i porcelanowe figurki dam w wysokich perukach. Nie są to moje klimaty i nie do końca czułam się dobrze w tej stylistyce, poza tym reszta domu nawiązuje w mniejszym lub większym stopniu do secesji, dlatego postanowiłam pójść w tym kierunku.
......
W końcu, w zeszłym roku, pomalowaliśmy ściany na ciemną zieleń! Kolor wyszedł piękny, dokładnie taki, jaki wymyśliłam sobie 7 lat wcześniej. Sypialnia jest ponadto najjaśniejszym pomieszczeniem w całym domu, więc ten odcień nie przytłacza, dodatkowo światło odbija się od białej pościeli, więc pokój jest rozświetlony a zarazem przytulnie ciemny. Inspirowałam się przedwojennymi sypialniami (styl edwardiański, styl secesyjny), które są nastrojowymi pomieszczeniami pełnymi wzorów, kolorów i tkanin. Z poprzedniego wyposażenia sypialni ostały się dwie rzeczy (mam na myśli te duże rzeczy): gobelin, który wisiał nad łóżkiem - teraz, tak jak i wcześniej, pełni rolę ozdobną, jednak nie definiuje charakteru całego pomieszczenia, oraz toaletka - chociaż duża, jest pięknym i dodatkowo pierwszym kupionym wspólnie antykiem. Zniknął baldachim, który, dawał ogromną przytulność, ale był niesamowitym kurzołapem. Poza tym został upięty bardzo nieregularnie, powiedzmy artystycznie (czytaj: tak, żeby nie trzeba było wbijać nowych gwoździ w ścianę), co nie pasowało do obecnej, uporządkowanej formy sypialni. Wymieniliśmy stare łóżko/kanapę na klasyczne łóżko z metalową ramą i wygodnym materacem (materace do łóżek to temat rzeka i chyba miesiąc zajęło mi zapoznanie się ze wszystkimi producentami i parametrami materacy spośród których wybrałam kilka do testów w sklepie - brr!).
......
Po ponad roku od remontu sypialnia nie jest jeszcze ostatecznie wykończona. Na ścianie vis-à-vis gobelinu planuję zrobić galerię składającą się z wielu obrazów w różnych rozmiarach, inspirowaną wnętrzami w rosyjskim stylu. Póki co wiszą tam trzy obrazy nawiązujące do secesji. Ciągle jestem na etapie gromadzenia ciekawych ram i grafik, które w odpowiednim czasie złożę w jedną całość. Także konsolka stojąca obok łóżka jest meblem tymczasowym. Chciałabym żeby mebel, który ostatecznie tam stanie był wyższy i w kolorze ciemnego drewna (może komoda?), z jakimś schowkiem. Zobaczymy co przyniesie czas, nauczyłam się już, że czasem warto poczekać, żeby mieć pewność co chce się w danym miejscu mieć.

Jak zobaczycie na poniższych zdjęciach, wystrój sypialni zmienia się. Pościel, której używam jest zawsze biała, ale mam kilka poduszek i dwie narzuty (ta zielona to właściwie ciężki obrus na stół), których używam zamiennie. Całkiem niedawno odkryłam w Ikei gładkie poduszki w pięknych nasyconych kolorach zieleni i miodu (są też niebieskie). Wykonane z aksamitu, nie mają ozdób, są dokładnie takie, jakich długo szukałam. Dokupiłam do nich wypełnienie z kaczego pierza. Mniejsze poduszki z ozdobnym pikowaniem i narożnikami upolowałam na allegro.

Wzór na firanie kojarzy mi się trochę z kopertowymi pościelami, które były modne w dawnych czasach (z wyciętym otworem na środku poszwy, przez który wkładało się ozdobną kołdrę). Sama miałam taką w domu rodzinnym, więc mam do nich sentyment, niestety, teraz raczej nie szyje się kołder z ozdobnych materiałów, a co za tym idzie szycie kopertowych pościeli nie ma sensu, więc ten motyw przeniosłam na okno :)

Z dywanami mam zawsze dużo zabawy, bo zazwyczaj lądują w innym pomieszczeniu niż to, do którego zostały zakupione. Ten miał leżeć w korytarzu.


Moja toaletka, chociaż tak ją nazywam, nie jest meblem przy którym siadam i robię makijaż. Trzymam na niej kosmetyki i przedmioty związane z pielęgnacją, ale lustro jest jednak zbyt daleko, żebym dokładnie widziała, gdzie się podmalować :)

Wizja pomieszczenia po remoncie to jedno, a rzeczywistość, to drugie. Po malowaniu, kiedy wszystko wydawało się zielone, doszłam do wniosku, że sypialnia potrzebuje dodatkowego koloru (prócz bieli firan i pościeli). Po kilku dniach gapienia się na pokój, zobaczyłam odcień miodu na gobelinie i już wiedziałam, że świetnie uzupełni kolorystyczną lukę.


Nad stolikiem nocnym, który w przyszłości zostanie zastąpiony przez inny mebel, planuję powiesić jakiś obraz (lub kilka). W chwili obecnej nie mam nawet pomysłu, co miałoby tam wisieć, ale daję sobie czas.

Na stoliczku nocnym trzymam swoje biżuteryjne skarby - służy mi do tego chińska komódka z szufladkami i szklana kasetka, w której przechowuję najbardziej świecące ze świecidełek
......
Hugon approved.


11 października 2017

Znów nadeszła jesień czyli kilka myśli o czasie


Nie umiem uwolnić się od myśli, że mój czas ucieka. Znika bezpowrotnie w odmętach przeszłości, a ja - jak w tych dziwnych snach, kiedy czynności wykonuje się jakby w zwolnionym tempie - choć chcę, nie potrafię go zatrzymać. Każdego dnia widzę, jak kolejne minuty ścieram szmatką z mebli, topię w garnku z porcją rosołową, przewijam wraz z tablicą na Facebooku, zostawiam w sklepowej kolejce lub mijam na ulicy, kiedy jadę do pracy. Chwile oddalają się niepostrzeżenie, tak niepozornie, że często po całym dniu, kiedy odwrócę się wstecz, nie umiem ich zobaczyć i powiedzieć, gdzie się właściwie podziały. 
......
Krótko mówiąc - nie jestem zadowolona z tego, jak używam czasu. Chociaż wyrosłam już z przekonania, że dobę da się tak rozciągnąć żeby zrobić wszystko, ciągle chciałabym robić więcej. Więcej czytać, więcej się uczyć, więcej poznawać świat, więcej być na blogu. W tym roku opublikowałam zaledwie osiem wpisów. Przez te wszystkie miesiące tłumaczyłam się przed samą sobą brakiem czasu, chociaż właściwie ten rok nie różni się jakoś specjalnie od poprzednich, kiedy publikowałam po kilkadziesiąt postów w skali roku. Owszem, regularne prowadzenie bloga wymaga sporo poświęcenia: organizacji, planowania tematów, poszerzania wiedzy - żeby ciekawie o czymś napisać, czasu na zrobienie zdjęć, ich wybór, obróbkę, czasu na pisanie tekstu (chociażby najkrótszego), dlatego o wiele łatwiej sięgnąć po coś łatwiejszego: okraszony kilkoma hasztagami szybki strzał na Instagrama.
......
Zaczęłam pracować nad tym, żeby nie wybierać tego co najłatwiejsze, zarówno w internecie, jak i w życiu prywatnym. To mój pierwszy wpis po dość długim czasie, który nie jest samotnym przypływem weny po miesiącach przerwy, ponieważ na dysku czekają już kolejne zdjęcia (w końcu pokażę Wam swój dom po remontach) do publikacji, a ja pracuję nad wpisem z okazji Halloween, który zawsze był taką moją blogową tradycją - niestety, w zeszłym roku zarzuconą.
......
Oprócz tego, u mnie w porządku. Staram się w ostatnim czasie częściej wychodzić na świeże powietrze, myślę także o jakiejś aktywności, którą mogłabym z tym połączyć; jestem na diecie o czym Wam też wkrótce napiszę, bardzo dużo gotuję (niech żyje kuchnia azjatycka i domowe rafaello!) i niesamowicie polubiłam codzienną pielęgnację wszystkimi tymi smarowidłami, których do tej pory używałam okazjonalnie i dość niechętnie.
......
A tak w ogóle, to fajnie że jest jesień, co nie?


Prócz futrzaka, którego wypatrzyłam niedawno w ciucholandzie, nie mam na sobie nic nowego. Ulubioną, wełnianą marynarkę (także z ciucha) noszę od dawna zarówno do spodni i sukienek. Czarną sukienkę kupiłam kiedyś w Zarze. Czasem noszę ją także jako tunikę do spodni, a przez to, że ma prosty krój i fakturę jak bluza, mogę ją wkładać na rozmaite okazje i dodatkami nadawać bardziej sportowego lub formalnego charakteru. W tej drugiej opcji pokażę ją już wkrótce. W ogóle to bardzo lubię takie proste ubrania o niejednoznacznym charakterze, które dodatkami można dopasować do swojego aktualnego nastroju. Do dzisiejszego stroju dobrałam skórzany plecak, który okazał się najlepszą pamiątką z Budapesztu (czekoladki też były miłe, jednak szybko się skończyły) i klasyczne buty o męskim kroju, które mama kupiła mi jakoś pod koniec liceum, ze słowami: "zobaczysz, takie buty zawsze się przydadzą". To prawda, długo nosiłam je okazjonalnie i dopiero niedawno doceniłam ponadczasowy charakter.
......
Au revoir, widzimy się wkrótce.







(zdjęcia: Włóczykij)

28 czerwca 2017

Orientalny szlafrok w wersji wieczorowej


Przy okazji dzisiejszego wpisu postanowiłam wskoczyć w nieco bardziej eleganckie ciuszki niż zazwyczaj, a nawet zrobiłam sobie makijaż wieczorowy (w moim wydaniu są to kreski eyelinerem i ciemna szminka). W końcu jest wiele okazji, kiedy ubieram się w ten sposób - jakieś randki, wyjścia do opery, wesela, zazwyczaj jednak nie mam możliwości uwiecznienia swoich kreacji, bo - po pierwsze - nie biorę ze sobą lustrzanki, po drugie - lubię skupić się na wydarzeniu, w którym biorę udział. Ostatnio pracuję nad tym szczególnie mocno. Skupiać się na rzeczy, którą w danej chwili się robi. Pisałam Wam niedawno, że usunęłam messengera - po miesiącu stwierdzam, że była to dobra decyzja. Trochę trwało zanim odzwyczaiłam się, od natychmiastowego przesyłania zdjęć i memów znajomym,ale ostatecznie znalazłam na to inne sposoby. Zmniejszyłam też częstotliwość otwierania Facebooka (dodatkowo wylogowuję się z aplikacji za każdym razem), a co za tym idzie, cieszę się dodatkowym czasem i brakiem rozproszenia, jakie zawsze było gdzieś z tyłu głowy (ojej, sprawdzę, może ktoś napisał coś istotnego). Nie zawsze jest łatwo, często internet jest najłatwiejszą odskocznią, kiedy chcę zrobić chwilę przerwy pomiędzy różnymi czynnościami, ale staram się nad tym panować.
Wracając jednak do meritum, dzisiaj w głównej roli występuje oryginalny chiński szlafrok/tunika z lat pięćdziesiątych, który upolowałam w internetowym ciucholandzie. Uwielbiam jego nasycony odcień zieleni, którego nie oddaje żadne zdjęcie. Pokazywałam go już tutaj w wersji bardziej codziennej, dzisiaj wersja wyjściowa i sukienkowa zarazem. Do tuniki dobrałam czarne dodatki, płaskie buty na koturnie, gdyż, jak wiecie, wygodę stawiam ponad wrażeniem, jakie robią wysokie szpilki :) Całości dopełnia obustronnie haftowana chińska torebeczka, idealna na wielkie wyjścia. 
......
W zaaranżowanym na szybko kącie pokoju gościnnego, ustawiłam kilka rzeczy, które na co dzień są ozdobą mojego dalekowschodniego gabinetu. Szczególnie lubię wysoki drewniany wazon pokryty laką i ozdobiony ptakami, do którego ostatnio kupiłam sztuczne gałęzie wiśni. Z daleka nie wyglądają źle, chociaż muszę je inaczej ułożyć. Kolejną nowością w moim gabinecie jest porcelanowa figurka z kanarkami, którą widać na stoliku. Inspiracją do stworzenia tego pokoju byla XIX-wieczna moda na pomieszczenia orientalne, wschodnie, chińskie, egzotyczne etc. dlatego staram się wyposażać go przemyślanie i jednym z takich elementów są właśnie moje kanarki, nawiązujące do mody na prawdziwe ptaki, które umieszczano w takich orientalnych pomieszczeniach. Na wielu obrazach z epoki można znaleźć, gdzieś na drugim planie, małe ptaszki w klatach o wschodniej proweniencji lub duże egzotyczne papugi siedzące na specjalnych drążkach. Docelowo zamierzam postawić tę figurkę na drewnianej półce-konsolce, ale nie znalazłam jeszcze takiej, która by mi odpowiadała.







(zdjęcia: Włóczykij)