7 kwietnia 2018

Emnildowy mix modowy #7


Emnildowy mix modowy, to taka kategoria wpisów, która została pomyślana, jako zbiór pojedynczych zdjęć, dokumentujących mój codzienny styl. Są to fotki robione zazwyczaj "na szybko" przed wyjściem z domu, lub w innych przypadkowych okolicznościach, które gromadzę w jakimś folderze, a kiedy zbierze się ich dostateczna ilość - publikuję. Ostatni wpis z tej serii zamieściłam na blogu trzy (!) lata temu i było to stanowczo zbyt dawno. A co takiego kazało mi odkurzyć tę kategorię wpisów? Otóż odkryłam w swojej pracy idealną lustrzaną ścianę do zdjęć. Tło nie jest zbyt ładne, ale za to jednolite; oświetlenie sztuczne, ale dość dobre, więc pomyślałam, że czas najwyższy! Jakość jaka jest, widzicie sami, jednak mam nadzieję, że zrekompensuje ją różnorodność moich modowych wyborów.
A jeżeli jesteście ciekawi pozostałych sześciu wątków, zapraszam do menu na górze pod nagłówkiem bloga i kategorii: inne.

To moje ulubione mokasyny Geox, które kupiłam na zimowej wyprzedaży. Gruba podeszwa bardzo dobrze izoluje chłód podłoża, więc noszę je nawet przy temperaturach oscylujących w okolicy zera (oby już się nie pojawiły).

Czarną sukienkę w gwiazdy dostałam od koleżanki z pracy. Bardzo dobrze się w niej czuję.

Oswajam robienie zdjęć w Ikei :)

Kolejny prezent od koleżanki z pracy. Nie ukrywam - fajnie mam.


Czekam na wiosnę w bluzce upolowanej na wyprzedaży w Zarze.


Dopiero teraz zauważyłam, że w zestawieniu nie ma żadnych spodni, chociaż dość często noszę jeansowe rurki, jednak zdecydowanie lepiej czuję się w spódnicach i sukienkach.
......
Poniżej mój eksperyment z pierwszymi typowo sportowymi butami, które kupiłam sobie na wiosnę. O superstarach myślałam od wielu lat i kiedy zobaczyłam wersję ze srebrnymi paskami, wiedziałam, że będą dobrze wyglądać w zestawieniu ze spódnicami i sukienkami. Kiedyś zrobię na ten temat większy wpis, a dzisiaj mała zajawka sprzed domowego lustra.



31 marca 2018

Nikt nigdy nie zgłębił zamysłów wiosny


Słowa Bruno Schultza z tytułu dzisiejszego wpisu idealnie podsumowują mój ubraniowy wybór. Jest sukienka z cienkiej tkaniny i okulary przeciwsłoneczne - rzeczy kojarzące się z ciepłem, a do tego futrzak, bo pogodowe kaprysy wiosny sprawiają, że nigdy nic nie wiadomo.
......
Zarówno sukienka, jak i futro, to prezenty od moich świetnych koleżanek z pracy. Szczególnie polubiłam się z sukienką - granatowy kolor, srebrne guziki i dość luźny krój sprawiają, że noszę ją nawet kilka razy w tygodniu, zmieniając tylko dodatki. Obecnie łączę ją z grubymi rajstopami i ciemnymi bluzkami z rękawem za łokieć, a latem pewnie poprzestanę na halce, która jest integralną częścią sukienki.








(zdjęcia: Włóczykij)

24 marca 2018

Nowości na wiosnę. Mix #12


Od poprzedniego posta z nowościami minął już ponad rok, dlatego w dzisiejszym wpisie wracam do tej - nieco już zapomnianej na blogu - kategorii, i prezentuję kilka nowych przedmiotów, które pojawiły się u mnie w międzyczasie. Muszę przyznać, że w czasie ostatnich kilku miesięcy notowałam sobie te ważniejsze rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić i teraz, kiedy zabrałam się do tworzenia wpisu, bardzo ułatwiło mi to sprawę. Tak więc, nie przedłużając - zapraszam.

Na początku muszę cofnąć się do ubiegłorocznych wakacji, kiedy w mojej szafie pojawił się plecak Doughnut. Długo zastanawiałam się nad kolorem, myśląc o granatowym lub bordowym, które to kolory byłyby najwygodniejsze, bo pasowałyby do większości ubrań, jednak coś mnie ciągnęło ku tej morskiej zieleni. Mam kilka rzeczy i dodatków w takim kolorze i doszłam do wniosku, że ta barwa będzie ciekawą alternatywą dla codziennych granatów i czerwieni. 
Moim ulubionym plecakiem wciąż pozostaje skórzany, kupiony w Budapeszcie, który ma bardzo klasyczny krój i pasuje do wszystkiego, jednak Doughnut też daje radę - jako torba codzienna o bardziej sportowym charakterze.

O zimowych wyprzedażach w Zarze wspominałam kilka razy na facebooku i instagramie. Udało mi się upolować trzy pary butów za bardzo symboliczne pieniądze, wiosenną haftowaną bluzkę z cienkiej bawełny (to ta z pierwszego zdjęcia) oraz szlafrok ozdobiony futrem, który zwrócił na siebie moją uwagę już jesienią. Natychmiast skojarzył mi się z pewnym przepięknym szlafrokiem Gucci, którym zachwycałam się już w 2015 roku. Cieszę się, że udało mi się znaleźć coś podobnego, aczkolwiek jestem świadoma przepaści dzielącej oba te ubrania (pod względem materiału i estetyki), jednak zastanawiam się nad obszyciem części kołnierzowej mojego egzemplarza jakimś kontrastowym materiałem, żeby bardziej przypominał oryginał. Czas pokaże czy (i jak) to wyjdzie.

Guerlain L'Heure Bleue jest pierwszym zapachem, który kupiłam w ciemno, na podstawie analizy profilu zapachowego i porównania go z perfumami, które mam już w swojej kolekcji. 
Pierwszy raz spotkałam się z tym produktem na blogu Pandory (Louise Ebel), który zachwalała, jako jeden ze swoich ulubionych zapachów. Było to prawie dekadę temu, Pandora niesamowicie mnie wówczas inspirowała; w jej stylu ubierania się i tym, jak mieszkała, odnajdywałam wiele podobieństw do mnie samej, w związku z tym doszłam do wniosku, że pewnie i mnie spodobałby się L'Heure Bleue. Niestety, zapach ten był wówczas w Polsce niedostępny. Nie trafiałam na niego nawet na zagranicznych lotniskowych perfumeriach, a z czasem inne zapachy, które pojawiły się na mojej toaletce sprawiły, że przestałam go szukać. A jednak niedawno znalazłam go w sklepie internetowym i stwierdziłam, że zaryzykuję i zamówię.
Jestem zadowolona. Zapach jest bardzo wintydżowy (L'Heure Bleue pierwszy raz został wydany w 1912 roku), głównie czuć w nim kwiaty (irys, goździk), ale są one zrównoważone nutą przypraw i orientu. Jak wyczytałam w internetowym portalu Fragrantica, dla większości osób jest to jesienny zapach na wieczór, ja jednak z powodzeniem używam go w wiosenne dni.




A to już rzeczy, które dostałam w walentynkowym prezencie od Włóczykija. Na puzderko "zachorowałam" po wizycie w sklepie Mensa Home w poznańskim Starym Browarze, gdzie można znaleźć różne fajne rzeczy do domu (chociaż kiedyś porównywałam ceny filiżanek Wedgwooda i okazało się, że bardziej opłacałoby się kupić je w sklepie firmowym w Anglii z przesyłką do Polski). Jeżeli jednak lubicie oglądać i macać piękne rzeczy (ja lubię), to polecam Wam wizytę w tym miejscu. Stary wizytownik Włóczykij znalazł w hali ze starociami, którą kiedyś odkryliśmy niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Rzadko tam zaglądamy, ale zawsze znajdziemy coś ciekawego w fantastycznej cenie. Ten skórzany wizytownik - w takiej formie go przynajmniej używam - wraz ze zdjęciem, pięknym haftem i oryginalnym zamknięciem w kształcie klucza kosztował 5 zł!

Kusmi Tea zachwalałam na blogu wielokrotnie. Są to jedne z moich ulubionych herbat, których główną zaletą jest idealnie zrównoważony smak doskonałej czarnej herbaty oraz dodatków, wyczuwalnych gdzieś na drugim planie. Bardzo odpowiada mi to, że dodatkowy aromat nie przesłania pierwotnego smaku czystej herbaty, a jednocześnie sama czarna herbata jest wzbogacona o ciekawe smakowe doświadczenie (choć muszę przyznać, że w niektórych mieszankach aromat wybija się na pierwszy plan). Puszki na zdjęciu są duże, mieszczą 250 g herbaty, jednak Kusmi Tea można też kupić w zestawach 5 małych puszek po 25 gram, które są idealne do testów smaku.


Zegarek jest jednym z moich najważniejszych zakupów w ostatnim czasie. Zaczęłam rozglądać się za czasomierzem mniej więcej roku temu i były to chyba najdłuższe poszukiwania rzeczy, jakie kiedykolwiek prowadziłam. Miałam konkretne wymagania, bo szukałam zegarka nakręcanego, bardzo klasycznego, srebrnego, z kwadratową tarczą i rzymskimi cyferkami. I - jak widać na załączonym obrazku - niektóre z tych oczekiwań musiałam zweryfikować, gdyż nie znalazłam takiego produktu, który spełniłby wszystkie wymagania. Przez jakiś czas zastanawiałam się nawet nad kupnem czasomierza używanego, takiego naprawdę wintydżowego, ale wiem, że stare zegarki lubią płatać figle i nie chciałam ryzykować, że trafię na model, który będę musiała ciągle naprawiać i jakoś szczególnie  o niego dbać. Koniec końców, mój wybór padł na automatyczny zegarek Certina. Jest bardzo klasyczny, stylowo kojarzy mi się z męskimi zegarkami z lat trzydziestych i za jego duży plus uważam to, że dobrze wygląda noszony zarówno do nowoczesnych, minimalistycznych rzeczy, jak i ubrań w stylu retro. Wybrałam model ze stali, ze srebrną tarczą i czarnymi cyframi (są różne opcje), a na lato planuję dokupić do niego pasek w kolorze jasnego brązu. 
Trochę smuci mnie fakt, że większość czasomierzy dla pań to modele biżuteryjne, bardzo krzykliwe i bardzo błyszczące; z kolei wybór damskich zegarków nawiązujących do modeli retro jest dość ograniczony.
......
Przy okazji poszukiwań trafiłam na polską firmę Gerlach, produkującą wspaniałe zegarki, które zachwycają swoim wzornictwem w stylu retro, są to jednak czasomierze dla mężczyzn (niestety, jedyny model dla kobiet, z retro ma niewiele wspólnego). Bardzo żałuję, bo chętnie założyłabym na rękę małą, damską wersję m/s Batory lub Dywizjonu 303.



Bardzo lubię wizyty na targu staroci w Starej Rzeźni w Poznaniu, gdzie czasem można znaleźć prawdziwe skarby. W lutym trafiłam na wspaniały zbiór przedruków z iluminowanych francuskich rękopisów (w środku m.in. karta z Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry), który zachwyca jakością wykonania i bogactwem szczegółów. Przy kupnie spróbowałam swoich sił w targowaniu i zamiast 30, zapłaciłam 10 zł mniej, tak więc był to bardzo dobry geszeft.

Nigdy nie odczuwałam potrzeby kupienia sobie czegoś z kolekcji projektantów współpracujących z H&M, tym bardziej nie mam ciśnienia na posiadanie markowych rzeczy, jednak bardzo spodobały mi się propozycje z jesiennej kolekcji Erdem. Piękne tkaniny, ciemne kolory i kwiatowe wzory w starym stylu, to elementy, które zawsze chwytają mnie za serce, więc wiele z projektów zrobiło na mnie duże wrażenie. Jednocześnie, od dłuższego czasu szukałam ładnej, jedwabnej apaszki, która byłaby dość duża, dość gruba i kolorowa (czyli pasująca do wielu moich ubrań w zgaszonych kolorach) i którą mogłabym założyć klasycznie - na szyję, lub jakoś wpleść we włosy. No i chusta z kolekcji Erdem spełniła wszystkie te warunki.

Jeszcze niedawno zastanawiałam się po co po co po co po co ludzie kupują książki kucharskie. Nie mogłam zrozumieć fenomenu tego działu w księgarniach oraz kolejnych wydań pozycji z obiadami, deserami, przetworami czy kuchnią nowoczesną. Sama korzystałam z kilkunastu sprawdzonych dań lub szukałam przepisów w internecie i nie wiem nawet, jak wpadłam. Pierwsza była, zdaje się, Jadłonomia (oba tomy kupiłam od razu), bo chciałam swoją dietę oprzeć - w większym niż do tej pory stopniu - na warzywach. A potem się potoczyło, bo przepisy zamieszczone w Jadłonomii są rewelacyjne i zapragnęłam więcej!
......
Jadłonomia. Dwa tomy z wegańskimi przepisami, które są przepyszne, proste i wykorzystują ciekawe techniki (np. podprażanie przypraw). Wiele z tych potraw można "zbezcześcić" i dodać do nich mięso (sama myślałam, że czasami będę tak robić, bo nie jestem weganką), ale naprawdę nie ma takiej potrzeby, gdyż smak każdego dania jest zbilansowany i pełny. Jeszcze pół roku temu brakowało mi mięsa w diecie, czułam po prostu "głód" mięsa, jeżeli nie było go na kanapce lub w daniu obiadowym, odkąd jednak zwiększyłam ilość warzyw w diecie i poszerzyłam wiedzę dotyczącą możliwości ich przygotowywania, zupełnie nie zwracam uwagi na mięso i jest mi obojętne czy danego dnia zjem stek z wołu czy gulasz z warzyw.
Zielone koktajle. Książek z tej serii jest kilka. Moim zdaniem zupełnie wystarczy jedna, bo i tak nie jesteśmy w stanie przejeść, czy raczej przepić wszystkich propozycji. Jeżeli potrzebujecie koktajlowych inspiracji (ja czasem cierpię na brak smacznych pomysłów), to warto tam zajrzeć. Niestety, minusem jest brak fajnego spisu treści, za pomocą którego można by, po konkretnym warzywie czy owocu, odnaleźć koktajl z niego zrobiony.
Zielenina na talerzu. Moja największa książkowa porażka. Przyznam się: wszystkie pozycje kupowałam w ciemno, jednak tylko ta okazała się niewypałem. Spodobała mi się idea sezonowości - książka jest bowiem podzielona na pory roku - w przepisach wykorzystane są warzywa i owoce dostępne w danym czasie, więc to jest plus. Słabym ogniwem są natomiast przepisy, które w większości znałam, dodatkowo wiele z nich to takie proste rzeczy, jak domowa surówka albo surowe warzywa z dipem jogurtowym i poświęcanie im całej strony druku i drugiej strony ze zdjęciem, jest marnowaniem potencjału. Bo potencjał jest, ale w wykonaniu czegoś zabrakło.
5 składników. To najnowsza książka Jamiego Olivera. Jest  g e n i a l n a! Obiad z 5 składników - czy to nie brzmi cudownie? Tylko 5. Żadnych długich list zakupów, każdy z przepisów łatwo zapamiętać, a poza tym połączenia smaków i produktów są świetne. I tradycyjne i nowatorskie. Pochodzące z kuchni europejskiej i z drugiego końca świata. Ryże i kasze. Wołowina i wege. Dla każdego coś miłego. Obok Jadłonomii to moja ulubiona pozycja kulinarna.
15 minut w kuchni. Tytuł jest trochę mylący. Mimo tego, że w kuchni działam szybko, nie jestem w stanie wyrobić się w takim czasie (choć kroję dość wolno, bo boję się o palce, więc to może być przyczyną :). Pomijając ten fakt i tak są to szybkie obiady (rewelacyjne kokosowe dim sumy naprawdę przygotowuje się na parze w kilka minut), więc jeżeli lubicie gotować szybko, a jednocześnie różnorodnie, bardzo polecam tę książkę.
30 minut w kuchni. Książka podobna do powyższej, ale każdy przepis, to nie pojedyncze danie obiadowe, a cały posiłek składający się z przystawki, surówki, dania głównego i deseru. Jamie rozpisał wszystko, co po kolei należy zrobić, by zmieścić się w magicznych 30 minutach, a jednocześnie każde z dań wchodzące w skład tego dużego posiłku jest oznaczone innym kolorem, więc można ze spokojem przyrządzić jedną rzecz, czytając tylko akapity jej dotyczące. Fajna, choć wolę tę piętnastominutową.


12 marca 2018

Wełniane płaszcze są nieśmiertelne


Podczas tegorocznej zimy do mojej szafy trafiły cztery nowe okrycia wierzchnie, które, choć fajne, trzeba będzie upchnąć gdzieś na sezon letni i myśl o tym - z braku miejsca w szafach - trochę mnie niepokoi. Pierwszy był granatowy płaszczyk Esprit, który okazał się największą porażką sezonu. Bardzo spodobał mi się jego ponadczasowy krój i kolor, skład pozostawiał trochę do życzenia (choć  brałam pod uwagę, że mam w szafie ośmioletni płaszcz z H&M o identycznym składzie i nic się z nim złego nie dzieje), cena była - powiedzmy - do przyjęcia, niestety, okazało się, że okropnie się mechaci. Właściwie po każdym użyciu musiałabym użyć golarki do ubrań, bo wygląda nieestetycznie. Do dzisiaj żałuję, że go kupiłam, na szczęście pojawiły się inne rzeczy, które trochę zniwelowały to wrażenie. 
Drugi płacz, tym razem z wełny, kupiłam w ciucholandzie. Ma piękny, głęboki fioletowy kolor, rozkloszowany dół w stylu retro i wykończenia z futra. Przez to wszystko wymaga szczególnych dodatków i okazji, a taka się nie nadarzyła, więc nie miałam go jeszcze na sobie. Kolejnym okryciem, które trafiło tej zimy do mojej szafy, jest krótkie sztuczne futro otrzymane w prezencie od koleżanki. Pojawi się już w kolejnym wpisie, więc tutaj nie poświęcę mu więcej miejsca.
......
Bohaterem tego odcinka został płaszcz do którego mam osobisty sentyment, ponieważ kupiła go w latach 90-tych moja mama i nosiła przez całe moje dzieciństwo. Pamiętam że trochę jej wtedy zazdrościłam jednolitości ubioru (brązowy płaszcz, brązowe kozaki, brązowa torebka, złote dodatki), podczas gdy ja wesoło hasałam w kolorowych rajstopkach i granatowo-zielono-bordowej kurtce z misiami w kratę na plecach, które to kurtki w owym czasie były dziewczęcą klasyką na zimę. Swoją drogą, rozumiem że moda lat 90-tych była specyficzna, jednak nie wiem, jak moja mama mogła zgarniać tyle komplementów w płaszczu, w którym wyglądała jak w worku. Nawet ja musiałam się  przyzwyczaić do jego rozmiaru, a jestem 10 cm wyższa i ponad 20 kg cięższa od niej :) 
Kiedy lata 90-te minęły, płaszcz trafił do szafy. Mama nosiła go jeszcze czasami, kiedy było bardzo zimno, bo mieściły się pod nim wszystkie najgrubsze swetry, a w tym roku trafił w końcu do mnie.
......
Jak pisałam powyżej - trochę trwało zanim się przyzwyczaiłam do tego kroju i długości. Musiałam poradzić sobie z obfitością materiału, zgrabnym siadaniem w komunikacji miejskiej i schodzeniem ze schodów tak, żeby nie szorować ich krawędzią okrycia. Płaszcz wspaniale wpasował się w moją ubraniową filozofię (to zbyt górnolotne słowo, jednak wiadomo w czym rzecz), żeby posiadać rzeczy jak najlepszej jakości (w tym momencie dość niezręcznie wspominam mój nieudany zakup z pierwszego akapitu). Czuję się w nim bardzo wyjątkowo, bo jest w stu procentach wełniany, a więc ciepły, ma klasyczny krój i po tych dwudziestu kilku latach praktycznie nie widać na nim śladów użytkowania, nie ma żadnych zmechaceń, a na co dzień nie przylepiają się do niego żadne kłaczki, w związku z czym komfort jego użytkowania jest naprawdę wysoki.
......
Do płaszcza staram się nosić równie klasyczne dodatki - wełniane berety i szaliki, proste kolczyki, golfy i fajne buty. Dzisiaj postawiłam na mokasyny, które choć nieocieplane, świetnie sprawdzają się w chłodną pogodę, bo są mocno zabudowane i mają grubą podeszwę izolującą chłód podłoża oraz skórzany plecak zakupiony dwa lata temu w Budapeszcie. Nie myślałam, że tak się do niego przywiążę, a jednak. Jest najwygodniejszym rozwiązaniem na małe i duże wyjścia, mieszcząc wszystko - od kalendarza i jedzenia, aż po średniej wielkości zakupy.









(zdjęcia: Włóczykij)

7 lutego 2018

Italia - podsumowanie stycznia


Jak wiecie z jednego z poprzednich wpisów, w styczniu zaczęłam prowadzić Zmysłownik - coś na kształt kalendarza kulturalnego, w którym codziennie uzupełniam kronikę, a na koniec miesiąca podsumowuję wszystkie swoje osiągnięcia związane z kulturą i poszerzaniem wiedzy; w formie spisów, tabelek i kolaży zdjęć. Styczeń okazał się być bardzo płodnym miesiącem. Dużo czytałam, obejrzałam rekordową w ostatnim czasie ilość filmów oraz zrobiłam kolaż, z którego jestem bardzo dumna. Zaczęłam styczeń bez większego planu, jednak po kilku dniach wyklarował mi się motyw miesiąca, a została nim Italia. Nigdy specjalnie nie lubiłam Włoch, myślę jednak że niesprzyjająca aura za oknem sprawiła, że wszystkie te słoneczne motywy szczególnie do mnie przemówiły, w związku z czym, od połowy miesiąca, świadomie już sięgałam tylko po to, co związane z Italią. Dodatkowo na koniec stycznia kupiłam sobie książkę kucharską z włoskimi przepisami i moje styczniowe dolce vita mogłam odbierać wszystkimi zmysłami, jak na projekt o tej nazwie przystało.
......
Chciałabym podzielić się z Wami swoimi styczniowymi odkryciami. Skupię się tylko na tych, które dotyczą Włoch, chociaż jak widzicie na poniższym zdjęciu, było kilka rzeczy niezwiązanych z tym krajem.


Śmierć w Wenecji. Moje pierwsze spotkanie z obrazem Viscontiego (ponad dekadę temu) było ciężkie. Właściwie po 20 minutach chciałam wyłączyć komputer, jednak tym, co kazało mi oglądać ten fascynujący spektakl dalej, były niezwykle malownicze kadry, impresjonistyczne ujęcia plaży i niezwykle niespieszne (co było jednocześnie moim zarzutem wobec filmu) ukazywanie nadmorskiego życia w typowym kurorcie dla dobrze sytuowanych. Główny wątek filmu - fascynacja Gustawa von Aschenbacha Tadziem, zeszła wówczas na dalszy plan i dopiero drugi (i kolejne) seanse, oszołomiły mnie wielością interpretacji, głębią tego, czego jesteśmy świadkami śledząc pozornie błahe gesty bohaterów (genialna gra Dirka Bogarde) i ich stopniowe zanurzanie się w niszczycielskiej sile uczucia i epidemii, ale o tym napiszę niżej, gdzie omawiam książkę. Porównując tę warstwę wizualną Śmierci w Wenecji do książki, uważam że jest to niezwykle dobra ekranizacja. Visconti w niezwykle przenikliwy sposób ukazał to, o czym czytamy w noweli Manna, oddając w obrazie całą istotę jej treści.
La grande bellezza. Tak jak powiedzieć o Śmierci w Wenecji, że jest to film o dojrzałym mężczyźnie wzdychającym do chłopca, tak powiedzieć o La grande bellezza, że jest to obraz o poszukiwaniu piękna, jest zarazem dyletanckim uproszczeniem, jak i - w związku z tym, że trudno w kilku słowach oddać ducha obu filmów - bardzo ogólnym streszczeniem fabuły, które, pomimo tej płytkiej interpretacji, w jakiś sposób nakreśla podstawowy i najbardziej charakterystyczny wątek filmu. Otóż tak, Wielkie piękno jest filmem o trwającym wiecznie (w wiecznym mieście zarazem) poszukiwaniu. Znów więc, jak w Śmierci... mamy motyw upływającego czasu i Artystę - tym razem bohaterem jest pisarz jednej książki, 65 letni Jep Gambardella - który zabiera nas w symboliczną podróż po Rzymie. Wędrujemy więc przez skąpane w słońcu wąskie ulice, zielone przyklasztorne ogrody, katolickie świątynie pełne złota i dawnej sztuki, trwające do rana imprezy pod gołym niebem, odwiedzamy opustoszałe włoskie pallazzo, oświetlone jedynie blaskiem świecy, by wraz z naszym cicerone odpocząć na jego nadzwyczajnym tarasie z widokiem na Koloseum. Wieczne miasto jest jednak pełnym rozmachu, ale tylko tłem, do postawienia ważnych pytań o przeżywanie sztuki i jej kryzys, o snobizm i współistniejącą z nim ignorancję, wreszcie o duchowość, która kontrastuje ze zmysłowością. Wszystko to w pełnych doskonałości kadrach, które usatysfakcjonują wszystkich estetów.
Utalentowany Pan Ripley. W tym filmie wszystko jest zjawiskowe. Począwszy od pięknych, niezwykle sugestywnych bohaterów (genialna, "amerykańska" rola Philipa Seymoura Hoffmana), przez obrazy Rzymu, Wenecji, małego miasteczka nad morzem pełnego lokalnego kolorytu; piękno renesansowych pałaców zestawione z jazzowymi klubami lat 50-tych, aż po wspaniale skonstruowany scenariusz, który sprawia, że film do ostatniej sceny ogląda się z niesłychaną ciekawością. Na tym tle z całą mocą rozbrzmiewa historia zręcznego manipulatora, Toma Ripleya, który bardzo przypadkowo dołącza do grupy bogatych rówieśników, chłonących włoskie życie pełnymi garściami. Nieśmiały, bardzo inteligentny bohater, który obserwuje to życie z mieszaniną zazdrości i fascynacji, postanawia stać się jednym z nich, co ostatecznie prowadzi do tragedii. I to niejednej.
Malena. Ten film, w przeciwieństwie do pozostałych trzech, oglądałam po raz pierwszy. Słyszałam o nim wiele razy od znajomych, chociaż żadna z tych opinii nie zachęciła mnie do sięgnięcia  po niego wcześniej. W Malenie włoskie widoki ograniczają się do małego, nadmorskiego, sycylijskiego miasteczka, któremu brakuje nieco urody, szczególnie kiedy porównuje się je z malowniczymi lokacjami z pozostałych filmów. Dzięki temu jednak świetnie odgrywa ono rolę neutralnego tła dla filmowej bohaterki, której sposób bycia i uroda zdecydowanie wybijają się na tle pospolitych mieszkańców i przyprawiają wszystkich okolicznych młodzieńców o szybsze bicie serca oraz innych części ciała, co - jak na film o dojrzewaniu przystało - zajmuje dość poczesne miejsce w całej historii. Jednak nastoletni chłopcy w sennym, gorącym miasteczku marzą nie tylko o Malenie. Równie ważne są długie spodnie i strzyżenie na fotelu "dla dorosłych", co równa się wkroczeniu do świata prawdziwych mężczyzn. Chociaż do filmu raczej nie powrócę, uważam go za jeden z odważniejszych obrazów ukazujących proces chłopięcego dojrzewania i polecam Waszej uwadze. 


Śmierć w Wenecji /Thomas Mann/ - audiobook. Nowela Manna jest niesamowicie wymagającą lekturą, szczególnie kiedy dawkuje się ją w formie audiobooka (tym bardziej, że był to mój pierwszy audiobook od czasów Pana Tadeusza, którego słuchałam w liceum, nie skupiając się jednak zbytnio), w zamian dostarczając niesamowitych wrażeń estetycznych. W ogóle forma noweli - szczególnie że dzisiejsza literatura przesycona jest gadaniną i rozwlekaniem wątków na wiele, wiele stron - działa dobrze na umysł, podając mu bardzo konkretne informacje, nie stroniąc jednocześnie od wyrafinowanej formy wypowiedzi. Długo by pisać o genialności tej książki, powstały na jej temat nawet prace naukowe, które bardzo polecam (np. Marcin Wołk, Późne wtajemniczenie. O "Śmierci w Wenecji" Tomasza Manna, i inne, dostępne w necie), gdyż okrojona współcześnie edukacja sprawia, że bez małych podpowiedzi nie jesteśmy w stanie dostrzec wszystkich znaczeń i niuansów, jakie autor wykoncypował na tych kilkudziesięciu stronach pozornie zwyczajnej opowieści. Osobiście najbardziej lubię ewolucję narracji, ukazującą stopniowy upadek Gustawa von Aschenbacha. Spokojna początkowo, choć z elementami zapowiadającymi tragizm wydarzeń, opowieść o Sztuce, duchowym pięknie wielbionym przez bohatera w osobie jasnowłosego Tadzia, opowieść o obowiązku społecznym, o fundamentach kultury, przyzwoitości, dochodzi w pewnym momencie do punktu kulminacyjnego, jakim jest nieudane opuszczenie Wenecji przez Aschenbacha. Niby nic się nie zmienia, bohater zostaje, a jednak zmienia się wszystko, bowiem od tej chwili poddaje się szaleństwu uczucia, a jego dotychczasowe zasady zostają odsunięte na bok, zatraca się w swoich obsesjach i snuje po mieście wleczony na błazeńskim pasku namiętności.
Książęta kościoła, artyści i kurtyzany. Opowieści rzymskie /Josef Imbach/. Tytuł tej książki w dużej mierze podsumowuje jej treść, na którą składa się kilkadziesiąt bardzo ciekawych, osadzonych w historii, gawęd o wiecznym mieście. Przemierzamy rzymskie dzielnice, by przystanąć na chwilę przed godnym uwagi budynkiem, zatrzymujemy się przed tablicami pamiątkowymi poznając historie papieży, ich nałożnic, a nawet rzeźb Maryi Dziewicy będących podobizną tych drugich. Wchodzimy do włoskiej lodziarni Giolitti (48 smaków do wyboru!), zaglądamy do latryn starożytnego Rzymu, przyglądamy się zabytkom lub pozostałym po nich śladom, by na koniec kupić sobie papieskie błogosławieństwo, wykaligrafowane za kilkadziesiąt euro. W czasie tej przechadzki, warto mieć pod ręką smartfona, żeby na bieżąco oglądać wszystkie wymienione w książce miejsca.
Improwizator /Hans Christian Andersen/. Jeden z rozdziałów swojej pracy magisterskiej poświęciłam powieściom odcinkowym, które ukazywały się w pewnej XIX-wiecznej gazecie. W dużym skrócie mówiąc, historie te konstruowane były według czarno-białego schematu, w którym najważniejszy był cel dydaktyczny, czyli ukazanie moralnego (i niemoralnego) postępowania bohaterów, potwierdzenie jakiejś tezy postawionej przez autora i ugruntowanie tradycyjnej roli kobiety. Taka właśnie jest ta książka. Spodziewałam się XIX-wiecznej historii - że posłużę się takim wyrażeniem - z gatunku płaszcza i szpady. Zapowiedzi obiecywały epickie opisy Włoch i wspaniałe przygody. O ile opisom nie mogę odmówić rozmachu i plastycznego ujęcia, o tyle przygody są tak niesamowite, że ich liczba zdołałaby zapełnić trzy książki o podobnej tematyce. Dodatkowo, bohaterowie narracji natrafiają na siebie w najbardziej niesamowitych momentach i najodleglejszych miastach Italii, zupełnie jak w taniej telenoweli, a ich losy są z góry określone. Na szczęście nawet Ci, którzy zeszli na złą drogę, mają szansę przedśmiertnego nawrócenia, z której ochoczo korzystają, a główny bohater - który wydaje się przed podjęciem każdej decyzji zapytywać: Co w tej sytuacji zrobiłby Chrystus? - jest wzorem cnót i nigdy nie myli namiętności z miłością.



Italia do zjedzenia /Barek Kieżun/. Kiedy zobaczyłam tę marmurowo-złotą okładkę po raz pierwszy, na zdjęciu w internecie, pomyślałam że jest to z pewnością jedna z tych bardzo pretensjonalnych współczesnych książek kucharskich, w których przepisy wymagają bądź wydania milionów monet na poszczególne składniki dań, bądź ich bezpośredniego sprowadzenia z jakichś zapomnianych regionów, są bowiem tak przesiąknięte lokalnością, że poza miejscem ich wytwarzania, nigdzie nie można ich znaleźć. Otóż nie, moi drodzy. Italia do zjedzenia oprócz posiadania pretensjonalnej  - i jakże włoskiej - okładki, pełna jest świetnych, prostych przepisów na dania, które w kilkanaście minut wyczarujemy w naszej kuchni, używając Parmigiano-Reggiano z najbliższego Lidla. Jedynym przepisem z górnej półki, jaki do tej pory namierzyłam w książce, jest tagliatelle z czarną truflą. Poza przepisami, książka pełna jest opowieści o regionach, miastach i miejscach, napisanych z lekkością i humorem oraz zdjęć, które zachęcają do rzucenia wszystkiego i wybrania się do tego słonecznego świata, gdzie cytrusa zerwiemy sobie prosto z drzewa. Polecam także blog autora, gdzie już teraz możecie poczuć ten klimat.
Jedynym minusem książki, jest wspomniane złoto na okładce, które ściera się przy użytkowaniu. Może trochę marudzę, jednak przy tak niezwykle estetycznym wydaniu, przydałoby się coś trwalszego.




Od dłuższego czasu myślałam nad tym, by zrobić kolaż. Mam taki specjalny kartonik, w którym zbieram ciekawe wycinki z gazet (szczególnie te w stylu retro, o które dość ciężko we współczesnych pismach), jednak dopiero kolaże ze Zmysłownika zainspirowały mnie na tyle, że postanowiłam zrobić własny. Początkowo myślałam że będzie to taki mini kolaż bezpośrednio na jego kartach, jednak wstępna wizja zaczęła się rozszerzać, w związku z czym kolaż ma wymiar nieco większy niż klasyczne A4. Długo by pisać jak powstawał. Najpierw w Piśmie znalazłam Tadzia, który jest tak naprawdę biblijnym Tobiaszem z obrazu Andrei del Verrocchio i od niego wszystko się zaczęło. Do tej postaci zaczęłam dobierać pozostałe elementy i tworzyć w głowie wypełnioną nimi przestrzeń. Musiałam też wydrukować morskie tło (obraz Courbeta), postać lekarza w masce oraz bohatera kolażu - Gustawa von Aschenbacha, gdyż to bezsprzecznie jemu poświęcony jest kolaż. Wszystkie elementy wyklejanki mają swoje znaczenie - jeżeli znacie książkę i film (gdyż kolaż łączy oba dzieła), możecie pobawić się w interpretację. Podpowiem dwa pierwsze dolne elementy: secesyjny ornament ma symbolizować europejską kulturę w początkach XX wieku, która stanowi niejako fundament całej opowieści, natomiast dwa fragmenty pisane niemieckim gotykiem nad nim, odnoszą się bezpośrednio do pisarskiego fachu Aschenbacha, osadzonego głęboko w niemieckości, naznaczonego rutyną codzienności, w którym nastąpił jednak pewien wyłom, na co wskazuje dłoń umieszczona pośrodku. Życząc Wam udanej zabawy, napiszę jeszcze, że najbardziej morderczą dla mnie częścią wykonania kolażu było klejenie, które zajęło mi równe 2 godziny.


Jeżeli jeszcze nie macie dość (a wierzcie mi, że ja już trochę mam, bo tworzę ten wpis trzeci dzień z rzędu), to chciałabym polecić Wam trzy dodatkowe inspiracje związane z Italią, które nie znalazły się w Zmysłowniku. Pierwszą z nich jest Koncert na dwie mandoliny i orkiestrę Vivaldiego, którego słucham w ostatnim czasie co najmniej kilka razy dziennie. 
Drugi w kolejności jest link do świetnego instagrama i bloga Annalisy P. Cignitti, który śledzę odkąd powstał (no prawie). Jak sama pisze: Dzisiejsze czasy, skierowane ku zapomnieniu przeszłości, grożą zabiciem Piękna. Ten, który żyje dla Piękna, Esteta, uczestniczy w spektaklu ruiny i dostrzega swoją dekadencję. Dekadencja jest świadomością końca, momentem, w którym wszystko się zapada, ostatnim splendorem przed otchłanią. To, co umiera, jest piękne, jednak piękno tego jest tragiczne, ponieważ jest przemijające, a przez to śmiertelne. To właśnie przed tym poczuciem końca esteta buntuje się, szukając tego, co jest do uratowania.
Na koniec coś dla zmysłu smaku i węchu, a więc szybki obiad w stylu włoskim, który wymyśliłam naprędce pewnego styczniowego dnia. Potrzebujmy: ugotowany al dente makaron (ja miałam spaghetti, jednak myślę, że muszelki czy świderki lepiej oblepią się sosem), puszkę tuńczyka w oleju, kilka-naście plasterków prosciutto, dwa ząbki czosnku pokrojone w plasterki, dymkę i oliwę z oliwek. Na oliwie podsmażamy szynkę z czosnkiem, dokładamy tuńczyka, makaron, dymkę, dolewamy więcej oliwy, chwilę wszystko mieszamy i gotowe. Buon appetito!
......
A na koniec końców, dwa moje ulubione obrazy stycznia. Caravaggio, zaraz za marmurową okładką, otwiera Italię do zjedzenia. Wybornie.

/Adriaen van der Spelt, Trompe-l'Oeil Still Life with a Flower Garland and a Curtain, 1658/

/Caravaggio, Basket of Fruit, ok. 1599/