8 lipca 2016

Letnie nowości. Mix #11


Serwus, dzisiaj zaczynamy od razu, bez zbędnych wstępniaków. Witają Was dwie piękności z mojej szafy w gabinecie (czy też, jak go powinnam nazwać go właściwie, pokoju dalekowschodnim), których twarze i odzienia są wyrzeźbione w różnych kamieniach naturalnych. Takich kompozycji kamiennych postaci z malowanym krajobrazem w tle jest w sumie osiem - w tym połowa na tylnej stronie drzwi (czyli widocznej wtedy, kiedy drzwi od szafy są otwarte). Przy tych postaciach można spędzić naprawdę sporo czasu, studiując wszystkie szczegóły i kolory ich strojów. Dodatkowo na bokach szafy znajdują się kolorowe płaskorzeźby ptaków i roślinności, które najlepiej wyglądają, kiedy patrzy się na nie przez liście fikusa stojącego obok.

Moje odkrycie sezonu - sieciówka Medicine everyday therapy. Nazwę tę zarejestrowałam już dawno temu, kiedy Radzka robiła tam jakąś serię filmów, jednakże wyszłam z założenia, że sieciówka nie jest w stanie zaoferować czegoś, co by mnie zachwyciło (co innego ciucholand). Ponownie na jej ślad natknęłam się na Facebooku; weszłam na ich stronkę i przepadłam w momencie, kiedy zobaczyłam topy inspirowane malarstwem prerafaelitów. Zaopatrzyłam się w tunikę z nadrukiem Snu na jawie Dantego Gabriela Rossettiego, granatową bluzkę z kolażem wykorzystującym dzieło Boticellego, oraz bluzkę z wzorem Williama Morrisa. O ile dwie pierwsze są naprawdę przyjemne w noszeniu (bawełna, wiskoza), o tyle ostatnia jest nadrukowana na poliestrze i nosi się fatalnie. No, ale nie miałam wyboru - Morris był tylko w wersji poliestrowej - może jesienią będzie w tej bluzce znośniej. Niemniej polecam sieciówkę waszej uwadze - ja z niecierpliwością czekam na kolekcje jesienne i kolejne artystyczne inspiracje na ubraniach.

Dużą torbę kupiłam w TK Maxx. Bardzo lubię ten sklep, bo można w nim znaleźć naprawdę oryginalne rzeczy za przyzwoitą cenę. Rzadko kiedy szukam w nim ubrań. Pomimo tego, że kojarzy mi się z gigantycznym ciucholandem (ubóstwiam ciucholandy!), to jednak przekopywanie się przez taką ilość ciuchów przekracza moje siły.  Do TK Maxx zwyczaj wpadam, kiedy mam chwilę do odjazdu autobusu i zawsze kieruję się w rejon butów, torebek, dodatków do domu i naczyń kuchennych.
Od jakiegoś czasu szukałam takiej właśnie, pojemnej torby, która idealnie sprawdzi się jako codzienna torba do pracy (laptop, jedzenie i wszystkie inne szpargały), ale też opcja na jedno czy dwudniowe wyjazdy. Nie jest to może wzór marzeń, ale pasuje mi do wielu rzeczy i jest naprawdę ładnie wykonana, a kosztowała jedynie 65 złotych, więc uznałam, że w tym miejscu kończą się moje poszukiwania.

Udało mi się ostatnio wpaść do kilku ciucholandów i kupić klika fajnych ciuszków. Większość z nich to odzież basicowa, której najbardziej mi w szafie brakuje (chociaż niedawno przy robieniu porządków stwierdziłam, że moja szafa w zasadzie niczego już nie potrzebuje. Serio.), ale znalazłam też kilka wzorzystych rzeczy, jak ta bluzka w ptaszki. Ja tam do ptaków mam stosunek raczej obojętny, ale Włóczykij jest zapalonym miłośnikiem i fotografem ptasiego życia, więc - kto wie - może w tej bluzce częściej załapię się na zdjęcia?

Od dłuższego czasu mam pewnego rodzaju niechęć do ozdób jubilerskich, dlatego na co dzień zazwyczaj wybieram jeden element biżuteryjny i z reguły jest to wisiorek. Moje skrzynki z precjozami są pełne, więc nawet nie rozglądam się za nowymi rzeczami, raczej ciągle myślę, jak tu wykorzystać to, co już mam i jak przekonać siebie samą do noszenia tych wszystkich świecidełek. Niemniej jednak z uśmiechem przyjęłam do swojej kolekcji kolejny pierścionek, który dostałam od mamy (to ten duży, srebrny). Jest o tyle sympatyczny, że ma matowy kamyk w neutralnym kolorze i przez to pasuje do większości rzeczy, które aktualnie noszę.

Jakiś czas temu znalazłam dla siebie mega fajne adidasy (Uwierzycie? Adidasy!). Kupiłam je z myślą o wakacyjnym bieganiu po mieście (wybieram się do Budapesztu), licząc się jednak z tym, że być może będę musiała je oddać, bo wydawały mi się lekko przyciasne. I faktycznie - kiedy przymierzyłam je na spokojnie w domu zdecydowałam o zwrocie. Los chciał, że w dniu, w którym oddałam adidasy, weszłam do TK Maxx (znowu...) i znalazłam powyższe, bardzo wygodne, skórzane buty z efektownym srebrnym połyskiem i sportową podeszwą, które na pewno sprawdzą się na wyjeździe. Z kolei buty w tle to zdobycze z TK Maxx z zeszłego roku. Są bardzo wygodne, a dzięki szaremu odcieniowi nie widać na nich ewentualnego brudu i pasują do większości letnich stylizacji.

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że robię robiłam remont w kuchni. Z niecierpliwością wyczekuję chwili, kiedy będę się Wam mogła nią pochwalić, ale wiele elementów czeka na wykończenie (jak chociażby ta półka w tle, która musi zostać zabejcowana i polakierowana), także póki co uchylam tylko rąbka tajemnicy gdzieś tam na Instgramie bądź Facebooku. Z nowej kuchni już w pełni korzystam i intensywnie gotuję (chcecie jakiś fajny przepis?), jednak we wpisie o nowościach na uwagę zasługuje absolutnie rewelacyjna kawiarka do cappuccino Bialetti Mukka, która wyręcza mnie w większości czynności, które trzeba wykonać, żeby przygotować pyszną kawę. Zarówno ja jak i Włóczykij nie jesteśmy kawoszami i traktujemy kawę bardziej jako deser niż napój (ach te syropy i kakałko i bita śmietana!), więc taka niewielka kawiarka jest fajną alternatywą dla ekspresu, który zajmuje sporo miejsca i wymaga więcej uwagi. Niestety, kawiarka ma jeden zaczący minus - nie myje się sama :)

W opozycji do kawowych rozkoszy przedstawiam herbaciane. Choć z herbaty nie można wyczarować tak spektakularnych słodkich deserów jak z kawy, to jednak dzięki rozmaitym dodatkom (mleko, konfitury, przyprawy korzenne) łatwo nawet zwykłą herbatę zmienić w fantastycznie smaczny napój, choć jako fanka herbaty uważam, że czarna jest tak samo warta uwagi jak aromatyzowana czy taka z dodatkami. Moimi ulubieńcami są czarne herbaty Basilur, które występują w rozmaitych smakach, jednak szczególnie lubię tę z dodatkiem kandyzowanych owoców ananasa i mango oraz Magic Nights z nutą truskawki. Niedawno odkryłam też czarną herbatę Mlesna z dodatkiem wanilii - niezwykle intensywną i aromatyczną.

Udało mi się kupić dla Włóczykija świetne kosmetyki Williama Morrisa. W skład zestawu wchodzi balsam do ciała, żel pod prysznic, małe mydło i sól do kąpieli o świeżym męskim zapachu. Wszystko zapakowane w ładne pudełko, które będzie ozdobą łazienki (nie ma to jak praktyczne myślenie przy kupowaniu prezentów, no nie?).

A na koniec największa moja zmora, czyli książki! Żeby nie było - książki kocham i uwielbiam, jednak cierpię na chroniczny brak miejsca na ich przechowywanie o czym pisałam tutaj. To jednak nie przeszkadza mi zamawiać kolejnych egzemplarzy czytadeł, które opanowały już wszystkie pomieszczenie w domu (choć są na tyle sprytnie poukrywane,że nie widać ich na pierwszy rzut oka). Na zdjęciu część ostatniego zamówienia. Na ten moment mogę polecić Wam przygody Flawii de Luce, 11-letniej dziewczynki, której największą pasją jest warzenie trucizn w laboratorium chemicznym odziedziczonym po wuju, przerywane raz po raz dziwnymi kryminalnymi wydarzeniami w pobliskim Bishop's Lacey, które wymagają rozwiązania. Introwertyczna Flawia, mieszka w doskonale angielskiej, wiktoriańskiej posiadłości, ulokowanej niedaleko typowego sennego angielskiego miasteczka, pełnego ciekawych mieszkańców i to właśnie owa angielskość oraz dyskretny humor jest jedną z głównych zalet tych opowieści. Jako kolejną wymieniłabym klimat - mimo iż akcja toczy się w latach 50-tych, ma się wrażenie, że cała okolica mentalnie tkwi w czasach przedwojennych (przykładowo, w domu Flawii, każde połączanie telefoniczne musi zostać zaaprobowane przez ojca). Poza tym  kryminały te są trochę creepy, a sama Flawia kojarzy mi się z Wednesday Adams.
......
A na koniec kawałek mojego biurka, które musiało przyjąć na siebie ciężar kolejnych książek. Wypatrzyłam już jednak odpowiedni regał (Ikea Billy), więc niedługo zostaną uporządkowane. Do szybkiego zobaczenia!


22 czerwca 2016

Piknikowo


Jak zapewne niektórzy z Was wiedzą, do Gustawa - mojej świnki morskiej, dołączył kilka miesięcy temu nowy kompan, któremu nadałam wdzięczne imię Hugon Boss. Hugon zdążył się już zadomowić i zjeść kilka kilogramów karmy, jednak nie dogadał się z Gustawem. Długo by opisywać dzieje ich znajomości - mam nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone. W pogodne dni wypuszczam je razem na balkon, gdzie ramię w ramię (łapka w łapkę) pochłaniają kolejne porcje zielonki, a w końcu - jak to się mówi - przez żołądek do serca. Wkrótce też gotowa będzie klatka, którą sama im zaprojektowałam, wykonałam i w chwili obecnej wykańczam. Jest na tyle duża, że nawet z fochem nie muszą wchodzić sobie w drogę, no ale zobaczymy. Na razie mieszkają w dwóch klatkach obok siebie.
......
Wczoraj Hugon towarzyszył mi w przydomowym pikniku i było to jego pierwsze wyjście na dwór bez Gustawa. Co by nie mówić o ich dogadywaniu się, na dworze, gdzie jest dużo obcych dźwięków i zapachów trzymają się razem. Był więc trochę przestraszony i zestresowany, ale przyznacie sami, że jest wyjątkowo fotogeniczny, prawda?
......
Sukienkę w paski mam w swojej szafie od dobrych trzech lat, jednak do tej pory jakoś nie było okazji pokazać jej na blogu (poza jednym zdjęciem w którymś z wpisów z serii emnildowy miks modowy) i nie wiem jak to się stało, tym bardziej, że dość często ją noszę i bardzo lubię. Kupiłam ją na jakiejś cotygodniowej wyprzedaży w ciucholandzie. Zapłaciłam 2 złote i czas pokazał, że - jak to zwykle bywa - rzecz kupiona przez przypadek bywa lepsza niż taka wymarzona, która miała być idealna i kosztowała miliony monet.








(zdjęcia: Włóczykij)

8 czerwca 2016

W stylu retro


Na blogu nie było mnie prawie dwa miesiące. Co więc takiego działo się w tym czasie, że uniemożliwiło mi tworzenie nowych wpisów? Na pierwszym miejscu jestem zmuszona wymienić remont mieszkania, który całkowicie mnie zaprzątnął. W sumie na ten moment remontowaliśmy remontujemy tylko kuchnię, ale tak zapaliłam się do zmian innych pomieszczeń, że już zakupiłam farbę do sypialni i garderoby, a także zrobiłam plan remontowy na najbliższe dwa-trzy lata. Moim marzeniem jest zrobić wszystko na fest, a potem tylko co kilka lat odświeżać ściany - serio, nie to żebym nie lubiła zmian, ale uważam, że gruntowne remonty co kilka lat to głupota. Nie dość, że kosztują mnóstwo nerwów i kurzu i bałaganu i czasu, to wymagają też sporych nakładów finansowych. Wolę te nakłady finansowe ponieść raz - kupić rzeczy bardzo dobrej jakości, a potem cieszyć się nimi przez lata. Poza tym warto pamiętać, że dłuższe użytkowanie jednej rzeczy pozytywnie wpływa na środowisko i już ta idea wystarczy mi jako bodziec do długoterminowych, przemyślanych inwestycji. Kuchnię wkrótce pokażę na blogu - aktualnie kilka migawek zamieściłam na Instagramie, ale zostało jeszcze trochę do wykończenia. Inną sprawą jest, że blog pochłania więcej czasu niżbym chciała. Do każdego wpisu trzeba się przygotować, zrobić zdjęcia, potem wybrać te najlepsze, przepuścić przez program graficzny (chociaż tutaj ograniczam się tylko do korekty kolorów i kontrastu), no i wyklikać tekst. Przez te ostatnie dwa miesiące nie umiałam się jakoś zorganizować, żeby to wszystko sprawnie zrobić.
......
Remont (przynajmniej jego najbardziej upierdliwy na ten moment etap) powoli dobiega końca, Włóczykij ma więcej czasu wolnego żeby robić mi zdjęcia, dlatego na blogu powiew wiosny w stylu retro. Założyłam ulubioną ostatnio bluzkę w kropki. Jest ona na mnie za luźna, ale kiedy ścisnę się trochę tasiemką przyszytą w pasie jest całkiem ok. Do ubioru dobrałam kilka dodatków w starym stylu i poszłam podbijać miejskie parki :)
......
Mam jeszcze małe ogłoszenie parafialne. Otóż napisał do mnie znajomy koleżanki i poprosił o udostępnienie moim czytelnikom, czyli Wam - moi drodzy - informacji o sklepie z polskimi, ręcznie wykonywanymi butami. Buty z Boffe Butik możecie obejrzeć i zamówić na stronie DaWanda. To udanych zakupów w razie jak co. Do zobaczenia niedługo.





Jednym z zainteresowań Włóczykija stała się jakiś czas temu fotografia przyrody (szczególnie ptaków), dlatego jest szczególnie wyczulony na naszych małych przyjaciół i w czasie naszego spaceru zrobił im trochę zdjęć. Tutaj zapozował kos.



A to ładnie ubarwiona sójka.

Torebka ze skóry aligatora jest jedną z kilku, które dostałam od czytelniczki bloga. Kolekcja ta jest dla mnie bardzo cenna i bardzo się cieszę, że trafiła właśnie do mnie. Dziękuję!


(zdjęcia: Włóczykij)

15 kwietnia 2016

Nowości na wiosnę. Mix #10

Na początek małe ogłoszenie parafialne: postanowiłam nieco ułatwić Wam poruszanie się po blogu i pod nagłówkiem stworzyłam bardzo proste menu ze spisem treści bloga, w których znajdziecie odnośniki do większości z prawie 300 wpisów. Kilka postów nie załapało się, ponieważ albo ich tematyka jest "z dupy" i nie pasuje do żadnej kategorii, albo celowo wolę je ukryć (bywa niestety tak, że przypominając sobie po kilku latach niektóre wpisy, myślę sobie: "o-em-dżi, co za żenada!" Mogłabym je oczywiście usunąć, ale zostawiam, jako nagrodę dla wytrwałych poszukiwaczy :D
No nic, mam nadzieję, że spis treści poprawi i ulepszy Wasze wycieczki po blogu (dajcie znać w komentarzach, co o nim myślicie). Wpisy z modą i do poczytania są posegregowane od najnowszych do najstarszych, wpisy wnętrzarskie od najstarszych do najnowszych (ha!), także miłej zabawy.
Inną, bardziej szczegółową metodą zwiedzania bloga są etykietki w kolumnie po prawej lub wyszukiwarka, która jednak nie działa na hasło: Wpisy, których Emnilda nie chce pokazać.
......
Ad rem. Jakoś nie mam ostatnio ochoty na zdjęcia swojej osoby (chociaż mam parę fajnych nowych ciuszków i obiecuję, że wkrótce je pokażę). Zajęta jestem przede wszystkim remontem kuchni, który trwa już drugi miesiąc, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo się zakończy i wreszcie będę mogła posprzątać i zacząć znów gotować! Nie żebym była jakąś Perfekcyjną Panią Domu, ale organizacja życia domowego przy remoncie kuchni, kiedy właściwie da się tylko zagrzać wodę na herbatę jest - co tu dużo mówić - mało komfortowa. Nic to, najważniejsze, że remont dobiega końca. W czasie pomiędzy dopatrywaniem szczegółów, a wybieraniem dodatków, w mojej głowie krystalizuje się wizja kolejnych pomieszczeń, które będziemy z Włóczykijem odnawiać. Przygotowuję się do remontu sypialni, która docelowo nabierze bardziej secesyjnego charakteru tak, żeby była spójna z resztą mieszkania. Przez te pięć ostatnich lat, dodając kwiatki, baldachimy i obrazki z paniami w perukach, zrobiłam z niej trochę taki rokokowy buduar i sama nie wiem, jak to się stało, zważywszy na to, że nie lubię rokoka. Teraz zrobi się poważniej i ciemniej, a o postępach będę Was informować w kolejnych wpisach.
......
A więc remont i wystrój wnętrz to jest to, co mnie ostatnio zajmuje. Jak już pisałam, nie mam nowych zdjęć związanych z modą, dlatego dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami nowościami, których trochę się od ostatniego takiego tematycznego wpisu zebrało. Także zaczynamy.

Oprócz wspomnianych remontów postanowiłam sobie na wiosnę, że zajmę się wszystkimi niedoróbkami i prowizorkami, jakie królują u mnie w domu (no może większością, bo niektóre wymagają męskiej ręki i bez pomocy Włóczykija się nie obejdzie). Tak więc doszywam frędzle do leżących z tego powodu odłogiem serwet, maluję lampy i oprawiam nieoprawione obrazki, dzięki czemu m.in. mój piękny chiński pejzaż malowany na jedwabiu, może wreszcie godnie ozdabiać biurko.  

Kosmetyki Babuszki Agafii odkryłam przypadkowo dzięki koleżance z pracy, która bardzo zachwalała mydło syberyjskie (też zachwalam: jest bardzo wydajne i świetnie działa). Postanowiłam złożyć większe zamówienie i zaopatrzyłam się w cały zestaw produktów pielęgnacyjnych, które - co tu dużo mówić - są bardzo dobre. Fajnie działają, są ekologiczne, wydajne i bardzo atrakcyjne cenowo, co sprawia, że po zużyciu tej partii zamówię kolejną. Może nie są to kosmetyki, które gwarantują spektakularny efekt w pięć minut, ale stosowane regularnie, dają widoczne efekty.
Kolejną nowością jest oliwka firmy Palmer's, której dałam szansę ze względu na świetne działanie innego produktu tej firmy - balsamu do ciała z masłem kakaowym. Oliwka jest bardzo dobra, ale jednak po jej zużyciu wrócę do oliwki Hipp, której używam już od kilku dobrych lat. Ostatnim produktem pielęgnacyjnym, z którego jestem bardzo zadowolona, jest peeling do domowej mikrodermabrazji VitalDerm. To jest jeden z tych kosmetyków, który od razu robi efekt wow! Cera jest gładka i miękka - no po prostu marzenie.

Trochę nowości wyposażenia domowego. Sześcioosobowy komplet sztućców dostałam od mamy - plusem jest gładkie ostrze noży, które w przeciwieństwie do piłki będzie można łatwo naostrzyć. Z doświadczenia poradzę Wam też, że zdecydowanie lepsze są sztućce z jednego kawałka metalu niż takie z dorabianą rączką. Miałam (a właściwie mam jeszcze kilka sztuk takich właśnie) i przy twardej sztuce mięcha bywa, że nie dają rady. Poza tym do grona domowych utensyliów dołączył wiosenny talerzyk z motywem bratków, komplet podstakanników wraz ze spodkami oraz karafkowate naczynie, które pełni rolę podręcznej konewki do ziół.

Nowościom ubraniowym poświęcę wkrótce osobny wpis, dlatego że odkryłam uroki garderoby basicowej i w taką się teraz głównie zaopatruję, przeciwstawiając ją wzorom, które zbytnio rozpanoszyły się w mojej szafie. Dzięki temu jestem w stanie prawie bezproblemowo połączyć swoje ubrania w zestawy (oczywiście w teorii, z poranną praktyką bywa różnie). Jednak tego wzoru na bluzce, który widzicie na zdjęciu nie mogłam przepuścić. Od razu skojarzył mi się z Williamem Morrisem. Bluzka była niezbyt ciekawa - miała jakiś dziwny golf z kołnierzem, ale szczęśliwie udało mi się ją przerobić, z pomocą cioci Włóczykija, na bluzkę z dekoltem na plecach. Skórzaną torebkę z kolei, udało mi się wyłowić w ciucholandzie za 15 ziko.

Ostatnio przybyło mi też kilka nowości biżuteryjnych: pleciony naszyjnik i bransoletka w komplecie za 10 złotych (dają naprawdę fajny, elegancki efekt bez przesadnego błysku, za którym na co dzień nie przepadam), pierścionek od mamy oraz dwa srebrne naszyjniki, robione techniką wire-wrapping, która polega na formowaniu fantazyjnej biżuterii ze srebrnego drutu przy wykorzystaniu np. kamieni (w moim przypadku jest to chalcedon i perła). Naszyjniki są bardzo efektowne - mimo że wybrałam raczej mniejszy rozmiar i tak wyglądają zjawiskowo.

Kubek Tête-à-tête zaprojektowany przez Natalię Gruszecką i Jakuba Kwarcińskiego z duetu ENDE Ceramics zasilił moją (niewielką, lecz ciągle poszerzającą się) kolekcję. Zachwyciło mnie w nim połączenie porcelanowej, białej subtelności z niepokojącą, choć spokojną, twarzą przedwojennej lalki.  

3 kwietnia 2016

"Nie dla bydła", czyli o manii zbierania

Leon Wyczółkowski, Portret Feliksa Jasieńskiego w błękitnym kaftanie, 1911
"Lepiej byłoby, gdyby to Jasieński wisiał, a Chrystus grał" – miał powiedzieć Stanisław Wyspiański, widząc obraz przedstawiający późnogotycką rzeźbę Chrystusa na krzyżu z kościoła św. Wojciecha w Starym Wiśniczu oraz Feliksa Jasieńskiego (1861-1929), który pod ową rzeźbą gra na fisharmonii. Kim był bohater dzisiejszego wpisu, że budził takie emocje wśród współczesnych sobie artystów?
Kolekcjoner sztuki, krytyk, publicysta, mecenas, filantrop, jeden z najbarwniejszych przedstawicieli bohemy krakowskiej… Oszczędzę Wam typowej notki biograficznej, która, choć ciekawa - bo Jasieński wywodził się z rodzin o wielkich tradycjach - niepotrzebnie wydłużyłaby wpis. Fascynacja sztuką zaczęła się u Feliksa, kiedy miał dwadzieścia kilka lat i wyjechał na studia do Paryża. Tam odkrył kuszącą zawartość antykwariatów, przebogato wyposażonych w sztukę Dalekiego Wschodu, która wówczas budziła wielkie zainteresowanie mieszkańców Europy. Jasieński zaczął ją po prostu kolekcjonować - kupował różne piękne przedmioty, wydając na nie prawie wszystkie zaskórniaki przesyłane przez rodzinę z Polski, a po kilku latach wrócił do kraju z pokaźnym zbiorem 5 tysięcy eksponatów (głównie japońskiej proweniencji). Tak to się zaczęło.

Feliks Jasieński w samurajskim hełmie i japońskim kimonie na balkonie krakowskiego mieszkania, 1903-1904
Jednocześnie z maniakalnym zbieractwem, Jasieński poszerzał swoją wiedzę o sztuce w ogóle, poznawał twórców, nurty, powiązania, co w konsekwencji sprawiło, że stał się zbieraczem świadomym – wiedział jakich elementów szuka do swojej kolekcji, aby stanowiła całość i doskonale znał jej wartość. Ponadto zaangażował się w działalność rozmaitych instytucji i stowarzyszeń związanych ze sztuką Warszawy (po powrocie z zagranicy zamieszkał bowiem w tym właśnie mieście) oraz głosił radykalne poglądy w sprawach sztuki, potępiając artystów tworzących tradycyjne, zgodne z obowiązującym kanonem dzieła czy tzw. twórczość społeczną, nazywając ich wprost kłusownikami sztuki. Niestrudzenie głosił, że zmiany i ewolucje w sztuce są nieuniknione. Nie uznawał autorytetów, niezbywalnych nazwisk, tworzenia po to, aby zrealizować cele polityczne. Sztuka dla sztuki, dla idei – to było hasło, które przyświecało zarówno Jasińskiemu, jak i współczesnym mu artystom stawiającym głównie na jej funkcje estetyczne.

Feliks Jasieński wieszający w Sukiennicach grafiki ze swoich zbiorów, 1902
Feliks Jasieński swymi zbiorami lubił i chciał dzielić się z publicznością i ludźmi kochającymi piękno, doceniającymi kunszt wykonania artystycznych przedmiotów, których Jasieński był nabywcą i właścicielem. Prócz kameralnych wystaw, o których więcej za chwilę, człowiek ten cały czas myślał nad formą udostępnienia swojej kolekcji szerokiej publiczności "ku pożytkowi wspólnemu i edukacji rodaków", w ramach przekazania jej jako darowizny Narodowemu Muzeum w Warszawie, jednak nieudana wystawa w "Zachęcie" na tyle zraziła go do Warszawy, że nie tylko zrezygnował z przekazania zbiorów, ale nawet wyprowadził się do Krakowa (w którym mieszkał aż do śmierci). Co spowodowało taki zwrot akcji? Otóż w 1901 roku Jasieński zorganizował we wspomnianej "Zachęcie" wystawę sztuki japońskiej. Chciał pokazać jej piękno mieszkańcom Warszawy, liczył na to, że drzeworyty z odległego kraju, tworzone w zupełnie innej kulturze ich zachwycą. Stało się jednak inaczej. Wystawa wzbudziła kontrowersje, na jej temat opublikowano serię nieprzychylnych artykułów, nazywając sztukę Japonii „obrazkami ze skrzynek na herbatę”. Jasieński z kolei otwarcie zarzucił mieszkańcom i włodarzom miasta zaściankowe poglądy, a nawet umieścił przy swoich eksponatach napisy: "Nie dla bydła" oraz "Trzeba zrozumieć, że herbata chińska i sztuka japońska to są dwie rzeczy odmienne". A następnie zgarnął swoją kolekcję do kufrów i pojechał do Krakowa.

Małgorzata Łada-Maciągowa, Portret Feliksa Jasieńskiego, przed 1921
Kraków był wówczas miastem, w którym polscy artyści i ich dzieła mieli się bardzo dobrze, toteż nasz bohater, jako zwolennik nowoczesnych nurtów w sztuce szybko odnalazł się w środowisku bohemy krakowskiej, a jego dom przy Rynku stał się jednym z najbardziej znanych adresów w mieście. Osoby związane z krakowskim środowiskiem artystycznym, zbierały się tam by dyskutować z gospodarzem i podziwiać jego nieprzebrane zbiory, upchnięte po kątach w całym mieszkaniu. Japonika zgromadzone u Jasieńskiego olśniewały wielu artystów Młodej Polski, którzy inspiracje Dalekim Wschodem przenosili później na swoje płótna, żeby wymienić chociażby: Józefa Mehoffera, Leona Wyczółkowskiego, Juliana Fałata czy Józefa Pankiewicza. Polscy impresjoniści i przedstawiciele innych nowoczesnych wówczas nurtów sztuki byli grupą, w którą inwestował Jasieński. Wspierał utalentowanych artystów, był ich mecenasem, kupował i wystawiał dzieła, a z reguły po prostu wynosił je z pracowni artystów za ich przyzwoleniem i aprobatą, gdyż było powszechnie wiadomym, że Jasieński ma nosa i wybiera prace doskonałe - dostrzegając w nich blask artystycznego geniuszu – które rozsławią danego twórcę. Te "napaści" na pracownie były tematem żartów i karykatur, bo Jasieński nie ograniczał się tylko do obrazów. W domu Wyczółkowskiego wyciągnął szkice aż spod łóżka gospodarza, a innym razem wyniósł od niego XVIII wieczny zegar szafkowy, który wszak Wyczółkowski sam pomógł zarzucić mu na plecy. Słynny Szał uniesień Władysława Podkowińskiego - który dzisiaj można oglądać w krakowskich Sukiennicach - po nieudanym przyjęciu przez publiczność, uratował właśnie Jasieński, zabierając go gospodarzowi, kiedy ten zaczął ciąć go nożem. Płótno wisiało potem na honorowym miejscu w mieszkaniu Jasieńskiego.

Jacek Malczewski, Portret Feliksa Jasieńskiego, 1903
Przeprowadzka do Krakowa nie zmieniła jego planów, dotyczących powiększających się ciągle zbiorów. Chciał je godnie udostępnić potomnym, rozpoczął więc pertraktacje z władzami miasta, zabiegając o umieszczenie kolekcji w jednym miejscu jako nierozerwalnej całości. Jednocześnie chciał być jej kustoszem – mieć wpływ na nowe zakupy i usuwanie poszczególnych elementów w razie potrzeby. Rozmowy z miastem przeciągały się, tymczasem Jasieński niestrudzenie organizował wystawy kameralne, w udostępnionych przez miasto i rozmaite towarzystwa pomieszczeniach. Sam dobierał eksponaty (zazwyczaj były to wystawy monograficzne dotyczące twórczości konkretnego artysty lub wybranego zagadnienia z dziejów sztuki), on jeden ponosił koszty wystawy, a podczas jej trwania wygłaszał odczyty. W ciągu 20 lat zorganizował 40 takich pokazów, a w roku 1920 podpisał wreszcie umowę z miastem Krakowem, któremu podarował ponad 15 tysięcy zgromadzonych przez siebie eksponatów, w tym ponad 6,5 tysiąca japoników. Pozostał ich jedynym właścicielem aż do śmierci w 1929 roku. Cały czas uzupełniał kolekcję, a ostatnie przedmioty zakupił na tydzień przed śmiercią.

Kazimierz Sichulski, Karykatura Feliksa Jasieńskiego i Leona Wyczółkowskiego (Odwołuje się ona do słynnego grabienia pracowni artystów. Jasieński jako Żyd wynosi zawartość w orientalnym worze do swojego domowego muzeum)

Wnętrze krakowskiego mieszkania Feliksa Jasińskiego. (Mieszkałabym! ^_^)

Mieszkanie Feliksa Jasińskiego. Na ścianie obraz Szał uniesień Podkowińskiego.

Utagawa Hiroshige, Scena w śniegu z serii: "Wytworny książę Genji"
Zbiory zgromadzone przez Feliksa Jasieńskiego są przeogromne! Główny trzon jego niesamowitej kolekcji stanowią eksponaty pochodzenia japońskiego, w skład których wchodzi 4500 drzeworytów ( w tym światowe unikaty z okresu Edo, słynne drzeworyty Utagawy Hiroshige i Katsushika Hokusaia  - od których zresztą Jasieński zaczerpnął swój najsłynniejszy pseudonim – Manggha), kolorowe i monochromatyczne malarstwo japońskie przedstawiające sceny z życia codziennego, pejzaże, studia ptaków i kwiatów, na które składa się około 100 obrazów poziomych (emakimono) i pionowych (kakemono). Kolejną dużą, bo bogatą w około 700 sztuk, gałęzią zbiorów Jasieńskiego, są dalekowschodnie militaria, czyli długie (katana) i krótkie (wakizashi) miecze samurajskie, sztylety (tantō), ozdobne części mieczy kute w żelazie, hełmy, maski wojenne i zbroje. Liczną grupą zbiorów jest kilkaset wyrobów rzemiosła artystycznego pochodzących z okresu od XVII –XIX wieku. Są to przede wszystkim wyroby z laki, a więc wszelkiego rodzaju puzderka, szkatułki, przybory do pisania, ozdoby do włosów i duże przedmioty użytkowe, często dodatkowo malowane, inkrustowane perłowcem i metalami lub rzeźbione. Poza tym w skład tej grupy różności można wliczyć tkaniny dalekowschodnie, kimona, pasy do kimon (obi), wyroby ceramiczne, parawany, fajki, instrumenty muzyczne, maski aktorskie, rzeźby sakralne oraz netsuke. Poza tym udało się Jasieńskiemu zgromadzić przedmioty z Chin i innych krajów Dalekiego Wschodu oraz bogaty księgozbiór dotyczący kolekcji, który do dziś jest częściowo aktualny. 

Utagawa Hiroshige, Rozpogodzenie po śnieżycy w Kameyama, plansza 47 z serii Pięćdziesiąt trzy stacje na gościńcu Tokaido, ok. 1833-1834
Poza tym kolekcja obejmuje grafikę, rzeźbę, rysunek i malarstwo polskich artystów młodopolskich, a więc wspomnianego już Podkowińskiego, Pankiewicza, Fałata, Mehoffera, Wyspiańskiego, Jacka Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Olgę Boznańską, Konstantego Laszczkę, Wojciecha Weissa i innych; malarstwo i grafikę zachodnioeuropejską (w tym nazwiska takiej klasy jak: Francisco Goya, Pierre Bonnard, Paul Gauguin, Edouard Manet), tkaniny i ubiory polskie, europejskie i bliskowschodnie (w  jednym z nich Jasieński statystował nawet w wystawianej ongiś sztuce Kasprowicza Uczta u Herodiady), czy pasy kontuszowe, których ilość zgromadzona przez bohatera dzisiejszego wpisu szła w setki!

Wazon z sylwetką smoka, 2. poł. XIX w.
Zbiory Feliksa Jasieńskiego od 1934 roku można oglądać w kamienicy Szołayskich w Krakowie (choć część z nich wspiera też inne odziały Krakowskiego Muzeum Narodowego). W czasie II wojny Światowej zainteresowali się nimi naziści, którzy uznali kolekcję Jasieńskiego za trzeci pod względem wartości zbiór w Europie i wykorzystali ją na rzecz wzmocnienia stosunków dyplomatycznych z Japonią. W 1944 roku zorganizowali wystawę japoników Jasieńskiego w krakowskich Sukiennicach, którą to wystawę wiele lat później wspominał Andrzej Wajda, jako iskrę-inspirację na rzecz działań ku stworzeniu krakowskiego Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, które "wyrasta z ducha wielkiego polskiego kolekcjonera i znawcy sztuki Feliksa Jasieńskiego (…), zgodne z jego głębokim i wciąż aktualnym rozumieniem społecznej roli sztuki, która służy szerokiemu odbiorcy, kształtuje i wychowuje, jest łatwo dostępna i szeroko znana, a nie ukryta w magazynach".

Biurko składane, XIX w.

Watanabe Shotei , Lato, ok. 1891