9 stycznia 2018

Szczęśliwi czasu nie liczą. Ponoć.


Nowy rok - stara ja, czy jak to się tam mówi... Tak czy inaczej, początek każdego roku to - prócz obszernej listy postanowień z 2016 roku, prawie zrealizowanej w 2017 i przepisanej na 2018 - czas, kiedy sięgam po nowy kalendarz. I zawsze jest tak samo - piękny, pachnący, ilustrowany obficie egzemplarz, tak uwielbiany i zadbany w styczniu i na początku lutego, w marcu staje się notesem do wszystkiego: spotkań, obowiązków, planów finansowych, jadłospisu na kolejny tydzień, filmów do obejrzenia, nowości kosmetycznych do przetestowania itd. I zawsze tak samo - pięknie kaligrafowany prowadzony w styczniu i na początku lutego, w marcu staje się zeszytem ćwiczeń mojego najbrzydszego pisma, miejscem bazgrołów z pokreślonymi stronami i powyrywanymi kartkami. 
......
Postanowiłam temu jakoś zaradzić i w związku z tym, że uwielbiam mieć wszystko wypisane, uporządkowane i dokładnie zaplanowane, a jednocześnie bywam dość kreatywna, pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie dla mnie bullet journal. Może spotkaliście się z tym określeniem, może nie. Generalnie jest to idea kalendarza i notatnika w jednym, który zakładamy w czystym zeszycie i projektujemy od podstaw. W zależności od potrzeb i umiejętności może to być minimalistyczny kalendarz z rozpiską najważniejszych zadań, albo - przeciwnie - bogato ozdabiany rysunkami i naklejkami dziennik z naszego życia, a najczęściej połączenie jednego i drugiego, gdyż taka jest właściwie idea bujo - połączenie kalendarza i wszystkich innych rozpisek w jednym. No więc, kiedy już poczytałam o co w tym chodzi, napaliłam się mnóstwem pięknych inspiracji z Pinteresta i kupiłam sobie jedyny słuszny notes Leuchtturm 1918 (tak czy inaczej, to jest naprawdę świetny notes; papier jest cienki i nieprzebijający, idealny nawet do mokrych atramentów, więc polecam go wszystkim, którzy uwielbiają pisać piórem) i mnóstwo kolorowych pomocy na Aliexpress - zabrałam się wreszcie do dzieła. Bajeczna strona tytułowa miesiąca października, kalendarz tygodniowy, tabelki z nawykami, rozpiska z treningami (tak, miałam taki chory pomysł), miejsce na codzienne podsumowanie dnia i podziękowanie za coś tam dobrego, co danego dnia miało miejsce, rubryka blogowa, która miała pomóc mi planować wpisy w social mediach i... no kurczę, wytrzymałam niecały miesiąc. 
Po pierwsze, zawsze kiedy przypominałam sobie o uzupełnianiu bujo, nie miałam go akurat przy sobie, a kiedy już trzymałam go w rękach, nie pamiętałam, co przydarzyło się trzy dni wstecz. Jednak najbardziej denerwowało mnie to, że wszystko musiałam tworzyć sama od podstaw, że wszystko musiałam wpierw wyrysować, a dopiero później uzupełnić. To było naprawdę frustrujące, kiedy chcąc wpisać jakąś aktywność na kolejny tydzień, trafiałam na pustą kartkę. Ja wiem - jest to kwestia organizacji i nawyku, jednak, w gruncie rzeczy, szkoda mi czasu na rysowanie kalendarza - w czasie przeznaczonym na mechaniczne kreślenie tabelek wolę poćwiczyć kaligrafię.
......
No dobrze, nadszedł nowy rok, trzeba było przedsięwziąć jakieś działania w kwestii papierowej organizacji czasu. I tak, moim podstawowym narzędziem do spraw bieżących stał się mały kalendarz z Muchą, który Włóczykij kupił mi w Pradze (o Pradze będzie wkrótce wpis na blogu, zaraz to zanotuję). Tam wpisuję wszystkie rutynowe sprawy: spotkania, zadania, plany, bieżące finanse itd. Tam bazgrolę, bo i tak ten kalendarz wyrzucę (nigdy nie zostawiam starych kalendarzy) - wycinając uprzednio reprodukcje Muchy. Natomiast moją totalną nowością organizacyjno-wspomnieniową, wyrosłą z zafascynowania możliwościami, jakie jednak daje bullet journal, jest Zmysłownik Kukbuka*, na który trafiłam kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia i gdy tylko zobaczyłam tę oprawę graficzną, wiedziałam że muszę go mieć! Jak widzicie na zdjęciach, każdy miesiąc otwiera półprzejrzysta strona z jakimś motywem i kolaż (autorstwa Aleksandry Morawiak), a dalej jest kilkanaście stron w linie do dowolnego uzupełnienia. Zmysłownik nie jest więc moim najważniejszym kalendarzem lecz najistotniejszym. Jest to księga, pomyślana przeze mnie jako kronika kulturalna i emocjonalna, zaplanowana tak, żeby zostawić ją jako pamiątkę, ale też i do niej wracać.
......
Każdy miesiąc podzieliłam na kilka stałych rubryk, które uzupełniam na bieżąco, bądź będę uzupełniać zbiorczo wstecz. A więc - idąc po kolei - każdy miesiąc zaczyna się od strony podsumowującej moje blogowanie w danym czasie (ze zdjęciami), dalej coś co zaistniało już w bullet journalu, czyli kronika każdego dnia i podziękowanie za jedną, bądź kilka dobrych rzeczy, które w danym dniu miały miejsce. Kolejne strony zajmie foto-kronika z formie kolażu (postaram się być wierną tej przyjętej formie), a dalej kulturalne podsumowanie miesiąca, w którym wypisuję wszystkie przeczytane książki, obejrzane filmy (oprócz tych różnych głupot z You Tuba), świetną muzykę i wydarzenia z szeroko rozumianej kultury, w których brałam udział (też częściowo ze zdjęciami). Następne strony poświęciłam na to, do czego chcę wrócić w przyszłości, a więc wypisuję na nich wyimki z książek, cytaty, wiersze itd. W styczniu jest to cudowny Król Olch, którego przepisałam nawet w oryginale (fajnie jednak znać słowa, kiedy się słucha schubertowskiej wersji), cytaty o tworzeniu świata za pomocą języka z Madame Antoniego Libery, fragment II pieśni Raju z Boskiej Komedii Dantego (który to fragment pojawia się jako słowa jednego z utworów ścieżki dźwiękowej filmu Podwójne życie Weroniki)  i dekalog tkliwego nihilisty - polecam, jeśli nie znacie.
Na razie tyle. Jest nieźle, zważywszy na to, że to dopiero drugi tydzień stycznia. W każdym razie bardzo się cieszę, że piękna forma Zmysłownika zainspirowała mnie do jednego z postanowień noworocznych - by wolny czas w większej niż do tej pory ilości, przeznaczyć na kulturę. Mam nadzieję, że kiedy za dwanaście miesięcy go otworzę i kartka po kartce przewertuję, będę mogła powiedzieć: "To był dobry rok!". No ale teraz już dość tej kultury przez duże K, Ą i Ę - ja wbijam na kanał do Niekrytego Krytyka, a Wam życzę miłego oglądania zdjęć :)

* przy okazji Zmysłownika, zakupiłam też czasopismo Kukbuk i jest to najgorzej wydane 19 złotych w minionym roku. Serio, spodziewałam się fajerwerków, tym bardziej, że obserwuję ich na facebooku i zawsze czekam na świetne felietony o jedzeniu, tymczasem w wydaniu papierowym nie znalazłam kompletnie NIC, co by mnie zajęło. 











31 grudnia 2017

Blogowe podsumowanie roku 2017

Ostatni dzień roku, to dobry czas na blogowe podsumowania i przypomnienie wpisów, które udało mi się zamieścić w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. W tym roku nie było ich wiele. Brak czasu, czy raczej kiepska organizacja tegoż, sprawiły, że miesiące wiosenne i wakacyjne pozostały bez wpisów, a pozostałe robiłam od przypadku do przypadku. Pełną parą udało mi się ruszyć dopiero jesienią i zaprezentować Wam kilka ulubionych jesiennych zestawów ubraniowych. Jakby nie było, pomimo poruszania innych tematów, moda wciąż jest na blogu motywem przewodnim - przynajmniej dla mnie. A co w nowym roku? Nie znikam, wręcz przeciwnie - mam nadzieję, że uda mi się publikować co najmniej dwa wpisy miesięcznie (chociaż mam różne pomysły i cichą nadzieję, że będzie tego więcej), a ponadto być wciąż obecną na Facebooku i Instagramie, gdzie was bardzo serdecznie zapraszam. W ostatnim czasie zaczęłam się nawet przekonywać do instagramowych relacji i chociaż nie prowadzę nagrań na żywo, ani żadnych nagrań z udziałem swojej osoby (nie wiem, może kiedyś się odważę), to jednak doceniam fakt tych krótkich, ulotnych (bo znikających po 24 godzinach) zdjęć i filmów, które pozwalają mi dzielić się z wami bieżącymi chwilami, ciekawostkami i tym wszystkim, co nie zasługuje na dłuższy ślad pozostawiony w internecie.
......
Korzystając z okazji, chciałabym złożyć wam najserdeczniejsze życzenia noworoczne. Niech wszystkie Wasze postanowienia (zwłaszcza te przepisywane od kilku lat) spełnią się z nawiązką, a poza tym - jak to się dawniej mówiło - niech się Wam darzy!
......
A teraz czas na przegląd moich ulubionych wpisów z tego roku. Kliknięcie w zdjęcie przekieruje Was do konkretnego posta.
......
Dobrej zabawy!

http://emnilda.blogspot.com/2017/06/ulubiona-sukienka-w-kwiatki.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/11/jesien-w-lesie.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/06/orientalny-szlafrok-w-wersji-wieczorowej.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/10/znow-nadesza-jesien-czyli-kilka-mysli-o.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/02/sia-detalu-akcesoria-w-hasztagach.html
Prócz mody, pojawiło się na blogu także kilka wpisów o innej tematyce. W jedym z postów pokazałam Wam swoje akcesoria, takie jak biżuteria, torebki, buty, nakrycia głowy czy rajstopy, które mogą w pomysłowy sposób uzupełnić codzienne stylizacje.

http://emnilda.blogspot.com/2017/06/co-u-mnie-sychac-tej-wiosny-instamix-12.html

W minionym roku na blogu znalazły również  miejsce wpisy związane z remontami mojego mieszkania i chociaż łazienkę pokazałam bardzo pobieżnie (dopiero w nadchodzących miesiącach mam zamiar przygotować o niej osobny post), to sypialni poświęciłam cały wpis, do którego oglądania zapraszam.

http://emnilda.blogspot.com/2017/10/sypialniana-szczypta-klasyki.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/05/zycie-w-xix-wiecznej-kamienicy-1.html
Życie w XIX-wiecznej kamienicy #1 to wpis, który cieszył się ogromną popularnością i uzyskał najwięcej wyświetleń w skali całego 2017 roku. Możecie w nim wyczytać mnóstwo ciekawostek o typowej kamienicy mieszczańskiej - jak wglądał jej układ architektoniczny, kto zajmował poszczególne kondygnacje, a także jak przedstawiał się układ pomieszczeń w mieszkaniu i co to jest berlinerzimmer. Jak widzicie w tytule, jest to pierwsza część wpisu. Kolejna, tym razem traktująca o wnętrzach i wyposażeniu poszczególnych pomieszczeń, pojawi się ma blogu już niedługo.

http://emnilda.blogspot.com/2017/10/spirytyzm-i-wirujace-stoliki.html
Z okazji Halloween mogliście poczytać o tym, jak tajemnicza doktryna stworzona w poł. XIX wieku przez francuskiego naukowca, rozeszła się po Europie. Mowa oczywiści o spirytyzmie - dla niektórych zabawa, dla innych religia, dla wszystkich ówczesnych trend, który wpisał się w życie towarzyskie.

http://emnilda.blogspot.com/2017/01/azjatycka-pielegnacja-5-ulubionych.html
Na początku stycznia, zachwycona odkryciem nowej metody dbania o swoją skórę, popełniłam wpis o 5 ulubionych rytuałach kosmetycznych, zaczerpniętych prosto z Azji. Nie powiem że wpis ten się zdeaktualizował, jednak czas pokazał, że nie potrzebuję aż tylu kosmetyków żeby wyglądać pięknie (a co!), poza tym warto je miksować - nasze polskie kosmetyki i są równie skuteczne i tańsze. Wkrótce o tym napiszę, gdyż ostatni rok był dla mnie bardzo przełomowy w kwestii dbania o cerę. Dobranie odpowiednich składników aktywnych sprawiło, że nie mam żadnego problemu z wypryskami, ktore były moją zmorą od czasów nastoletnich!
......
Ostatni wpis, który chcę Wam przypomnieć, to relacja z przygotowań kalendarza adwentowego dla Włóczykija. Warto było.
http://emnilda.blogspot.com/2017/11/kalendarz-adwentowy-pomys-na-prezent-od.html

8 grudnia 2017

Grudzień. Instamix #2


Mamy grudzień, a więc najlepszy czas w roku (osobiście lubię każdy tydzień, miesiąc i porę roku, jednak grudzień, a więc: wczesne wieczory, przystrojone ulice i grzane wino na jarmarkach, mają w sobie najwięcej magii i uroku), dlatego dzisiaj zaserwuję Wam wpis tematyczny z grudniowymi zdjęciami z bloga i Instagrama. Kilka pochodzi z zeszłego roku, ale są tak fajne, że postanowiłam je przypomnieć. 
Powoli szykuję się do Świąt - w Mikołajki przypomniałam sobie Kevina (chociaż znam obie części na pamięć, to jest kilka scen, które za każdym razem śmieszą mnie tak samo, jak kilkanaście lat temu), dzisiaj wybieram się na poznański Weihnachtsmarkt - w tym roku z własnym kubkiem grzańca, bo ceny są wysokie (12 zł za szklaneczkę), no a poza tym bycie Poznanianką zobowiązuje :) W najbliższy weekend będę jeść robić pierniki, a potem już tylko błogie lenistwo w szlafroczku w kratę. Żartuję, nie mam szlafroczka w kratę - kiedyś pożałowałam kilkunastu złotych w ciucholandzie i do dzisiaj mam z tego powodu koszmary. Jakby ktoś widział gdzieś taki szlafroczek, to uprzejmie proszę o informację.

Dziadek do orzechów, zwany przeze mnie Ludwigiem Bawarskim (bo kojarzy mi się z niemieckim leśniczym - nie pytajcie :P), jest honorowym gościem każdego Bożego Narodzenia.

Zimowa pora i wcześnie zapadający zmierzch to tradycyjnie pora na dodatkowe oświetlenie, sprawia dużo radości.

Grudzień to miesiąc, w którym nałogowo słucham Dziadka do orzechów (naprzemiennie ze ścieżką dźwiękową z Kevina i innymi świątecznymi przebojami), a jeżeli czas pozwala, oglądam też wersję baletową - na żywo lub na You Tube, gdzie można znaleźć spektakle z najbardziej prestiżowych teatrów świata.

Moja mama zamienia się przed świętami w prawdziwą fabrykę pierniczków. Ma zapisane wszystkie kombinacje kształtów i zdobień, które co roku powtarza i w określonej liczbie chowa do pojemników. Ja nie mam tyle cierpliwości i chociaż korzystamy z tego samego przepisu, swoje gotowe pierniki oblewam po prostu roztopioną czekoladą i zjadam nie czekając nawet aż zastygnie.

Wstyd przyznać (szczególnie, że jestem psychofanką Dziadka do orzechów), ale w tym roku po raz pierwszy przeczytałam pierwowzór wszystkich innych opowieści, spektakli, filmów i bajek tworzonych na kanwie historii stworzonej przez E.T.A. Hoffmanna. A wszystko przez to piękne wydanie z wydawnictwa MG, z reprodukcjami drzeworytów autorstwa Charlesa Alberta d'Arnouxa, z których dwa  możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.


O zeszłorocznym kalendarzu adwentowym dla Włóczykija, możecie poczytać w osobnym wpisie. W tym roku mamy tam kilka bombonierek z czekoladkami i jeden kalendarz herbaciany.

Rynek Jeżycki w Poznaniu, przed świętami zawsze staje się choinkowym zagłębiem. Uwielbiam tam chodzić i wdychać świeży zapach świerkowej żywicy.

Jednym z moich nieosiągalnych marzeń jest spędzenie świąt Bożego Narodzenia w czasach wiktoriańskich. Mam ogromny sentyment do wszystkich dekoracji, które nawiązują do tego okresu i takie też ozdoby sukcesywnie kupuję do swojego domu. Papiery do decoupage'u wykorzystałam w tym roku do ozdobienia słoików z domowymi zaprawami, które rozdam w święta rodzinie i znajomym (tak, prezenty już mam i - co więcej - spakowane!).

Moja zeszłoroczna choinka, która na wiosnę trafiła do gruntu i pomału rośnie w górę.

W zeszłym roku postanowiłam, że co roku kupię jedną lub dwie (zależy ile wpadnie mi w oko) rzeczy do świątecznego ozdobienia domu, tak żeby nie odczuć tego finansowo i corocznie mieć przyjemność z posiadania nowej rzeczy. Tym razem padło na tę przepiękną poduszkę z dziadkiem do orzechów, która jako ostatnia czekała na mnie na półce. Przypadek? Nie sądzę.
A na pierwszym planie moje tegoroczne kalendarze adwentowe. Zawsze miałam kłopot z dotrwaniem do 24 i zazwyczaj w okolicach Mikołajek bombonierkę wyjadałam do cna. W tym roku znalazłam dobry lifehack: kupiłam sobie 4 kalendarze i codziennie mam 4 czekoladki. Tyle wygrać!

Prócz wspaniałego wydania Dziadka do orzechów, które pokazałam Wam wyżej, przypadkowo natknęłam się także na to przepiękne, trzytomowe wydanie Opowieści wigilijnych Dickensa. Prócz tej najbardziej znanej, o trzech duchach, które nawiedzają Ebenezera Scrooga, znajdują się inne, równie ciekawe i fantastycznie oddające świąteczny klimat wiktoriańskiej Anglii. Książki zostały wydane bardzo starannie z dbałością o takie szczegóły, jak tytuły rozdziałów i fajna numeracja stron, ale ich głównym atutem są ilustracje pochodzące z pierwszych angielskich wydań Opowieści z 1843 i 1848 roku. Nie mogę przestać na nie patrzeć.

Zeszłoroczny wystrój mojego domu na Święta możecie dokładnie zobaczyć w odrębnym wpisie, a poniżej tematyczny talerz, który kupiłam w zeszłym roku.


28 listopada 2017

Jesienna elegancja


Za chwilę grudzień i Święta, a ja mam jeszcze kilka zdjęć zrobionych w pięknym, słonecznym październiku, którymi chciałam się dzisiaj z Wami podzielić. Bardzo lubię tę sukienkę, której można nadać dowolny charakter, poprzez wybór odpowiednich dodatków. Kupiłam ją dawno temu w Zarze, jako sukienkę domową, która miała być idealnym dopełnieniem legginsów, jednak szybko przełożyłam ją do tej wyjściowej części szafy, bo jest idealnym ciuchem na te dni, kiedy nie mam co na siebie włożyć. Trochę uwydatnia to i owo, ale mimo to czuję się w niej bardzo dobrze.
Dzisiaj (a raczej miesiąc temu) zestawiłam ją z ulubionym futrzanym kołnierzykiem spiętym drewnianą, rosyjską broszką, męskimi butami i torebką z krokodyla, którą dostałam od jednej z czytelniczek bloga.






(zdjęcia: Włóczykij)

19 listopada 2017

Kalendarz adwentowy - pomysł na prezent od serca

Kalendarz adwentowy Lindt kupiłam dla siebie, niestety, przetrwał tylko do 2 grudnia ;) Może w tym roku się uda ?

Ten wpis czekał na swoją premierę prawie rok, bo to właśnie wtedy stworzyłam kalendarz adwentowy dla Włóczykija. Niestety, nie mogłam o nim wówczas napisać, bo Włóczykij śledzi z uwagą wszystkie wpisy (i wyłapuje przy okazji błędy), więc nie miałby niespodzianki. Zrobione telefonem zdjęcia wrzuciłam do folderu, w którym cierpliwie czekały i dzisiaj mogę Wam pokazać fajny pomysł na prezent wykonany własnoręcznie, który sprawi dużo frajdy zarówno obdarowanemu, jak i obdarowującemu i - co najważniejsze - ZDĄŻYCIE, bo do grudnia zostało jeszcze 11 dni!
......
Pomysł na kalendarz adwentowy pojawiał się w mojej głowie - w okresie okołoświątecznym - przez kilka ostatnich lat, niestety, zazwyczaj zbyt późno, żeby zdążyć z przygotowaniami, aż w końcu rok temu, przypomniałam sobie o nim w odpowiednim terminie i zdążyłam (uff!). Najpierw myślałam o czymś małym, czyli codziennym cukierku i malutkim dodatku, który zmieściłby się w malutkie pudełko. Nie miałam jednak ani pomysłu na małe dodatki (jest ich kilka w moim kalendarzu, jednak nie 24), ani małych pudełek (fajnym pomysłem są oklejone rolki po papierze toaletowym, jednak trzebaby je kolekcjonować chyba od sierpnia). Myślałam też o kalendarzu adwentowym z paczuszkami przyczepionymi do gałęzi, ale jak się pewnie domyślacie, słabym ogniwem w tym planie okazała się ładna gałąź. Koniec końców odpowiednie pudełka zamówiłam przez internet - jest to najmniejsza wersja popularnych pudełek na weselne resztki ciast dla gości, w dwóch gładkich kolorach - czerwonym i złotym.
......
Każdy drobiazg przed włożeniem do pudełka dodatkowo opakowałam w ozdobny papier, pomieszałam i wyliczyłam cukierki na każdy dzień, żeby do każdego pudełka włożyć ich porównywalną ilość. Duże paczki z prezentami, które nie zmieściły się do opakowań (było ich 5) ponumerowałam, a do pudełek trafiły ozdobne kartki z tymże numerkiem, wszystko po to, żeby zachować jak najwięcej niespodzianek do końca.
......
I teraz kwestia najważniejsza - co i dlaczego znalazło się w kalendarzu?
Przede wszystkim warto całościowo pomyśleć nad tym, co osoba którą chcemy obdarować lubi, jakich produktów używa (drobne kosmetyki, ulubione słodycze), czy są jakieś drobiazgi o których marzy, a które zazwyczaj są odsuwane na dalszy plan (dobrze piszące długopisy żelowe, ochronny sztyft do ust). Warto też rozglądać się w sklepach za rzeczami, które są niewielkie, a fajnie zgrałyby się z innymi rzeczami z naszego kalendarza. 
Swój kalendarz podzieliłam na kilka części. Podstawą na każdy dzień były cukierki (wymieszałam różne typy) ewentualnie ulubiony baton, a do tego dorzucałam tematyczne drobiazgi. Była więc część spożywcza, która zawierała miód z orzechami, czekoladki z alkoholem, herbatę smakową, przyprawy do kawy i deserów, zdrową żywność. Była część kosmetyczna z maseczkami, woskiem do wąsów, balsamem do brody, szamponem, cynamonowym mydłem, solą do kąpieli, pakietem męskich przyborów do pielęgnacji (nożyczki, obcinaczki, grzebień) i zapachowym woskiem, dzięki któremu mogłam przygotować Włóczykijowi wSPAniałą kąpiel (nie, to nieprawda, jakoby wcześniej był menelem i trzeba mu było przywrócić ludzki wygląd, on po prostu lubi o siebie dbać :), a poza tym wiele pojedynczych rzeczy, niezwiązanych ze sobą: skarpetki z reprodukcją obrazu Alfonsa Muchy, filcowa (trwała) zakładka do książki, nuty na gitarę elektryczną i ulubione kostki do gry, bombilla czyli słomka do picia Yerba Mate, książka o Twin Peaks, a także prezenty, których realizacja wymagała wyjścia z domu. Znalazł się tam więc wymyślony przeze mnie bon do naszej ulubionej cukierni (Passionata w hotelu Mercure w Poznaniu) - oczywiście z osobą towarzyszącą (ja nic nie sugeruję), bilet do opery na balet Dziadek do Orzechów Czajkowskiego oraz crème de la crème - lot na paralotni, który jednak do dzisiaj odbija mi się czkawką. Kupiłam go, gdyż Włóczykij zawsze opowiadał jak by to chciał zobaczyć z lotu ptaka tereny wokół naszej wsi, więc kiedy znalazłam ofertę latania w okolicy bardzo się ucieszyłam. Okazało się, że jednak to nie był wymarzony prezent, chociaż ostatecznie bardzo mu się podobało. Niestety całkiem niedawno kupił mi na urodziny lot w tunelu aerodynamicznym. Chociaż mówi że to nie złośliwie, ja wiem swoje ;)
......
Podsumowując, kalendarz okazał się być bardzo udanym prezentem. Jedynym mankamentem był brak miejsca we wnęce w kredensie, gdzie postanowiłam go umieścić, jednak pożyczyłam półkę z łazienki i wszystko się jakoś pomieściło. A radość Włóczykija - bezcenna.

Przykłady drobnych upominków na każdy dzień, które wkładałam do kartoników.

Na odwrocie każdej cyfry był umieszczony jakiś napis związany z zimą lub Świętami - znalazłam ten gotowy szablon gdzieś w internecie.

Cuuuukierki!

Przy okazji polecam sklep Męska wyspa, gdzie znajdziecie męskie kosmetyki o naturalnym składzie i w dobrej cenie. Co do cen, to widzę, że trochę wzrosły od zeszłego roku, ale i tak są konkurencyjne - szczególnie dla kosmetyków do stylizacji zarostu, które nieraz potrafią kosztować krocie i mieć jedynie ładne opakowanie.

Kocham ten świąteczny, wiktoriański design.

Przykład codziennej niespodzianki. Przyznam szczerze, że sama bym takimi nie pogardziła :)




W zeszłym roku mieliśmy fazę na Twin Peaks, dodatkowo, z okazji nowego sezonu serialu, wyszła książka, którą zamawiałam na ostatnią chwilę, bo polska premiera bardzo się opóźniała. Przyszła opakowana w karton, w którym ją zostawiłam (bo książkę przez papier jest bardzo łatwo wymacać) i ozdobiłam go na szybko motywami z filmu, na tyle skutecznie, że do dzisiaj Włóczykija trzyma ją na półce w tym właśnie kartonie.
Jednym z prezentów były też nuty ścieżki dźwiękowej z filmu rozpisane na gitarę elektryczną, na której gra Włóczykij.

Praca wre, w zeszycie miałam rozpisane wszystkie dni i przedmioty, które dostanie Włóczykij, z uwzględnieniem "większych" niespodzianek w Mikołajki, imieniny i Wigilię.
......
Obdarowany był zaskoczony i wzruszony.