9 września 2016

Pięć kroków do dobrego wnętrza


Dzisiejszy post jest pierwszym, który oznaczyłam etykietką wnętrza. Jest to odzew na Waszą przemiłą reakcję na fejsbukowe pytanie o to, czy lubicie kiedy pokazuję/piszę o wnętrzach. Nie ukrywam, że temat ładnych wnętrz jest mi bliski od bardzo dawna, a w ciągu ostatniego półrocza nic nie zajmuje mnie bardziej (od wiosny bowiem zaczęłam taki fest remont u siebie w domu) co - przyznaję - trochę niekorzystnie odbija się na blogu, bo szczerze powiem, że nie mam zupełnie zapału do wpisów o modzie. Teraz, kiedy wielkimi krokami zbliża się jesień i remonty powoli dobiegają końca, myślę że znów wrócę do mody, ale od czasu do czasu będę też wtrącać wpisy o tematyce wnętrzarskiej.
Dzisiaj chciałabym skupić się na pięciu ważnych krokach, które pozwolą nam stworzyć piękne wnętrze.


 

1. Wybór stylu
Zazwyczaj czerpię inspirację z kilkunastu zagranicznych blogów, pinteresta, wnętrz muzealnych, które zwiedzam osobiście lub oglądam w Internecie, jednak ostatnio postanowiłam sprawdzić, jak mieszkają Polacy i poszukałam w sieci polskich blogów wnętrzarskich. Nie wiem, być może gdybym spędziła wśród nich cały dzień znalazłabym coś godnego uwagi, jednak po kilku godzinach miałam dość. Wszystkie mieszkania to takie kopiuj wklej Ikei, kanciastych szarych narożników, geometrycznych dywanów i w porywach kolorowych dodatków. A bieli jest tyle, że po tych kilku godzinach czułam się, jak zimą bez okularów. Oślepiona! 
......
A więc punkt pierwszy: Znajdź swój styl! Zazwyczaj kiedy zaczynamy tak na serio urządzać mieszkanie, jesteśmy już dorośli, mniej lub bardziej świadomi co lubimy i w tym właśnie kierunku warto pójść. Odciąć się od mody, pomyśleć: właściwie w jakim otoczeniu czułabym się najlepiej? Może w takim wiejskim, swojskim wnętrzu jak u babci, które podziwiałam kiedy byłam mała, pełnym drewna, koronkowych serwet, przytulności? A może w takim wnętrzu jak w kamienicy u cioci Jadzi, gdzie były ciemne bufety, jedwabne zasłony i wielki zegar ze złotą tarczą odmierzający czas. A może chrzanić to, bo najlepsze są kolorowe wnętrza z lat 60 i widzę siebie wypoczywającą na obłym fotelu w krzykliwym kolorze?
Warto też styl dopasować do charakteru mieszkania. Barok odtworzony w bloku będzie wyglądać słabo, ale klasyka z elementami baroku może wypaść całkiem fajnie. Niestety, charakter wnętrza trochę determinuje wybór. Ja pewnie, gdybym mieszkała w secesyjnej kamienicy poszłabym na całość, a tak, no cóż, staram się też dodawać do wystroju trochę rzeczy współczesnych.
Fajnie też zrobić sobie taką wizualizację – jak moje mieszkanie ma wyglądać docelowo. Dobrze, żeby wszystko było w miarę spójne (dlatego przy niedawnym remoncie sypialni chciałam, żeby bardziej pasowała  do salonu - trochę secesji, starego złota, wzorzysty dywan, firana z koronkowymi wstawkami) i dobrze ze sobą współgrało. W moim mieszkaniu kolorem bazowym w większości wnętrz jest zieleń, którą uwielbiam. A więc są zielone ściany w sypialni i kuchni, mnóstwo zielonych dodatków w salonie,  a pozostałych dwóch pokojach zielone… kwiaty :)

NA SKRÓTY:
Jaki styl lubię? Czy architektura mojego domu jest nowoczesna czy klasyczna? Co dobrze by w nim wyglądało? Jakie kolory chcę mieć w swoim domu? Jak widzę wszystkie pomieszczenia po skończeniu remontu? Czy są spójne?





2. Dobra gatunkowo baza
Niezależnie od stylu, jaki wybierzemy do mieszkania, warto zainwestować w dobrą bazę. To trochę tak jak w szafie – dodatki dość łatwo jest wymienić, jednak baza jest trwała i powinna być wykonana z możliwie najlepszych materiałów. Warto – mając wybór – stawiać na naturalne materiały: drewno, kamień i inne, ponieważ są gwarancją trwałości na lata. Poza tym swoje mieszkanie remontuję raz, a dobrze. Owszem, lubię zmiany, ale szczególnie cenię sobie ponadczasowość, dlatego skupiam się na takim wystroju, który będzie prezentować się dobrze nie tylko za 10, ale nawet za 30 lat. Nie da się ukryć, że myślę w tej kwestii bardzo do przodu, chociaż przeważają tu trzy główne argumenty. Po pierwsze niechęć do remontów - naprawdę nie lubię tego ciągłego kurzu i zagracenia, kiedy trzeba gdzieś poupychać sprzęty z remontowanego pomieszczenia. Po drugie środowisko - chociażby dlatego, że każdy remont i zmiana wystroju mieszkania wiąże się z toną śmieci. Po trzecie wydane pieniądze - stawiam na klasykę, bo nigdy nie wyjdzie z mody, a ja nie będę musiała wyrzucać kolejnych pieniędzy na nowe rzeczy, tylko dlatego, że stare są już niemodne. Poza tym snycerka na antykach jest tak wypracowana, że za każdym razem patrząc na kredensy, odkrywam na nich coś nowego.
Wszystko zależy też oczywiście od możliwości. Kiedy, sześć lat temu, zaczynaliśmy remont od podstaw, marzyłam o drewnianej podłodze, ale zwyczajnie nie mieliśmy tyle pieniędzy, żeby machnąć parkiet w całym domu, więc zdecydowaliśmy się na panele. Nie wiem co będzie kiedyś, bo na razie panele trzymają się nadzwyczaj dobrze.
......
Baza to też tekstylia domowe. Te staram się sukcesywnie wymieniać (w miarę finansowych możliwości) na naturalne. Jeżeli pościel i prześcieradła to tylko z bawełny (chociaż w tym przypadku akurat nigdy nie szłam na kompromisy); jeżeli firany, zasłony, serwety to też z bawełny, batystu, lnu, aksamitu (wierzcie mi: poliester i pochodne to naprawdę kicz!). W planach mam też zakup koca z kaszmiru i wełnianych dywanów, chociaż te, które mam w tej chwili, są jeszcze całkiem ładne, więc nastąpi to nie wcześniej niż za kilka lat. Ta wymiana tekstyliów jest spowodowana nie do końca przemyślanymi decyzjami zakupowymi sprzed kilku lat, kiedy wolałam kupić więcej za mniej. Teraz kupuję porządne rzeczy, na które wydaję więcej, ale wiem, że jest to zakup na lata, staram się bowiem wybierać tkaniny gładkie lub delikatne wzory, które zawsze będą pasować do moich wnętrz, a w przypadku pościeli pod uwagę biorę tylko biel. 

NA SKRÓTY:
Dobrej jakości baza naszego mieszkania, to podstawa. Stawiajmy na naturalne materiały: kamień (podłoga, blaty, parapety, ściany, elementy dekoracyjne), drewno (podłoga, okna, drzwi, meble), skóra (obicie mebli), bawełna, len, aksamit, batyst, żakard bawełniany, jedwab (tkaniny na zasłony, firany, pościel, serwety poduszki, obicie mebli), wełna, jedwab (dywany, kilimy, koce). 
Lepiej (to wiedza poparta praktyką) poczekać i kupić coś lepszej jakości, niż zadowalać się byle czym.



3. Siła detali
Mamy już bazę - czas na dekoracje, na detale. Pokuszę się o stwierdzenie, że często to detal tworzy wnętrze. Nawet jeżeli pójdziemy bardzo klasycznie i podstawę naszego mieszkania będą stanowić rzeczy w neutralnych kolorach, umiejętnie dobrane detale dodadzą mu charakteru. Przede wszystkim postawiłabym na bardzo indywidualny dobór dodatków. Za każdym razem, kiedy przechodzę przez sklepy z wyposażeniem do domu wzdrygam się, widząc rzędy półek z takimi samymi figurkami, wazonami, obrazami, świecznikami itd., chociaż pojedyncze elementy wyposażenia masowego nie wyglądają źle, trzeba jednak zachować proporcje. No więc jak dobrać fajne dodatki do domu?
Warto wyeksponować unikatowe pamiątki rodzinne, coś co stało u naszych dziadków, potem rodziców, a teraz znalazło się u nas. Pamiątki wyjątkowe, niepowtarzalne, nawet nadszarpnięte zębem czasu - to one dodadzą naszym wnętrzom charakteru. Świetne są też rzeczy przywiezione z podróży - i nie mam tu na myśli charakterystycznych plemiennych masek czy strojów narodowych powieszonych na ścianie (chyba że komuś pasują i lubi) - ale różne fajne rękodzieło, na które można trafić w małych sklepikach. Kiedy wyjeżdżam, zawsze biorę pod pod uwagę, że mogę wrócić z czymś wielkogabarytowym do domu i rzeczywiście zdarzyło się tak, że za granicą kupiliśmy z Włóczykijem stolik, lampę, lustro i stary wiatrak Singera, a prócz tego mamy kilkanaście mniejszych, naprawdę pięknych, ręcznie wykonanych przedmiotów, które nie dość, że świetnie wyglądają, to budzą moc wspomnień. Kolejną grupą detali są rzeczy piękne lub po prostu takie, które pasują nam do wnętrza (niestety wiem po sobie, że kupowanie dla samego tylko piękna nie kończy się dobrze, kiedy nie ma gdzie danej rzeczy wyeksponować) - zdobyte na pchlich targach lub w sklepach z wyposażeniem wnętrz (tak, też w Ikei).
Pamiętajmy o tym, że detale to również wzory użyte we wnętrzu, sposób upięcia firan i zasłon, lampy, obrazy jakie wieszamy na ścianach, a także rośliny.

NA SKRÓTY:
Dodatki nadają indywidualny charakter naszemu wnętrzu. Dobierajmy je rozważnie, zgodnie z charakterem wnętrza. Moim zdaniem najbardziej wartościowe są pamiątki rodzinne, które warto wyeksponować, nawet jeżeli są lekko uszkodzone, pamiątki z podróży, i te które wiążą się ze wspomnieniami. To one, zebrane razem, tworzą wnętrze oddające ducha właściciela.
 


4. Jak kupować żeby nie zbankrutować
Obojętnie czy zdecydujemy się urządzić nasze mieszkanie antykami, czy postawimy na modernizm, lub jakikolwiek inny styl - dobry design jest w cenie. Ja mam taki sprawdzony patent (zarówno jeżeli chodzi o wnętrza, jak i szafę), że warto - w miarę możliwości - zestawiać ze sobą rzeczy luksusowe ze zdobycznymi. Mam mnóstwo rzeczy odziedziczonych po dziadkach, rodzicach, ciociach, przyjaciołach, znalezionych na strychu i w piwnicy, które dostałam za free i które nadają charakter mojemu mieszkaniu. Z kolei większość tekstyliów domowych to łupy z ciucholandów, które zazwyczaj wpadły w moje ręce przypadkowo (np. poduszka Williama Morrisa za 16 ziko). Mam zasłony ze starych prześcieradeł (obszyłam je tylko koronką) i obrusy uszyte ze starych haftowanych poszewek na poduszki. Mam wreszcie rzeczy, które są ze mną od zawsze tzn. odkąd jakoś bardziej świadomie zaczęłam się urządzać, mieszkając jeszcze u rodziców.
Mogłabym opowiedzieć Wam kilkadziesiąt historii o tym, jak znalazłam w internecie duże, drewniane biurko do gabinetu za 240 zł, a ostatnio lampę do sypialni za 30.  Mogłabym rozprawiać o szczęściu na aukcjach i zbiegach okoliczności, które sprawiły, że znalazłam akurat to co chciałam na pół darmo. Mogłabym powiedzieć Wam, że mój dom to zbiór okazji, ale niestety to nie do końca prawda, gdyż ten misz-masz wszelakich zdobyczy zestawiłam z antykami, które nie były tanie, ale wiem, że te meble kupuje się raz na całe życie. One są poza modą, trendami, zawsze będą piękne i zawsze będą zachwycać. Pieniędzy nie oszczędzałam też na sprzętach gospodarstwa domowego. Liczy się dla mnie jakość i niezawodność, dlatego np. wybrałam zwykłą lodówkę niemieckiej firmy, chociaż w tej cenie mogłam mieć bajeranckie ledy i różne udogodnienia od topowych producentów. Mam też trochę drogich rzeczy, które były typowymi fanaberiami i obeszłabym się bez nich, no ale po prostu chciałam je mieć i już!
......
Także podsumowując: przy dużym szczęściu można urządzić się tanio i pięknie, trzeba na to jednak czasu i zaangażowania. Ja polecam sposób pół-na-pół. Trochę rzeczy z górnej półki (celowałabym tu w drewniane meble, dywany dobrej jakości, designerskie dodatki, które chcemy wyeksponować, lampy) połączonych z tymi z odzysku. Bo przecież gość w Waszym domu nigdy nie pomyśli, że jak było Was stać na antyki, to jednocześnie macie powieszone prześcieradło w oknie, co nie?

NA SKRÓTY:
warto popytać rodziny, znajomych, sąsiadów mieć otwarte czy na rzeczy, które inni chcą wydać; poszperać w piwnicy, na strychu, obczaić lokalne śmietniki (nie korzystałam, ale podobno można się nieźle obłowić). Pchle targi, małe sklepiki, graciarnie - tam natrafimy na unikatowe przedmioty i tanie meble. Dobrze śledzić okresowe promocje w sklepach wnętrzarskich i na stronach producentów produktów, które sobie upatrzyliśmy. Tkanin można szukać w ciucholandach, które są kopalnią fajnych i tanich poduszek, pościeli, zasłon czy firan. A na koniec polecam Internety: strony sprzedażowe, aukcyjne, fora na portalach społecznościowych.



5. Dobre wnętrze nie powstaje w tydzień
Być może powinnam napisać inaczej: wnętrze z charakterem nie powstaje w tydzień. Dobre wnętrze faktycznie może. Uważam, że każde pomieszczenie musi dojrzeć. Warto - jeżeli planujemy remont od postaw - wyposażyć dom w podstawowe sprzęty i poczekać, pomieszkać w nim, a pomysł, jakie dodatki dobrać, sam się pojawi. Ostatnio remontowaliśmy z Włóczykijem sypialnię i pomalowaliśmy ją na kolor ciemnej zieleni. Kiedy na powrót wstawiliśmy meble i resztę rzeczy, a ja powiesiłam nową firanę, poczułam, że czegoś mi tam brakuje, jakiegoś dodatku, jakiegoś koloru, który rozjaśniłby wnętrze. Po kilku dniach i nocach stwierdziłam, że tym dodatkiem są zasłony, a kolorem jest miodowy i nagle wszystko się ułożyło. Także warto poczekać, żeby te wspomniane dodatki były dobrane nieprzypadkowo i przemyślanie. Poza tym, niektóre fajne pomysły i rozwiązania przychodzą po bardzo długim czasie, wiele zmienia się też w naszym postrzeganiu przestrzeni, jeżeli ją intensywnie użytkujemy. Wówczas wiemy, co warto zmienić: może kąt do czytania pomalować na jaśniejszy kolor, przestawić jakieś krzesło, o które stale zahaczamy, wiecie, takie sprawy, które wychodzą w codziennym życiu.
Jednak najważniejsze jest to, że fajnie, gdy nasze wnętrze dojrzewa z nami. Jeżeli już na początku wyposażmy je na fest, to gdzie powiesimy obrazek przywieziony z podróży, gdzie umieścimy jakieś oryginalne naczynia znalezione na pchlim targu? Dobrze jest - przynajmniej ja bardzo to lubię - kiedy wnętrze jest konglomeratem różnych rzeczy tworzących spójną całość, ale na taki efekt - żeby był naturalny i nieprzesadzony - trzeba pracować kilka lat.

NA SKRÓTY:
Na początek można wyposażyć wnętrze w podstawowe sprzęty (jak pamiętacie z powyższych punktów - jak najlepszej jakości), a dodatki dobierać stopniowo, kiedy wyklaruje się nam wizja danego pomieszczenia. Wnętrze powinno odzwierciedlać właściciela, warto wyeksponować rzeczy, które mówią o naszych zainteresowaniach, zgodne z naszym poczuciem piękna. Czasem nie czujemy się dobrze w jakimś pomieszczeniu; zastanówmy się dlaczego i co warto zmienić, by stało się ono nam przyjazne. 





9 sierpnia 2016

Budapesztańskie zakamarki


Dokładnie pamiętam pierwsze wrażenie Budapesztu: zachwyt z takiej ilości monumentalnej architektury, a w powietrzu unoszący się zapach kadzidła i wilgoci ze starych murów, czyli to co Emnilda lubi najbardziej (chociaż do dzisiaj zastanawiam się skąd woń kadzidła na środku ulicy). W tym mieście od pierwszej chwili poczułam się jak u siebie, chociaż niemały na to wpływ mógł mieć fakt, że przeszło miesiąc zwiedzałam Budapeszt wirtualnie, studiowałam mapy, poznawałam zabytki, komunikację miejską i przeczesywałam internet w poszukiwaniu świetnych knajp.
......
Co jest najpiękniejsze w Budapeszcie? Oczywiście - standardowo - Dunaj malowniczo płynący przez środek miasta, wzgórza ze wspaniałym widokiem na dachy Budy i Pesztu, kąpieliska termalne, w których nie jeden raz oddawałam się błogiemu relaksowi, jednak dla mnie top of the top jest fakt, że w tym mieście czuć ducha XIX wieku. Właściwie już kiedy czytałam przewodnik, zwróciłam uwagę, że większość znaczących budynków i pomników dzisiaj będących głównymi atrakcjami miasta, powstało właśnie pod koniec XIX wieku, kiedy to obchodzono tysiąclecie istnienia państwa węgierskiego. Wówczas - że się tak kolokwialnie wyrażę - naprawdę wielką kasę wpompowano w budownictwo, zatrudniając przy tym najlepszych architektów, malarzy i rzeźbiarzy; nie bano się eksperymentów z wchodzącym wówczas "na rynek" stylem art nouveau (innymi słowy swojsko brzmiącą secesją), a także - za wzorem słynnej przebudowy Haussmanna w Paryżu (to taki architekt, który wyburzył połowę miasta, żeby w miejsce średniowiecznych jeszcze uliczek, wybudować nowoczesne bulwary i szerokie drogi, które choć przyjazne spacerującym w cieniu drzew mieszkańcom, zostały stworzone jako strategiczne trasy przemarszu dla wojska - ale to temat na zupełnie inny wpis) poszerzono niektóre ulice i wybudowano jedno z najpiękniejszych założeń urbanistycznych w mieście - reprezentacyjną aleję Andrássyego, która odciążyła pomniejsze XVIII wieczne arterie miasta (o ile można nazwać arteriami ówczesne ciasne ulice śródmieścia) . I tak doszliśmy do sedna, albowiem właśnie aleja Andrássyego jest tematem dzisiejszego wpisu.
......
Aleja ta, prócz tego, że odciążyła poboczne ulice, stała się reprezentacyjną ulicą rozrastającego się Pesztu, który trzy lata po jej zbudowaniu został połączony z Budą w jeden organizm miejski (1873r.), a dodatkowo kończyła się w tzw. Lasku Miejskim, który stawał się wówczas coraz modniejszym miejscem wypoczynku dla Pesztańczyków. Zaraz po wytyczeniu nowej drogi, zdecydowano się również wybudować linię metra. Co ciekawe, najpierw myślano o kolejce naziemnej, ale władze miasta nie zezwoliły inwestorowi na zeszpecenie nowo wybudowanej reprezentacyjnej alei. Pierwsza linia metra w Budapeszcie jest zarówno pierwszą w Europie kontynentalnej i drugą na świecie (po Londynie) i wraz z aleją Andrássyego wpisana została na listę dziedzictwa UNESCO.
Aleja liczy sobie 2,5 kilometra i dzieli się na kilka odcinków o zmiennej zabudowie, która została zastrzeżona przez władze miejskie już na etapie jej projektowania. Przy początkowym odcinku alei zdecydowano się wznieść reprezentacyjne 4 piętrowe kamienice mieszczące instytucje biznesowe, budynki użyteczności publicznej (m.in. operę). Kolejny odcinek zabudowany jest kamienicami o charakterze rezydencjonalnym, przy Kodály körönd (moim ulubionym fragmencie alei) wzniesiono cztery pałacowe kamienice. Dalej zabudowa zmienia charakter - dominują tam 2-3 piętrowe budynki z ogrodem przylegającym do ulicy, jeszcze dalej natomiast (aż do wspomnianego lasku Miejskiego) ulica tonie w zieleni, bowiem ciągną się tam wolnostojące wille.
......
Dzisiaj piękno niektórych kamienic już nieco przygasło i pokryło się patyną czasu, jednak nie potrzeba wiele, żeby oczyma wyobraźni zobaczyć ulicę w pełnym blasku, taką jaką była ponad sto lat temu. Jak wspomniałam, moim ulubionym fragmentem alei jest Kodály körönd - wspaniały plac obsadzony drzewami, wokół którego na planie ćwierć okręgu zbudowano cztery majestatyczne kamienice, które dzisiaj chcę Wam pokazać.

Zaczynamy od jedynej kamienicy przy placu, która w ostatnich latach została poddana renowacji, a przynajmniej została bardzo odświeżona. W środku znajduje się muzeum kompozytora Zoltána Kodályego, który przez 40 lat zajmował czteropokojowe mieszkanie w tym budynku i od którego nazwiska plac wziął swoją nazwę. Myślałam o odwiedzinach tego muzeum po prostu ze względu na oryginalny wystrój mieszkania (zawsze lubię podglądać, jak faktycznie mieszkali różni ludzie), ale ostatecznie wybrałam relaks w kąpieliskach termalnych i dopiero później doczytałam, że muzeum znajduje się TU, czyli w TEJ kamienicy przy TYM placu. Nie pytajcie, przewodniki czasem bardzo mgliście przedstawiają adresy :)


Przed kamienicą wystawiono kilka oryginalnych dekoracji z lat 80-tych XIX wieku, które - jak się domyślam - musiano usunąć, bądź odpadły przy remoncie elewacji.

Kolejna kamienica - moja najulubieńsza z wszystkich czterech - jest wielkim, przytłaczającym budynkiem, z pasem zieleni za wysokim płotem z kutą bramą. Tym co sprawiło, że totalnie mnie zachwyciła, są widoczne na fasadzie zdobienia wykonane metodą sgraffito (to taka technika nakładania kolejnych kolorowych warstw tynku i zdrapywaniu ich zgodnie z wzorem, kiedy się jeszcze nie utwardziły). Niestety - jak widzicie na zdjęciach - malowidła są już nieco przyblakłe i w wielu miejscach wykruszyły się. Stan kamienicy pozostawia wiele do życzenia i muszę szczerze powiedzieć, że przeżywałam to przez co najmniej 2 dni. Bardzo chciałabym kiedyś (przy którejś kolejnej wizycie w Budapeszcie) ujrzeć ją pięknie odnowioną!



Czas w końcu na kamienicę, która przez wielu uznawana jest za najpiękniejszą przy Kodály körönd. Jest to zbudowany w stylu neorenesansowym dom Hübnera, który w całej okazałości możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu, otwierającym dzisiejszy wpis. Oszczędzę sobie i Wam nazwisk, jednak warto wiedzieć, że wszystkie elementy były zaprojektowane przez sławnych ówcześnie rzemieślników. Kamienica porażała przepychem, ukrytym za kutym ogrodzeniem. Przekraczając - obecnie zamkniętą z powodu zagrożenia budowlanego - bramę, wkraczało się do świata najbogatszego budapesztańskiego mieszczaństwa; tylko takie osoby mogły pozwolić sobie na kupno mieszkania w tej klasy obiekcie. Dom posiada trzy klatki schodowe, stylową windę (widoczna na zdjęciu), kasetonowe sufity, marmurowe płyty na ścianach, witraże w oknach, a w latach 80 XIX wieku wyposażony był również w kryształowe żyrandole. Obszerne mieszkania także posiadały rozmaite luksusy: kominki, marmurowe łazienki i wanny wielkości małego basenu. 
Dzisiaj kamienica jest w złym stanie. Drewniane rusztowania i metalowe siatki zabezpieczają przechodniów przed odpadającą elewacją, a i w środku upływający czas daje o sobie mocno znać


A teraz strasznie smutna sprawa. Jak widać na zdjęciach (a zdjęcia nigdy nie oddają stanu zniszczeń takimi, jakimi są naprawdę - przekonałam się o tym kupując meble przez internet :)) kamienice przy Kodály körönd są bardzo zaniedbane. Nie wiem czy władze miejskie robią coś w kierunku przywrócenia ich piękna, ale wierzcie, że serce się kraje, kiedy widzi się te odpadające tynki, zniszczone oryginalne drzwi wejściowe, uszkodzone posadzki i wiele pomniejszych elementów.
I jakby tych naturalnych, spowodowanych czasem zniszczeń było mało, czwarta z kamienic przy Kodály körönd, dwa lata temu zajęła się ogniem. Kiedy ją zobaczyłam, myślałam, że na dachu są prowadzone prace remontowe i strasznie się ucieszyłam - było to naprawdę miłe uczucie po tych wszystkich zniszczeniach, których się naoglądałam przez kilka godzin, niestety, po paru dniach przeczytałam, że to nie prace remontowe, a zabezpieczenie dachu po pożarze. O ile dobrze zrozumiałam tłumaczenie googla z węgierskiego, na dachu doszło do zaprószenia ognia przy jakichś pracach budowlanych. A że wcześniej wyburzono na strychu ściany, które były zarazem zaporami ogniowymi, pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie, pochłaniając całe poddasze i trzecie piętro kamienicy.
......
W tym miejscu kończy się nasz spacer po pięknym acz zaniedbanym Kodály körönd. Wiem, wpis jest niepokojąco długi, ale to nie koniec! Chciałam Wam pokazać jeszcze jedną - ostatnią - kamienicę, której przestrzeń mnie olśniła. Znajduje się na alei Andrássyego numer 53 (chyba...) i ma jedno z najpiękniejszych wnętrz, jakie odkryłam w Budapeszcie (nie licząc pysznych kawiarnianych fresków kilkanaście numerów dalej).
Otóż tego gorącego dnia miałam taki kaprys, że wchodziłam do wszystkich otwartych kamienic, żeby podejrzeć ich wnętrza (większość bram jest jednak solidnie zamknięta i tylko małe okienka w drzwiach pozwalają jednym okiem ogarnąć wnętrze) no i udało się wejść właśnie tu. W jednej chwili z gorącego Budapesztu przeniosłam się do wilgotnego palazzo w Wenecji - stiuki, malowidła, monumentalność tej klatki schodowej mnie oczarowały. Widać tu dbałość o każdy - dzisiaj już nieco przygasły - detal.
Klasyczne wnętrze mogę w tym momencie podsumować jedynie klasycznym cytatem: Mieli rozmach skurwysyny!


A tu Włóczykij pomaga austriackiej rowerzystce napompować koło. Rowerzystka była w wieku 80+ i przyjechała do Budapesztu z Wiednia. Rowerem oczywiście!



I te posadzki. Co jedna, to piękniejsza!

Olbrzymia większość kamienic na Węgrzech posiada wewnętrzne dziedzińce okolone balkonami, które są miejscem wypoczynku i uważam, że jest to naprawdę przedni pomysł. Nie słychać tu gwaru ulicznego, jest dużo cienia, dodatkowo w wielu budynkach podwórza są zagospodarowane, znaczy się, obsadzone kwiatami i drzewami, więc tym milej się tam odpoczywa.


(zdjęcia robione w większości telefonem, a dwa (pierwsze zdjęcie oraz to ze spaloną kamienicą) znalezione w internetach)

8 lipca 2016

Letnie nowości. Mix #11


Serwus, dzisiaj zaczynamy od razu, bez zbędnych wstępniaków. Witają Was dwie piękności z mojej szafy w gabinecie (czy też, jak go powinnam nazwać go właściwie, pokoju dalekowschodnim), których twarze i odzienia są wyrzeźbione w różnych kamieniach naturalnych. Takich kompozycji kamiennych postaci z malowanym krajobrazem w tle jest w sumie osiem - w tym połowa na tylnej stronie drzwi (czyli widocznej wtedy, kiedy drzwi od szafy są otwarte). Przy tych postaciach można spędzić naprawdę sporo czasu, studiując wszystkie szczegóły i kolory ich strojów. Dodatkowo na bokach szafy znajdują się kolorowe płaskorzeźby ptaków i roślinności, które najlepiej wyglądają, kiedy patrzy się na nie przez liście fikusa stojącego obok.

Moje odkrycie sezonu - sieciówka Medicine everyday therapy. Nazwę tę zarejestrowałam już dawno temu, kiedy Radzka robiła tam jakąś serię filmów, jednakże wyszłam z założenia, że sieciówka nie jest w stanie zaoferować czegoś, co by mnie zachwyciło (co innego ciucholand). Ponownie na jej ślad natknęłam się na Facebooku; weszłam na ich stronkę i przepadłam w momencie, kiedy zobaczyłam topy inspirowane malarstwem prerafaelitów. Zaopatrzyłam się w tunikę z nadrukiem Snu na jawie Dantego Gabriela Rossettiego, granatową bluzkę z kolażem wykorzystującym dzieło Boticellego, oraz bluzkę z wzorem Williama Morrisa. O ile dwie pierwsze są naprawdę przyjemne w noszeniu (bawełna, wiskoza), o tyle ostatnia jest nadrukowana na poliestrze i nosi się fatalnie. No, ale nie miałam wyboru - Morris był tylko w wersji poliestrowej - może jesienią będzie w tej bluzce znośniej. Niemniej polecam sieciówkę waszej uwadze - ja z niecierpliwością czekam na kolekcje jesienne i kolejne artystyczne inspiracje na ubraniach.

Dużą torbę kupiłam w TK Maxx. Bardzo lubię ten sklep, bo można w nim znaleźć naprawdę oryginalne rzeczy za przyzwoitą cenę. Rzadko kiedy szukam w nim ubrań. Pomimo tego, że kojarzy mi się z gigantycznym ciucholandem (ubóstwiam ciucholandy!), to jednak przekopywanie się przez taką ilość ciuchów przekracza moje siły.  Do TK Maxx zwyczaj wpadam, kiedy mam chwilę do odjazdu autobusu i zawsze kieruję się w rejon butów, torebek, dodatków do domu i naczyń kuchennych.
Od jakiegoś czasu szukałam takiej właśnie, pojemnej torby, która idealnie sprawdzi się jako codzienna torba do pracy (laptop, jedzenie i wszystkie inne szpargały), ale też opcja na jedno czy dwudniowe wyjazdy. Nie jest to może wzór marzeń, ale pasuje mi do wielu rzeczy i jest naprawdę ładnie wykonana, a kosztowała jedynie 65 złotych, więc uznałam, że w tym miejscu kończą się moje poszukiwania.

Udało mi się ostatnio wpaść do kilku ciucholandów i kupić klika fajnych ciuszków. Większość z nich to odzież basicowa, której najbardziej mi w szafie brakuje (chociaż niedawno przy robieniu porządków stwierdziłam, że moja szafa w zasadzie niczego już nie potrzebuje. Serio.), ale znalazłam też kilka wzorzystych rzeczy, jak ta bluzka w ptaszki. Ja tam do ptaków mam stosunek raczej obojętny, ale Włóczykij jest zapalonym miłośnikiem i fotografem ptasiego życia, więc - kto wie - może w tej bluzce częściej załapię się na zdjęcia?

Od dłuższego czasu mam pewnego rodzaju niechęć do ozdób jubilerskich, dlatego na co dzień zazwyczaj wybieram jeden element biżuteryjny i z reguły jest to wisiorek. Moje skrzynki z precjozami są pełne, więc nawet nie rozglądam się za nowymi rzeczami, raczej ciągle myślę, jak tu wykorzystać to, co już mam i jak przekonać siebie samą do noszenia tych wszystkich świecidełek. Niemniej jednak z uśmiechem przyjęłam do swojej kolekcji kolejny pierścionek, który dostałam od mamy (to ten duży, srebrny). Jest o tyle sympatyczny, że ma matowy kamyk w neutralnym kolorze i przez to pasuje do większości rzeczy, które aktualnie noszę.

Jakiś czas temu znalazłam dla siebie mega fajne adidasy (Uwierzycie? Adidasy!). Kupiłam je z myślą o wakacyjnym bieganiu po mieście (wybieram się do Budapesztu), licząc się jednak z tym, że być może będę musiała je oddać, bo wydawały mi się lekko przyciasne. I faktycznie - kiedy przymierzyłam je na spokojnie w domu zdecydowałam o zwrocie. Los chciał, że w dniu, w którym oddałam adidasy, weszłam do TK Maxx (znowu...) i znalazłam powyższe, bardzo wygodne, skórzane buty z efektownym srebrnym połyskiem i sportową podeszwą, które na pewno sprawdzą się na wyjeździe. Z kolei buty w tle to zdobycze z TK Maxx z zeszłego roku. Są bardzo wygodne, a dzięki szaremu odcieniowi nie widać na nich ewentualnego brudu i pasują do większości letnich stylizacji.

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że robię robiłam remont w kuchni. Z niecierpliwością wyczekuję chwili, kiedy będę się Wam mogła nią pochwalić, ale wiele elementów czeka na wykończenie (jak chociażby ta półka w tle, która musi zostać zabejcowana i polakierowana), także póki co uchylam tylko rąbka tajemnicy gdzieś tam na Instgramie bądź Facebooku. Z nowej kuchni już w pełni korzystam i intensywnie gotuję (chcecie jakiś fajny przepis?), jednak we wpisie o nowościach na uwagę zasługuje absolutnie rewelacyjna kawiarka do cappuccino Bialetti Mukka, która wyręcza mnie w większości czynności, które trzeba wykonać, żeby przygotować pyszną kawę. Zarówno ja jak i Włóczykij nie jesteśmy kawoszami i traktujemy kawę bardziej jako deser niż napój (ach te syropy i kakałko i bita śmietana!), więc taka niewielka kawiarka jest fajną alternatywą dla ekspresu, który zajmuje sporo miejsca i wymaga więcej uwagi. Niestety, kawiarka ma jeden zaczący minus - nie myje się sama :)

W opozycji do kawowych rozkoszy przedstawiam herbaciane. Choć z herbaty nie można wyczarować tak spektakularnych słodkich deserów jak z kawy, to jednak dzięki rozmaitym dodatkom (mleko, konfitury, przyprawy korzenne) łatwo nawet zwykłą herbatę zmienić w fantastycznie smaczny napój, choć jako fanka herbaty uważam, że czarna jest tak samo warta uwagi jak aromatyzowana czy taka z dodatkami. Moimi ulubieńcami są czarne herbaty Basilur, które występują w rozmaitych smakach, jednak szczególnie lubię tę z dodatkiem kandyzowanych owoców ananasa i mango oraz Magic Nights z nutą truskawki. Niedawno odkryłam też czarną herbatę Mlesna z dodatkiem wanilii - niezwykle intensywną i aromatyczną.

Udało mi się kupić dla Włóczykija świetne kosmetyki Williama Morrisa. W skład zestawu wchodzi balsam do ciała, żel pod prysznic, małe mydło i sól do kąpieli o świeżym męskim zapachu. Wszystko zapakowane w ładne pudełko, które będzie ozdobą łazienki (nie ma to jak praktyczne myślenie przy kupowaniu prezentów, no nie?).

A na koniec największa moja zmora, czyli książki! Żeby nie było - książki kocham i uwielbiam, jednak cierpię na chroniczny brak miejsca na ich przechowywanie o czym pisałam tutaj. To jednak nie przeszkadza mi zamawiać kolejnych egzemplarzy czytadeł, które opanowały już wszystkie pomieszczenie w domu (choć są na tyle sprytnie poukrywane,że nie widać ich na pierwszy rzut oka). Na zdjęciu część ostatniego zamówienia. Na ten moment mogę polecić Wam przygody Flawii de Luce, 11-letniej dziewczynki, której największą pasją jest warzenie trucizn w laboratorium chemicznym odziedziczonym po wuju, przerywane raz po raz dziwnymi kryminalnymi wydarzeniami w pobliskim Bishop's Lacey, które wymagają rozwiązania. Introwertyczna Flawia, mieszka w doskonale angielskiej, wiktoriańskiej posiadłości, ulokowanej niedaleko typowego sennego angielskiego miasteczka, pełnego ciekawych mieszkańców i to właśnie owa angielskość oraz dyskretny humor jest jedną z głównych zalet tych opowieści. Jako kolejną wymieniłabym klimat - mimo iż akcja toczy się w latach 50-tych, ma się wrażenie, że cała okolica mentalnie tkwi w czasach przedwojennych (przykładowo, w domu Flawii, każde połączanie telefoniczne musi zostać zaaprobowane przez ojca). Poza tym  kryminały te są trochę creepy, a sama Flawia kojarzy mi się z Wednesday Adams.
......
A na koniec kawałek mojego biurka, które musiało przyjąć na siebie ciężar kolejnych książek. Wypatrzyłam już jednak odpowiedni regał (Ikea Billy), więc niedługo zostaną uporządkowane. Do szybkiego zobaczenia!


22 czerwca 2016

Piknikowo


Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, do Gustawa - mojej świnki morskiej, dołączył kilka miesięcy temu nowy kompan, któremu nadałam wdzięczne imię Hugon Boss. Hugon zdążył się już zadomowić i zjeść kilka kilogramów karmy, jednak nie dogadał się z Gustawem. Długo by opisywać dzieje ich znajomości - mam nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. W pogodne dni wypuszczam je razem na balkon, gdzie ramię w ramię (łapka w łapkę) pochłaniają kolejne porcje zielonki, a w końcu - jak to się mówi - przez żołądek do serca. Wkrótce też gotowa będzie klatka, którą sama im zaprojektowałam, wykonałam i w chwili obecnej wykańczam. Jest na tyle duża, że nawet z fochem nie muszą wchodzić sobie w drogę, no ale zobaczymy. Na razie mieszkają w dwóch klatkach obok siebie.
......
Wczoraj Hugon towarzyszył mi w przydomowym pikniku i było to jego pierwsze wyjście na dwór bez Gustawa. Co by nie mówić o ich dogadywaniu się, na dworze, gdzie jest dużo obcych dźwięków i zapachów trzymają się razem. Był więc trochę przestraszony i zestresowany, ale przyznacie sami, że jest wyjątkowo fotogeniczny, prawda?
......
Sukienkę w paski mam w swojej szafie od dobrych trzech lat, jednak do tej pory jakoś nie było okazji pokazać jej na blogu (poza jednym zdjęciem w którymś z wpisów z serii emnildowy miks modowy) i nie wiem jak to się stało, tym bardziej, że dość często ją noszę i bardzo lubię. Kupiłam ją na jakiejś cotygodniowej wyprzedaży w ciucholandzie. Zapłaciłam 2 złote i czas pokazał, że - jak to zwykle bywa - rzecz kupiona przez przypadek bywa lepsza niż taka wymarzona, która miała być idealna i kosztowała miliony monet.








(zdjęcia: Włóczykij)