31 października 2013

Galeria potworów



Jeżeli uważacie, że prawdziwe futro jest makabryczne i absolutnie Was ono odrzuca, to nie oglądajcie tego posta. Nie dość, że ja jestem odziana w takie właśnie futro, które kupiłam sobie ostatnio przygotowując się na zimę, to na dodatek w drugiej części posta pojawiają się rzeczy, które nazywać makabrycznymi to mało! Arcyciekawe przypadki medyczne, niesamowitości i kurioza wprost z XIX-go wieku.
......
Pamiętajcie, że ostrzegałam!


No więc ja robię dziś za XIX-wieczne owłosione kuriozum. Z okazji Halloween postanowiłam pohasać po lesie. Mama przestrzegała przed myśliwymi i kazała zapoznać się z rozpiską polowań na dziki, ale nie posłuchałam, bo, jak to się mówi: jest ryzyko, jest zabawa!
Potem postanowiłam poszukać informacji o czymś, co naprawdę mogłoby Was przerazić i tak właśnie powstał ten dwuczęściowy post.


To co przerażające i niesamowite od zawsze interesowało ludzi. W dawnych czasach (począwszy od XIV wieku) popularnością cieszyły się tzw. gabinety osobliwości – cabinet of curiosities, w których przechowywano cuda związane z botaniką, geologią, biologią, nie dające się wówczas jeszcze naukowo wyjaśnić, a także zabytki starożytności czy numizmaty. Wiele z tych kolekcji było prowadzonych przez władców i osoby o wysokiej pozycji społecznej, a później stało się podstawą wystaw muzealnych w Europie i za oceanem.


We wspomnianych kolekcjach znajdowały się również okazy związane z ludzką anatomią. W roztworach chemicznych konserwowano dziwne przypadki ludzkich deformacji jak głowy z widocznym rozszczepem wargi, zrośnięte ze sobą płody, kawałki chorych tkanek i inne patologie. Zbiory te służyły nie tylko zaspokojeniu ludzkiej ciekawości związanej z niepojmowalnymi rzeczami, ale stały się też realną pomocą dla młodych adeptów sztuki lekarskiej. 


Deformacje ludzkiego ciała, potworny wygląd i niezrozumiałe przez ówczesną medycynę choroby, były przyczyną ogromnego nimi zainteresowania. Już w XVI wieku odmieńcy zabawiali ludzi w angielskich tawernach, a nawet na dworze Karola I, gdzie prezentował się niejaki Łazarz Baptista Colloredo wraz z syjamskim bratem, który... wystawał mu z brzucha! Jednakże to właśnie XIX wiek można nazwać "złotą erą" deformacji. Dziwnych przypadków medycznych było wówczas tyle co dawniej, jednak stały się one powszechnie obecne w świadomości ludzi chociażby poprzez rozwój fotografii.


Nowojorczyk, Charles Eisenmann, specjalizował się w takiej właśnie fotografii ludzkich patologii, co możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. Ich przewrotność polega także na tym, że osoby zdeformowane, postrzegane wówczas jako ludzie "gorszej kategorii" lub "ukarani przez Boga", zostali przedstawieni jako pełnoprawni członkowie XIX-wiecznego społeczeństwa. Są ubrani w normalne stroje, siedzą spokojnie i patrzą w obiektyw tak pewnie, jakby ich dziwność nie była niczym niezwykłym.


Inną formą prezentacji odmieńców, czy wręcz - jak ich nazywano - potworów, były w XIX wieku tzw. Freak Shows. Działały one często jako objazdowe cyrki wystawiające różne biologiczne rarytasy. Celem takich pokazów było oczywiście zarobienie jak największych pieniędzy, więc im bardziej wyjątkowe "eksponaty"  prezentowano, tym większy był przypływ i publiczności i gotówki.
W czasach, kiedy obieg informacji odbywał się zdecydowanie wolniej niż dziś, a wielu ludzi nie wychylało nosa poza miejsce swojego zamieszkania, nie może dziwić, że pokazy niezwykłych ludzi wywoływały taką sensację. Odmienność budziła niezdrowe emocje, a nazywanie tych osób "potworami", "dziwakami" i "mutantami" świadczyło o tym, że traktowano je jako gorszą kategorię - jako ludzi, którzy tak naprawdę nie wiadomo kim są. Dopiero rozwój XX-wiecznej medycyny i powolne odkrywanie chorób oraz mutacji genetycznych sprawiło, że odmieńcom zaczęto współczuć, a nie tylko patrzeć na nich ze strachem i pogardą.


W cyrkowych namiotach Freak Shows można było podziwiać m.in. takie kurioza jak:
  • Człowiek aligator - osoba posiadająca łuskowatą, gadzią skórę, najczęściej dotknięta chorobą ichthyosis czyli rybia łuska.
  • Diable dziecko - był to zakonserwowany płód lub noworodek prezentowany w szklanej trumience, posiadający rogi, kły czy pazury.
  • Osoby będące rzekomo w narkotykowym szale lub dzieci zdeformowane fizycznie przez narkotyki, które w czasie ciąży zażywały ich matki.
  • Człowiek żaba - osoba mająca skręcone kończyny, co często sprawiało, że poruszała się ona skacząc oraz przyjmowała żabią pozycję (kucanie).
  • Geek - osoba odgryzająca głowy żywych zwierząt na oczach publiczności (w angielskim cyrku Toma Normana była kobieta odgryzająca głowy szczurów); a także osoba, która siedziała w pomieszczeniu pełnym węży lub robaków.
  • Hermafrodyta - osoba posiadająca podwójne narządy płciowe.
  • Human torso - ludzki tułów z głową, bez rąk i nóg. Publiczność bawiła obserwacja, jak taka osoba radzi sobie z codziennymi czynnościami.
  • Człowiek krab - osoba ze szczypcami zamiast rąk. Jako ciekawostkę można przytoczyć postać Grady'ego Stiles'a z Pittsburgha, który wadę tę dziedzicznie przekazał swojej córce.
  • Brakujące ogniwo - była to ogólna nazwa dla ludzi wyglądających trochę jak małpa, o których mówiono, że stanowią postać pośrednią między właśnie małpą, a współczesnym człowiekiem. Jedną z takich osób była Krao Farini, kobieta znaleziona w dżungli Laosu w 1885 roku. Posiadała m.in. bardzo chwytne stopy i mocne owłosienie.
  • Czerkieskie piękności - krótko mówiąc - białe kobiety z afro, czyli rzekoma mieszanka kulturowa. Z reguły panie pokazywane we freak show nie miały z kaukaskim ludem nic wspólnego. Układano im wymyślne fryzury za pomocą piwa, a ich występy okraszano niesamowitymi historiami o ciężkim życiu w haremie i ucieczce, która o mało nie zakończyła się śmiercią.
  • Skostnienie - było patologią polegającą na zamrożeniu ciała w pewnej pozycji i niemożności wykonania ruchu. W jednym z cyrków popularnością cieszył się niejaki Mr Maurice, który mógł tylko lekko otwierać usta, aby przyjąć płynną żywność.
  • Pickled punk - czyli płody zakonserwowane w formalinie cieszyły się ogromną popularnością. Były to oczywiście ciałka z rozmaitymi deformacjami, z reguły z ósmego miesiąca ciąży, kiedy zmiany te były już dobrze widoczne.
  • Osoby ze zniekształconą czaszką - najbardziej znanym duetem tego rodzaju byli Maximo i Bartola, para opóźnionych umysłowo z Salwadoru, którzy pod pozorem wyleczenia zostali odebrani matce, a później byli pokazywani w Ameryce jako potomkowie Azteków. Chorowali na mikrocefalię.
  • X-ray show - pokaz polegał na prześwietlaniu zdeformowanych osób i ochotników z publiczności promieniami rentgenowskimi. Na przełomie XIX i XX wieku nie znano jeszcze niebezpieczeństw związanych z takim show dlatego cieszyły się one dużą popularnością.
Prócz tego pokazywano publiczności albinosów, ludzi ekstremalnie wychudzonych lub otyłych, bliźnięta syjamskie, gigantów, a także osoby z mocno wytatuowanym lub zakolczykowanym ciałem, co w XIX wieku było uznawane za dziwactwo. Zainteresowaniem cieszyły się też przedstawienia, w których kobiety zamieniały się w małpy (była to oczywiście sztuczka) oraz ludzkie zoo, w których pokazywano rdzenną ludność różnych zakątków świata w ich "naturalnym" środowisku.

Trzeba pamiętać, że wiele z tych - zarówno żywych jak i martwych - eksponatów było nieprawdziwych bądź ucharakteryzowanych. Jednym z głośniejszych przypadków było wystawienie w 1842 roku przez Phineasa Barnuma syreny, która w rzeczywistości okazała się stworem z głową małpy i ogonem ryby dosztukowanym w sprytny sposób. Znana jest jako "Syrenka z Fidżi".
......
Jeżeli interesują Was inne wpisy związane z niesamowitościami, możecie zajrzeć do wpisu o spirytyzmie i fenomenie wirujących stolików.


26 października 2013

Top 10. Co mnie wkurza w blogach modowych

Czasami z nudów siedzę przed komputerem (co za nowatorski sposób spędzania wolnego czasu, no nie?) i wchodzę sobie na różne blogi modowe. Dobór jest przypadkowy, z reguły otwieram najnowsze aktualizacje stron na Polskich Szafach. Przeglądając te strony, uświadomiłam sobie czego i dlaczego nie lubię w blogach ubraniowych.


1. Dwadzieścia takich samych zdjęć. Nigdy tego nie zrozumiem. Czasami, kiedy zdjęcia wyszły fajnie, naprawdę trudno się zdecydować (wiem z autopsji), jednak zaglądając kilka razy, w odstępach czasu, do folderu z fotkami na konkretnego posta, mam swoje pewniaki. Reszta naprawdę nie jest potrzebna. A czy Wy nie dostajecie szału, kiedy na pięciu zdjęciach pod rząd oglądacie lewy profil blogerki?
2. Tona Photoshopa na twarzy. Dobra, zdarza mi się czasem retuszować pojedyncze wypryski na twarzy, ale z reguły jestem sauté, czyli wyglądam jak wyglądam - bez ściemy. Jaki sens ma zaginanie rzeczywistości? Załóżmy że się poprawię, skoryguję, wyszczuplę, upiększę i będę ogólnie cud miód malina, a potem wyjdę na ulicę. Spotkam dawno niewidzianych znajomych lub czytelników bloga i co? No właśnie. 
Inną sprawą jest, że wygładzone dekolty i rozmyte Gaussem policzki naprawdę straszą.
3. Projekt Denko. No to jest gruba sprawa. Bo nie dość, że wspomniane 20 zdjęć, to jeszcze są to zdjęcia zużytych opakowań kosmetyków. Posty te częściej pojawiają się na blogach urodowych, ale na modowych też je zauważyłam. Właściwie nazwa dobra, zgrubiłabym ją tylko na DNO.
4. Sesje zdjęciowe. Śmieszy mnie nazywanie kilku zdjęć sesją. To są po prostu zdjęcia. Nawet jeśli robię fajne tło, makijaż i ogólnie przygotowuję wszystko przez pół dnia, to nie nazwałabym tego sesją. Rezerwuję ten termin dla profesjonalistów.
Pytanie retoryczne: Czy jeżeli ktoś ma lustrzankę/lomo, chodzi sobie z tym aparacikiem i cyka wszystko na Insta, wie co to jest matryca i bokeh, a w CV wpisuje sobie magiczne słowo fotografia jako jedyne słuszne hobby, to jest choćby pół profesjonalistą?
5. Błędy ortograficzne. Korzystanie ze słownika nie boli. Serio.
6. Fantazyjne obróbki zdjęć. Bardzo lubię spójne zdjęcia, znaczy się wszystkie utrzymane w jednej stylistyce. Albo postarzone, albo czarno-białe, albo obrobione w jeszcze jakiś inny sposób. Jednak kiedy widzę, że każde foto jest inne - łącznie z negatywem i mapą termiczną - to dostaję oczopląsu i nie wiem, co autor chciał powiedzieć, poza tym, że dzień wcześniej oglądał Predatora.
7. Kopiowanie sieciówek. Problem bardziej merytoryczny niż wizualny, ale kraciaste sukienki, różowe garnitury, białe spódnico-szorty, miętowe marynarki, pastelowe bluzki i koronkowe skarpetki powtarzające się na kilku blogach naraz, sprawiają, że można się - za przeproszeniem - porzygać tęczą.
8. Posty sponsorowane. Kampanie są oczywiście coraz bardziej idiotyczne. Już nie chodzi o to, że blogerka, która nienawidzi sportu testuje nowe Nju Balansy w maratonie. Teraz reklama jest inteligentna, prawie że podprogowa. Zdjęcie deski rozdzielczej na Insta i podpis: Jadę sobie Maluchem na Feszynłik. Niby nic, a lokowanie produktu się odbywa. Dobrze, że w przypadku sławetnej kampanii Domestosa nie było zdjęć tych innych desek. Ekhm.
9. Konkursiki! Kochane mam dla Was dzisiaj rozdanie! Jak mi się przed oczami pojawi takie zdanie, to wyłączam bloga. Jak do tej pory wygrałam tylko w gimnazjalnym konkursie wiedzy o AIDS koszulkę z napisem: Nie daj się HIV - noś gumki, czy coś w tym stylu, więc jak widzicie nie mam szczęścia do takich rzeczy.
10. Bufonada. Zdjęcia torebek od Tiffany'ego czy innego Diora i to torebek papierowych, jako namacalnego dowodu wysokiej pozycji społecznej. Zdjęcia z Nju Jork łiku, Łorsoł łiku, Pcim feszyn filozofy i innych imprez. Zdjęcia z Kupiszem, PaJacykowem, nową obudową Ajfona, nowymi pazurkami, sushi, kawą ze Starbunia, breloczkiem LV. Osobny post o świeczkach Jaki Kandle. A do tego wszystkiego ta wiedza tajemna o której nie mają pojęcia tacy jak ja: o nowej kolekcji Hansa Klossa i Karela Gotta. Prawdziwy hajlajf!

Pewnie, cóż, myślicie sobie teraz: Ale to jest krowa z tej Emnildy! Ale wiecie co? Nie będę wyprowadzać Was z błędu :)

23 października 2013

Power of love

Koniecznie obejrzyjcie teledysk - jest piękny!
......
W tym wpisie pokazuję, jak w inny sposób noszę tę marynarkę.










(zdjęcia: Włóczykij)

19 października 2013

Idealna garderoba na jesień


Ile razy otwieracie szafę, patrzycie po ciuchach wypełniających Wasze wieszaki i wzdychacie: "Mój Boże, ale co ja mam na siebie założyć?". No właśnie. Pół biedy jeżeli problem da się rozwiązać w pół godziny. Gorzej, jeżeli rozciąga się na cały ranek, lub w ekstremalnych przypadkach, to co włożycie na siebie, zmieniacie co chwilę, a z braku czasu na schowanie ściągniętych ubrań, ich kupka rośnie i rośnie... i przypomina o sobie, kiedy wraca się zmęczonym do domu z nadzieją na odpoczynek.
Sytuacja jest jeszcze gorsza jesienią i zimą, kiedy trzeba nie tylko dobrać fajny ubiór, ale też trochę dopasować go do odzienia wierzchniego. Nie wspomnę już o szukaniu pasującej czapki i rękawiczek. Wierzcie, że moja szafa (i reszta pokoju) wygląda po takich porankach jak po przejściu huraganu.
......
Istnieje jednak kilka prostych sposobów, żeby sobie z tym poradzić.
......
1. Kolory. Najważniejsza sprawa, bo jeżeli bym się zastanowiła, to moje ulubione kolory mogłabym policzyć na palcach jednej ręki: granatowy, szary, bordo, ciemna zieleń, krem i brązowy (w większości w akcesoriach). Barwy te mogę łączyć w dowolne kombinacje i zawsze do siebie pasują, nawet jeżeli mają wzorki.  
Dlatego najlepszą opcją jest wybranie kilku ulubionych barw wokół których tworzymy swoją jesienno-zimową "szafę" i które będą na większości naszych ubrań.
2. Basic. W mojej garderobie brak "bejsikowych" rzeczy. Nie uważam żeby biała bluzka, czarna torebka czy trencz były bazą, która sprawdzi się w przypadku ciuchowego kryzysu. Ja zazwyczaj sięgam wtedy po zestaw z poprzedniego dnia. Jeżeli było mi w nim fajnie w poniedziałek, to dlaczego nie miałoby być i we wtorek?
3. Inne kolory. Są takie odcienie, które lubimy, ale niekoniecznie na co dzień. U mnie do takich należy: fiolet, ciemny błękit, brudny róż i czerwień. Dlatego rzeczy w tych kolorach stanowią ułamek mojej szafy na te dni, kiedy mam na nie ochotę. Są to zazwyczaj sukienki czy bluzki, które łatwo połączyć z jakąś spódnicą lub jeansami. (Choć moim marzeniem jest czerwony total look).
4. Wzory i cekiny, czyli desenie, które zazwyczaj są zarezerwowane na specjalne okazje. O ile wzory bardzo lubię mieć na sobie na co dzień, o tyle cekiny, złote dodatki i różne błyskotki rezerwuję na wspomniane specjalne okazje i na te okazje też mam sukienki w totalnie odjechanych kolorach i krojach (przykład tu i tu). 
5. Buty i akcesoria. Już dawno postanowiłam, że buty kupuję w klasycznych fasonach i naturalnych kolorach: czarne, brązowe, szare... Przynajmniej nie mam problemu z tym, że kolor butów nie gra z resztą. Moje torebki mają podobną gamę kolorystyczną, choć tu pozwalam sobie na większe szaleństwo.
6. Wierzchnie okrycia. O ile płaszcze np. w neonowych kolorach (czy w ogóle neony są jeszcze in?) fajnie wyglądają na zdjęciach, o tyle w codziennym użyciu mogą okazać się złym wyborem. Mogą nam nie pasować do spodni w kratę, albo za bardzo wyróżniać z tłumu, kiedy mamy zły dzień. Dlatego w tym przypadku też lepiej postawić na kolory wspomniane w punkcie 1, które są nasze, dobrze się w nich czujemy i będą pasowały do reszty ubrań. Lepiej poszaleć z akcesoriami, bo czapkę i szalik łatwiej (i taniej) zmienić niż wełniany płaszcz.
......
A teraz uwagi końcowe. Gdyby powyższe rady były takie proste w zastosowaniu, to z pewnością nie miałbym czasami dylematów wspomnianych we wstępie. Gdyby ograniczać swoją fantazję do kilku kolorów, nigdy nie poszlibyśmy w modzie do przodu. Gdybym uważała punkt 5 za jedyny i słuszny, to nie zachwycałabym się tymi kolorowymi butami na Pintereście.
Rady te mają być jedynie pomocne w tworzeniu szafy idealnej, takiej, która będzie w pełni funkcjonalna i przyjazna. Szczególnie rano.









2 października 2013

Hello, autumn



A więc witam się z jesienią! Jako iż nie mam ostatnio czasu nawet na to, żeby iść do lasu na grzyby, toteż pomyślałam, że zrobienie szybkiego miksu jesiennych kombinacji, które tworzę w ostatnim czasie będzie dobrym pomysłem. Muszę też przyznać, że, paradoksalnie, im bardziej jestem zajęta, tym więcej mam pomysłów na ubrania ze swojej szafy i tym lepiej czuję się sama ze sobą. Myślę, że ma to związek z dobrym wykorzystaniem czasu, przez co myśli o jego uciekaniu pozostają daleko w tyle... Dodatkowo, rano staram się robić szybkie zdjęcia zestawu, który udało mi się wymyślić, po to, aby - gdy będę miała już czas - sfotografować go z Włóczykijem specjalnie na bloga.
......
Pracę magisterską złożyłam w ostatni poniedziałek, a teraz przygotowuję się do obrony. Jestem bardzo dumna z efektu końcowego, nie tylko jeśli chodzi o treść samej pracy. Dlaczego? O tym napiszę więcej w następnym poście, który poświęcę temu mojemu małemu dziełu. A jakie są wasze doświadczenia z magisterką? Czy uważacie, że obrona jest trudna?
......
Zapraszam Was też na mojego Facebooka, gdzie często dzieje się więcej niż na blogu :)










(zdjęcia: niezastąpiony Włóczykij)