9 sierpnia 2016

Budapesztańskie zakamarki


Dokładnie pamiętam pierwsze wrażenie Budapesztu: zachwyt z takiej ilości monumentalnej architektury, a w powietrzu unoszący się zapach kadzidła i wilgoci ze starych murów, czyli to co Emnilda lubi najbardziej (chociaż do dzisiaj zastanawiam się skąd woń kadzidła na środku ulicy). W tym mieście od pierwszej chwili poczułam się jak u siebie, chociaż niemały na to wpływ mógł mieć fakt, że przeszło miesiąc zwiedzałam Budapeszt wirtualnie, studiowałam mapy, poznawałam zabytki, komunikację miejską i przeczesywałam internet w poszukiwaniu świetnych knajp.
......
Co jest najpiękniejsze w Budapeszcie? Oczywiście - standardowo - Dunaj malowniczo płynący przez środek miasta, wzgórza ze wspaniałym widokiem na dachy Budy i Pesztu, kąpieliska termalne, w których nie jeden raz oddawałam się błogiemu relaksowi, jednak dla mnie top of the top jest fakt, że w tym mieście czuć ducha XIX wieku. Właściwie już kiedy czytałam przewodnik, zwróciłam uwagę, że większość znaczących budynków i pomników dzisiaj będących głównymi atrakcjami miasta, powstało właśnie pod koniec XIX wieku, kiedy to obchodzono tysiąclecie istnienia państwa węgierskiego. Wówczas - że się tak kolokwialnie wyrażę - naprawdę wielką kasę wpompowano w budownictwo, zatrudniając przy tym najlepszych architektów, malarzy i rzeźbiarzy; nie bano się eksperymentów z wchodzącym wówczas "na rynek" stylem art nouveau (innymi słowy swojsko brzmiącą secesją), a także - za wzorem słynnej przebudowy Haussmanna w Paryżu (to taki architekt, który wyburzył połowę miasta, żeby w miejsce średniowiecznych jeszcze uliczek, wybudować nowoczesne bulwary i szerokie drogi, które choć przyjazne spacerującym w cieniu drzew mieszkańcom, zostały stworzone jako strategiczne trasy przemarszu dla wojska - ale to temat na zupełnie inny wpis) poszerzono niektóre ulice i wybudowano jedno z najpiękniejszych założeń urbanistycznych w mieście - reprezentacyjną aleję Andrássyego, która odciążyła pomniejsze XVIII wieczne arterie miasta (o ile można nazwać arteriami ówczesne ciasne ulice śródmieścia) . I tak doszliśmy do sedna, albowiem właśnie aleja Andrássyego jest tematem dzisiejszego wpisu.
......
Aleja ta, prócz tego, że odciążyła poboczne ulice, stała się reprezentacyjną ulicą rozrastającego się Pesztu, który trzy lata po jej zbudowaniu został połączony z Budą w jeden organizm miejski (1873r.), a dodatkowo kończyła się w tzw. Lasku Miejskim, który stawał się wówczas coraz modniejszym miejscem wypoczynku dla Pesztańczyków. Zaraz po wytyczeniu nowej drogi, zdecydowano się również wybudować linię metra. Co ciekawe, najpierw myślano o kolejce naziemnej, ale władze miasta nie zezwoliły inwestorowi na zeszpecenie nowo wybudowanej reprezentacyjnej alei. Pierwsza linia metra w Budapeszcie jest zarówno pierwszą w Europie kontynentalnej i drugą na świecie (po Londynie) i wraz z aleją Andrássyego wpisana została na listę dziedzictwa UNESCO.
Aleja liczy sobie 2,5 kilometra i dzieli się na kilka odcinków o zmiennej zabudowie, która została zastrzeżona przez władze miejskie już na etapie jej projektowania. Przy początkowym odcinku alei zdecydowano się wznieść reprezentacyjne 4 piętrowe kamienice mieszczące instytucje biznesowe, budynki użyteczności publicznej (m.in. operę). Kolejny odcinek zabudowany jest kamienicami o charakterze rezydencjonalnym, przy Kodály körönd (moim ulubionym fragmencie alei) wzniesiono cztery pałacowe kamienice. Dalej zabudowa zmienia charakter - dominują tam 2-3 piętrowe budynki z ogrodem przylegającym do ulicy, jeszcze dalej natomiast (aż do wspomnianego lasku Miejskiego) ulica tonie w zieleni, bowiem ciągną się tam wolnostojące wille.
......
Dzisiaj piękno niektórych kamienic już nieco przygasło i pokryło się patyną czasu, jednak nie potrzeba wiele, żeby oczyma wyobraźni zobaczyć ulicę w pełnym blasku, taką jaką była ponad sto lat temu. Jak wspomniałam, moim ulubionym fragmentem alei jest Kodály körönd - wspaniały plac obsadzony drzewami, wokół którego na planie ćwierć okręgu zbudowano cztery majestatyczne kamienice, które dzisiaj chcę Wam pokazać.

Zaczynamy od jedynej kamienicy przy placu, która w ostatnich latach została poddana renowacji, a przynajmniej została bardzo odświeżona. W środku znajduje się muzeum kompozytora Zoltána Kodályego, który przez 40 lat zajmował czteropokojowe mieszkanie w tym budynku i od którego nazwiska plac wziął swoją nazwę. Myślałam o odwiedzinach tego muzeum po prostu ze względu na oryginalny wystrój mieszkania (zawsze lubię podglądać, jak faktycznie mieszkali różni ludzie), ale ostatecznie wybrałam relaks w kąpieliskach termalnych i dopiero później doczytałam, że muzeum znajduje się TU, czyli w TEJ kamienicy przy TYM placu. Nie pytajcie, przewodniki czasem bardzo mgliście przedstawiają adresy :)


Przed kamienicą wystawiono kilka oryginalnych dekoracji z lat 80-tych XIX wieku, które - jak się domyślam - musiano usunąć, bądź odpadły przy remoncie elewacji.

Kolejna kamienica - moja najulubieńsza z wszystkich czterech - jest wielkim, przytłaczającym budynkiem, z pasem zieleni za wysokim płotem z kutą bramą. Tym co sprawiło, że totalnie mnie zachwyciła, są widoczne na fasadzie zdobienia wykonane metodą sgraffito (to taka technika nakładania kolejnych kolorowych warstw tynku i zdrapywaniu ich zgodnie z wzorem, kiedy się jeszcze nie utwardziły). Niestety - jak widzicie na zdjęciach - malowidła są już nieco przyblakłe i w wielu miejscach wykruszyły się. Stan kamienicy pozostawia wiele do życzenia i muszę szczerze powiedzieć, że przeżywałam to przez co najmniej 2 dni. Bardzo chciałabym kiedyś (przy którejś kolejnej wizycie w Budapeszcie) ujrzeć ją pięknie odnowioną!



Czas w końcu na kamienicę, która przez wielu uznawana jest za najpiękniejszą przy Kodály körönd. Jest to zbudowany w stylu neorenesansowym dom Hübnera, który w całej okazałości możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu, otwierającym dzisiejszy wpis. Oszczędzę sobie i Wam nazwisk, jednak warto wiedzieć, że wszystkie elementy były zaprojektowane przez sławnych ówcześnie rzemieślników. Kamienica porażała przepychem, ukrytym za kutym ogrodzeniem. Przekraczając - obecnie zamkniętą z powodu zagrożenia budowlanego - bramę, wkraczało się do świata najbogatszego budapesztańskiego mieszczaństwa; tylko takie osoby mogły pozwolić sobie na kupno mieszkania w tej klasy obiekcie. Dom posiada trzy klatki schodowe, stylową windę (widoczna na zdjęciu), kasetonowe sufity, marmurowe płyty na ścianach, witraże w oknach, a w latach 80 XIX wieku wyposażony był również w kryształowe żyrandole. Obszerne mieszkania także posiadały rozmaite luksusy: kominki, marmurowe łazienki i wanny wielkości małego basenu. 
Dzisiaj kamienica jest w złym stanie. Drewniane rusztowania i metalowe siatki zabezpieczają przechodniów przed odpadającą elewacją, a i w środku upływający czas daje o sobie mocno znać


A teraz strasznie smutna sprawa. Jak widać na zdjęciach (a zdjęcia nigdy nie oddają stanu zniszczeń takimi, jakimi są naprawdę - przekonałam się o tym kupując meble przez internet :)) kamienice przy Kodály körönd są bardzo zaniedbane. Nie wiem czy władze miejskie robią coś w kierunku przywrócenia ich piękna, ale wierzcie, że serce się kraje, kiedy widzi się te odpadające tynki, zniszczone oryginalne drzwi wejściowe, uszkodzone posadzki i wiele pomniejszych elementów.
I jakby tych naturalnych, spowodowanych czasem zniszczeń było mało, czwarta z kamienic przy Kodály körönd, dwa lata temu zajęła się ogniem. Kiedy ją zobaczyłam, myślałam, że na dachu są prowadzone prace remontowe i strasznie się ucieszyłam - było to naprawdę miłe uczucie po tych wszystkich zniszczeniach, których się naoglądałam przez kilka godzin, niestety, po paru dniach przeczytałam, że to nie prace remontowe, a zabezpieczenie dachu po pożarze. O ile dobrze zrozumiałam tłumaczenie googla z węgierskiego, na dachu doszło do zaprószenia ognia przy jakichś pracach budowlanych. A że wcześniej wyburzono na strychu ściany, które były zarazem zaporami ogniowymi, pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie, pochłaniając całe poddasze i trzecie piętro kamienicy.
......
W tym miejscu kończy się nasz spacer po pięknym acz zaniedbanym Kodály körönd. Wiem, wpis jest niepokojąco długi, ale to nie koniec! Chciałam Wam pokazać jeszcze jedną - ostatnią - kamienicę, której przestrzeń mnie olśniła. Znajduje się na alei Andrássyego numer 53 (chyba...) i ma jedno z najpiękniejszych wnętrz, jakie odkryłam w Budapeszcie (nie licząc pysznych kawiarnianych fresków kilkanaście numerów dalej).
Otóż tego gorącego dnia miałam taki kaprys, że wchodziłam do wszystkich otwartych kamienic, żeby podejrzeć ich wnętrza (większość bram jest jednak solidnie zamknięta i tylko małe okienka w drzwiach pozwalają jednym okiem ogarnąć wnętrze) no i udało się wejść właśnie tu. W jednej chwili z gorącego Budapesztu przeniosłam się do wilgotnego palazzo w Wenecji - stiuki, malowidła, monumentalność tej klatki schodowej mnie oczarowały. Widać tu dbałość o każdy - dzisiaj już nieco przygasły - detal.
Klasyczne wnętrze mogę w tym momencie podsumować jedynie klasycznym cytatem: Mieli rozmach skurwysyny!


A tu Włóczykij pomaga austriackiej rowerzystce napompować koło. Rowerzystka była w wieku 80+ i przyjechała do Budapesztu z Wiednia. Rowerem oczywiście!



I te posadzki. Co jedna, to piękniejsza!

Olbrzymia większość kamienic na Węgrzech posiada wewnętrzne dziedzińce okolone balkonami, które są miejscem wypoczynku i uważam, że jest to naprawdę przedni pomysł. Nie słychać tu gwaru ulicznego, jest dużo cienia, dodatkowo w wielu budynkach podwórza są zagospodarowane, znaczy się, obsadzone kwiatami i drzewami, więc tym milej się tam odpoczywa.


(zdjęcia robione w większości telefonem, a dwa (pierwsze zdjęcie oraz to ze spaloną kamienicą) znalezione w internetach)

8 lipca 2016

Letnie nowości. Mix #11


Serwus, dzisiaj zaczynamy od razu, bez zbędnych wstępniaków. Witają Was dwie piękności z mojej szafy w gabinecie (czy też, jak go powinnam nazwać go właściwie, pokoju dalekowschodnim), których twarze i odzienia są wyrzeźbione w różnych kamieniach naturalnych. Takich kompozycji kamiennych postaci z malowanym krajobrazem w tle jest w sumie osiem - w tym połowa na tylnej stronie drzwi (czyli widocznej wtedy, kiedy drzwi od szafy są otwarte). Przy tych postaciach można spędzić naprawdę sporo czasu, studiując wszystkie szczegóły i kolory ich strojów. Dodatkowo na bokach szafy znajdują się kolorowe płaskorzeźby ptaków i roślinności, które najlepiej wyglądają, kiedy patrzy się na nie przez liście fikusa stojącego obok.

Moje odkrycie sezonu - sieciówka Medicine everyday therapy. Nazwę tę zarejestrowałam już dawno temu, kiedy Radzka robiła tam jakąś serię filmów, jednakże wyszłam z założenia, że sieciówka nie jest w stanie zaoferować czegoś, co by mnie zachwyciło (co innego ciucholand). Ponownie na jej ślad natknęłam się na Facebooku; weszłam na ich stronkę i przepadłam w momencie, kiedy zobaczyłam topy inspirowane malarstwem prerafaelitów. Zaopatrzyłam się w tunikę z nadrukiem Snu na jawie Dantego Gabriela Rossettiego, granatową bluzkę z kolażem wykorzystującym dzieło Boticellego, oraz bluzkę z wzorem Williama Morrisa. O ile dwie pierwsze są naprawdę przyjemne w noszeniu (bawełna, wiskoza), o tyle ostatnia jest nadrukowana na poliestrze i nosi się fatalnie. No, ale nie miałam wyboru - Morris był tylko w wersji poliestrowej - może jesienią będzie w tej bluzce znośniej. Niemniej polecam sieciówkę waszej uwadze - ja z niecierpliwością czekam na kolekcje jesienne i kolejne artystyczne inspiracje na ubraniach.

Dużą torbę kupiłam w TK Maxx. Bardzo lubię ten sklep, bo można w nim znaleźć naprawdę oryginalne rzeczy za przyzwoitą cenę. Rzadko kiedy szukam w nim ubrań. Pomimo tego, że kojarzy mi się z gigantycznym ciucholandem (ubóstwiam ciucholandy!), to jednak przekopywanie się przez taką ilość ciuchów przekracza moje siły.  Do TK Maxx zwyczaj wpadam, kiedy mam chwilę do odjazdu autobusu i zawsze kieruję się w rejon butów, torebek, dodatków do domu i naczyń kuchennych.
Od jakiegoś czasu szukałam takiej właśnie, pojemnej torby, która idealnie sprawdzi się jako codzienna torba do pracy (laptop, jedzenie i wszystkie inne szpargały), ale też opcja na jedno czy dwudniowe wyjazdy. Nie jest to może wzór marzeń, ale pasuje mi do wielu rzeczy i jest naprawdę ładnie wykonana, a kosztowała jedynie 65 złotych, więc uznałam, że w tym miejscu kończą się moje poszukiwania.

Udało mi się ostatnio wpaść do kilku ciucholandów i kupić klika fajnych ciuszków. Większość z nich to odzież basicowa, której najbardziej mi w szafie brakuje (chociaż niedawno przy robieniu porządków stwierdziłam, że moja szafa w zasadzie niczego już nie potrzebuje. Serio.), ale znalazłam też kilka wzorzystych rzeczy, jak ta bluzka w ptaszki. Ja tam do ptaków mam stosunek raczej obojętny, ale Włóczykij jest zapalonym miłośnikiem i fotografem ptasiego życia, więc - kto wie - może w tej bluzce częściej załapię się na zdjęcia?

Od dłuższego czasu mam pewnego rodzaju niechęć do ozdób jubilerskich, dlatego na co dzień zazwyczaj wybieram jeden element biżuteryjny i z reguły jest to wisiorek. Moje skrzynki z precjozami są pełne, więc nawet nie rozglądam się za nowymi rzeczami, raczej ciągle myślę, jak tu wykorzystać to, co już mam i jak przekonać siebie samą do noszenia tych wszystkich świecidełek. Niemniej jednak z uśmiechem przyjęłam do swojej kolekcji kolejny pierścionek, który dostałam od mamy (to ten duży, srebrny). Jest o tyle sympatyczny, że ma matowy kamyk w neutralnym kolorze i przez to pasuje do większości rzeczy, które aktualnie noszę.

Jakiś czas temu znalazłam dla siebie mega fajne adidasy (Uwierzycie? Adidasy!). Kupiłam je z myślą o wakacyjnym bieganiu po mieście (wybieram się do Budapesztu), licząc się jednak z tym, że być może będę musiała je oddać, bo wydawały mi się lekko przyciasne. I faktycznie - kiedy przymierzyłam je na spokojnie w domu zdecydowałam o zwrocie. Los chciał, że w dniu, w którym oddałam adidasy, weszłam do TK Maxx (znowu...) i znalazłam powyższe, bardzo wygodne, skórzane buty z efektownym srebrnym połyskiem i sportową podeszwą, które na pewno sprawdzą się na wyjeździe. Z kolei buty w tle to zdobycze z TK Maxx z zeszłego roku. Są bardzo wygodne, a dzięki szaremu odcieniowi nie widać na nich ewentualnego brudu i pasują do większości letnich stylizacji.

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że robię robiłam remont w kuchni. Z niecierpliwością wyczekuję chwili, kiedy będę się Wam mogła nią pochwalić, ale wiele elementów czeka na wykończenie (jak chociażby ta półka w tle, która musi zostać zabejcowana i polakierowana), także póki co uchylam tylko rąbka tajemnicy gdzieś tam na Instgramie bądź Facebooku. Z nowej kuchni już w pełni korzystam i intensywnie gotuję (chcecie jakiś fajny przepis?), jednak we wpisie o nowościach na uwagę zasługuje absolutnie rewelacyjna kawiarka do cappuccino Bialetti Mukka, która wyręcza mnie w większości czynności, które trzeba wykonać, żeby przygotować pyszną kawę. Zarówno ja jak i Włóczykij nie jesteśmy kawoszami i traktujemy kawę bardziej jako deser niż napój (ach te syropy i kakałko i bita śmietana!), więc taka niewielka kawiarka jest fajną alternatywą dla ekspresu, który zajmuje sporo miejsca i wymaga więcej uwagi. Niestety, kawiarka ma jeden zaczący minus - nie myje się sama :)

W opozycji do kawowych rozkoszy przedstawiam herbaciane. Choć z herbaty nie można wyczarować tak spektakularnych słodkich deserów jak z kawy, to jednak dzięki rozmaitym dodatkom (mleko, konfitury, przyprawy korzenne) łatwo nawet zwykłą herbatę zmienić w fantastycznie smaczny napój, choć jako fanka herbaty uważam, że czarna jest tak samo warta uwagi jak aromatyzowana czy taka z dodatkami. Moimi ulubieńcami są czarne herbaty Basilur, które występują w rozmaitych smakach, jednak szczególnie lubię tę z dodatkiem kandyzowanych owoców ananasa i mango oraz Magic Nights z nutą truskawki. Niedawno odkryłam też czarną herbatę Mlesna z dodatkiem wanilii - niezwykle intensywną i aromatyczną.

Udało mi się kupić dla Włóczykija świetne kosmetyki Williama Morrisa. W skład zestawu wchodzi balsam do ciała, żel pod prysznic, małe mydło i sól do kąpieli o świeżym męskim zapachu. Wszystko zapakowane w ładne pudełko, które będzie ozdobą łazienki (nie ma to jak praktyczne myślenie przy kupowaniu prezentów, no nie?).

A na koniec największa moja zmora, czyli książki! Żeby nie było - książki kocham i uwielbiam, jednak cierpię na chroniczny brak miejsca na ich przechowywanie o czym pisałam tutaj. To jednak nie przeszkadza mi zamawiać kolejnych egzemplarzy czytadeł, które opanowały już wszystkie pomieszczenie w domu (choć są na tyle sprytnie poukrywane,że nie widać ich na pierwszy rzut oka). Na zdjęciu część ostatniego zamówienia. Na ten moment mogę polecić Wam przygody Flawii de Luce, 11-letniej dziewczynki, której największą pasją jest warzenie trucizn w laboratorium chemicznym odziedziczonym po wuju, przerywane raz po raz dziwnymi kryminalnymi wydarzeniami w pobliskim Bishop's Lacey, które wymagają rozwiązania. Introwertyczna Flawia, mieszka w doskonale angielskiej, wiktoriańskiej posiadłości, ulokowanej niedaleko typowego sennego angielskiego miasteczka, pełnego ciekawych mieszkańców i to właśnie owa angielskość oraz dyskretny humor jest jedną z głównych zalet tych opowieści. Jako kolejną wymieniłabym klimat - mimo iż akcja toczy się w latach 50-tych, ma się wrażenie, że cała okolica mentalnie tkwi w czasach przedwojennych (przykładowo, w domu Flawii, każde połączanie telefoniczne musi zostać zaaprobowane przez ojca). Poza tym  kryminały te są trochę creepy, a sama Flawia kojarzy mi się z Wednesday Adams.
......
A na koniec kawałek mojego biurka, które musiało przyjąć na siebie ciężar kolejnych książek. Wypatrzyłam już jednak odpowiedni regał (Ikea Billy), więc niedługo zostaną uporządkowane. Do szybkiego zobaczenia!


22 czerwca 2016

Piknikowo


Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, do Gustawa - mojej świnki morskiej, dołączył kilka miesięcy temu nowy kompan, któremu nadałam wdzięczne imię Hugon Boss. Hugon zdążył się już zadomowić i zjeść kilka kilogramów karmy, jednak nie dogadał się z Gustawem. Długo by opisywać dzieje ich znajomości - mam nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. W pogodne dni wypuszczam je razem na balkon, gdzie ramię w ramię (łapka w łapkę) pochłaniają kolejne porcje zielonki, a w końcu - jak to się mówi - przez żołądek do serca. Wkrótce też gotowa będzie klatka, którą sama im zaprojektowałam, wykonałam i w chwili obecnej wykańczam. Jest na tyle duża, że nawet z fochem nie muszą wchodzić sobie w drogę, no ale zobaczymy. Na razie mieszkają w dwóch klatkach obok siebie.
......
Wczoraj Hugon towarzyszył mi w przydomowym pikniku i było to jego pierwsze wyjście na dwór bez Gustawa. Co by nie mówić o ich dogadywaniu się, na dworze, gdzie jest dużo obcych dźwięków i zapachów trzymają się razem. Był więc trochę przestraszony i zestresowany, ale przyznacie sami, że jest wyjątkowo fotogeniczny, prawda?
......
Sukienkę w paski mam w swojej szafie od dobrych trzech lat, jednak do tej pory jakoś nie było okazji pokazać jej na blogu (poza jednym zdjęciem w którymś z wpisów z serii emnildowy miks modowy) i nie wiem jak to się stało, tym bardziej, że dość często ją noszę i bardzo lubię. Kupiłam ją na jakiejś cotygodniowej wyprzedaży w ciucholandzie. Zapłaciłam 2 złote i czas pokazał, że - jak to zwykle bywa - rzecz kupiona przez przypadek bywa lepsza niż taka wymarzona, która miała być idealna i kosztowała miliony monet.








(zdjęcia: Włóczykij)

8 czerwca 2016

W stylu retro


Na blogu nie było mnie prawie dwa miesiące. Co więc takiego działo się w tym czasie, że uniemożliwiło mi tworzenie nowych wpisów? Na pierwszym miejscu jestem zmuszona wymienić remont mieszkania, który całkowicie mnie zaprzątnął. W sumie na ten moment remontowaliśmy remontujemy tylko kuchnię, ale tak zapaliłam się do zmian innych pomieszczeń, że już zakupiłam farbę do sypialni i garderoby, a także zrobiłam plan remontowy na najbliższe dwa-trzy lata. Moim marzeniem jest zrobić wszystko na fest, a potem tylko co kilka lat odświeżać ściany - serio, nie to żebym nie lubiła zmian, ale uważam, że gruntowne remonty co kilka lat to głupota. Nie dość, że kosztują mnóstwo nerwów i kurzu i bałaganu i czasu, to wymagają też sporych nakładów finansowych. Wolę te nakłady finansowe ponieść raz - kupić rzeczy bardzo dobrej jakości, a potem cieszyć się nimi przez lata. Poza tym warto pamiętać, że dłuższe użytkowanie jednej rzeczy pozytywnie wpływa na środowisko i już ta idea wystarczy mi jako bodziec do długoterminowych, przemyślanych inwestycji. Kuchnię wkrótce pokażę na blogu - aktualnie kilka migawek zamieściłam na Instagramie, ale zostało jeszcze trochę do wykończenia. Inną sprawą jest, że blog pochłania więcej czasu niżbym chciała. Do każdego wpisu trzeba się przygotować, zrobić zdjęcia, potem wybrać te najlepsze, przepuścić przez program graficzny (chociaż tutaj ograniczam się tylko do korekty kolorów i kontrastu), no i wyklikać tekst. Przez te ostatnie dwa miesiące nie umiałam się jakoś zorganizować, żeby to wszystko sprawnie zrobić.
......
Remont (przynajmniej jego najbardziej upierdliwy na ten moment etap) powoli dobiega końca, Włóczykij ma więcej czasu wolnego żeby robić mi zdjęcia, dlatego na blogu powiew wiosny w stylu retro. Założyłam ulubioną ostatnio bluzkę w kropki. Jest ona na mnie za luźna, ale kiedy ścisnę się trochę tasiemką przyszytą w pasie jest całkiem ok. Do ubioru dobrałam kilka dodatków w starym stylu i poszłam podbijać miejskie parki :)
......
Mam jeszcze małe ogłoszenie parafialne. Otóż napisał do mnie znajomy koleżanki i poprosił o udostępnienie moim czytelnikom, czyli Wam - moi drodzy - informacji o sklepie z polskimi, ręcznie wykonywanymi butami. Buty z Boffe Butik możecie obejrzeć i zamówić na stronie DaWanda. To udanych zakupów w razie jak co. Do zobaczenia niedługo.





Jednym z zainteresowań Włóczykija stała się jakiś czas temu fotografia przyrody (szczególnie ptaków), dlatego jest szczególnie wyczulony na naszych małych przyjaciół i w czasie naszego spaceru zrobił im trochę zdjęć. Tutaj zapozował kos.



A to ładnie ubarwiona sójka.

Torebka ze skóry aligatora jest jedną z kilku, które dostałam od czytelniczki bloga. Kolekcja ta jest dla mnie bardzo cenna i bardzo się cieszę, że trafiła właśnie do mnie. Dziękuję!


(zdjęcia: Włóczykij)

15 kwietnia 2016

Nowości na wiosnę. Mix #10

Na początek małe ogłoszenie parafialne: postanowiłam nieco ułatwić Wam poruszanie się po blogu i pod nagłówkiem stworzyłam bardzo proste menu ze spisem treści bloga, w których znajdziecie odnośniki do większości z prawie 300 wpisów. Kilka postów nie załapało się, ponieważ albo ich tematyka jest "z dupy" i nie pasuje do żadnej kategorii, albo celowo wolę je ukryć (bywa niestety tak, że przypominając sobie po kilku latach niektóre wpisy, myślę sobie: "o-em-dżi, co za żenada!" Mogłabym je oczywiście usunąć, ale zostawiam, jako nagrodę dla wytrwałych poszukiwaczy :D
No nic, mam nadzieję, że spis treści poprawi i ulepszy Wasze wycieczki po blogu (dajcie znać w komentarzach, co o nim myślicie). Wpisy z modą i do poczytania są posegregowane od najnowszych do najstarszych, wpisy wnętrzarskie od najstarszych do najnowszych (ha!), także miłej zabawy.
Inną, bardziej szczegółową metodą zwiedzania bloga są etykietki w kolumnie po prawej lub wyszukiwarka, która jednak nie działa na hasło: Wpisy, których Emnilda nie chce pokazać.
......
Ad rem. Jakoś nie mam ostatnio ochoty na zdjęcia swojej osoby (chociaż mam parę fajnych nowych ciuszków i obiecuję, że wkrótce je pokażę). Zajęta jestem przede wszystkim remontem kuchni, który trwa już drugi miesiąc, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo się zakończy i wreszcie będę mogła posprzątać i zacząć znów gotować! Nie żebym była jakąś Perfekcyjną Panią Domu, ale organizacja życia domowego przy remoncie kuchni, kiedy właściwie da się tylko zagrzać wodę na herbatę jest - co tu dużo mówić - mało komfortowa. Nic to, najważniejsze, że remont dobiega końca. W czasie pomiędzy dopatrywaniem szczegółów, a wybieraniem dodatków, w mojej głowie krystalizuje się wizja kolejnych pomieszczeń, które będziemy z Włóczykijem odnawiać. Przygotowuję się do remontu sypialni, która docelowo nabierze bardziej secesyjnego charakteru tak, żeby była spójna z resztą mieszkania. Przez te pięć ostatnich lat, dodając kwiatki, baldachimy i obrazki z paniami w perukach, zrobiłam z niej trochę taki rokokowy buduar i sama nie wiem, jak to się stało, zważywszy na to, że nie lubię rokoka. Teraz zrobi się poważniej i ciemniej, a o postępach będę Was informować w kolejnych wpisach.
......
A więc remont i wystrój wnętrz to jest to, co mnie ostatnio zajmuje. Jak już pisałam, nie mam nowych zdjęć związanych z modą, dlatego dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami nowościami, których trochę się od ostatniego takiego tematycznego wpisu zebrało. Także zaczynamy.

Oprócz wspomnianych remontów postanowiłam sobie na wiosnę, że zajmę się wszystkimi niedoróbkami i prowizorkami, jakie królują u mnie w domu (no może większością, bo niektóre wymagają męskiej ręki i bez pomocy Włóczykija się nie obejdzie). Tak więc doszywam frędzle do leżących z tego powodu odłogiem serwet, maluję lampy i oprawiam nieoprawione obrazki, dzięki czemu m.in. mój piękny chiński pejzaż malowany na jedwabiu, może wreszcie godnie ozdabiać biurko.  

Kosmetyki Babuszki Agafii odkryłam przypadkowo dzięki koleżance z pracy, która bardzo zachwalała mydło syberyjskie (też zachwalam: jest bardzo wydajne i świetnie działa). Postanowiłam złożyć większe zamówienie i zaopatrzyłam się w cały zestaw produktów pielęgnacyjnych, które - co tu dużo mówić - są bardzo dobre. Fajnie działają, są ekologiczne, wydajne i bardzo atrakcyjne cenowo, co sprawia, że po zużyciu tej partii zamówię kolejną. Może nie są to kosmetyki, które gwarantują spektakularny efekt w pięć minut, ale stosowane regularnie, dają widoczne efekty.
Kolejną nowością jest oliwka firmy Palmer's, której dałam szansę ze względu na świetne działanie innego produktu tej firmy - balsamu do ciała z masłem kakaowym. Oliwka jest bardzo dobra, ale jednak po jej zużyciu wrócę do oliwki Hipp, której używam już od kilku dobrych lat. Ostatnim produktem pielęgnacyjnym, z którego jestem bardzo zadowolona, jest peeling do domowej mikrodermabrazji VitalDerm. To jest jeden z tych kosmetyków, który od razu robi efekt wow! Cera jest gładka i miękka - no po prostu marzenie.

Trochę nowości wyposażenia domowego. Sześcioosobowy komplet sztućców dostałam od mamy - plusem jest gładkie ostrze noży, które w przeciwieństwie do piłki będzie można łatwo naostrzyć. Z doświadczenia poradzę Wam też, że zdecydowanie lepsze są sztućce z jednego kawałka metalu niż takie z dorabianą rączką. Miałam (a właściwie mam jeszcze kilka sztuk takich właśnie) i przy twardej sztuce mięcha bywa, że nie dają rady. Poza tym do grona domowych utensyliów dołączył wiosenny talerzyk z motywem bratków, komplet podstakanników wraz ze spodkami oraz karafkowate naczynie, które pełni rolę podręcznej konewki do ziół.

Nowościom ubraniowym poświęcę wkrótce osobny wpis, dlatego że odkryłam uroki garderoby basicowej i w taką się teraz głównie zaopatruję, przeciwstawiając ją wzorom, które zbytnio rozpanoszyły się w mojej szafie. Dzięki temu jestem w stanie prawie bezproblemowo połączyć swoje ubrania w zestawy (oczywiście w teorii, z poranną praktyką bywa różnie). Jednak tego wzoru na bluzce, który widzicie na zdjęciu nie mogłam przepuścić. Od razu skojarzył mi się z Williamem Morrisem. Bluzka była niezbyt ciekawa - miała jakiś dziwny golf z kołnierzem, ale szczęśliwie udało mi się ją przerobić, z pomocą cioci Włóczykija, na bluzkę z dekoltem na plecach. Skórzaną torebkę z kolei, udało mi się wyłowić w ciucholandzie za 15 ziko.

Ostatnio przybyło mi też kilka nowości biżuteryjnych: pleciony naszyjnik i bransoletka w komplecie za 10 złotych (dają naprawdę fajny, elegancki efekt bez przesadnego błysku, za którym na co dzień nie przepadam), pierścionek od mamy oraz dwa srebrne naszyjniki, robione techniką wire-wrapping, która polega na formowaniu fantazyjnej biżuterii ze srebrnego drutu przy wykorzystaniu np. kamieni (w moim przypadku jest to chalcedon i perła). Naszyjniki są bardzo efektowne - mimo że wybrałam raczej mniejszy rozmiar i tak wyglądają zjawiskowo.

Kubek Tête-à-tête zaprojektowany przez Natalię Gruszecką i Jakuba Kwarcińskiego z duetu ENDE Ceramics zasilił moją (niewielką, lecz ciągle poszerzającą się) kolekcję. Zachwyciło mnie w nim połączenie porcelanowej, białej subtelności z niepokojącą, choć spokojną, twarzą przedwojennej lalki.