9 lutego 2017

Siła detalu - akcesoria w #hasztagach


Tak sobie pomyślałam, że zrobię wpis o dodatkach. O tym wszystkim co dopełnia i podbija ciuch, który na siebie zakładamy. Chociaż mówi się, że to akcesoria tworzą strój, uważam (a jestem zagorzałą maksymalistką i fanką dodatków), że kiedy ich nie ma, też da się osiągnąć ciekawy efekt prostoty i minimalizmu. W moim przypadku wszystko zależy od nastroju. Czasem mam ochotę obwiesić się biżuterią pomimo tego, że mam na sobie wzorzyste tkaniny, a do tego dobrać jeszcze fantazyjną torebkę; czasem nie zakładam na siebie nic, a i tak czuję, że mam na sobie za dużo. Niestety, nie udzielę Wam tutaj porad jakie dodatki wybierać na co dzień, a jakie na specjalne okazje; czy szmaragdy pasują do codziennych stylizacji oraz czy w kabaretkach możemy pójść na obiad do babci - moim zdaniem wszystko można, ale trzeba to robić z wyczuciem. Dziś napiszę, czym ja się kieruję przy wyborze dodatków i jak je łączę. Zaczynamy.

Biżuteria 
#kolczyki #broszki #naszyjniki #srebro #kolorowa #vintage #bursztyn #artdeco #sekretniki #fantazyjna #kamienienaturalne #rodzinna #długienaszyjniki #kolorowa #widoczna #secesja

Jak już zakładam na siebie biżuterię to taką, żeby było widać. Nie przemawiają do mnie minimalistyczne wisiorki które ledwo mieszczą się w skali wagi jubilerskiej. Biżuteria ma być piękna, ma być kunsztowna, ma zachwycać i ma być ją widać, dlatego z reguły sięgam po sprawdzone formy odwołujące się do klasycznego złotnictwa i wykonane ze szlachetnych kruszców (choć nie wyłącznie). Bardzo lubię duże kolczyki, duże pierścionki (choć z pierścionkami mam problem - zimą nie lubię ich nosić ze względu na rękawiczki, a latem często puchną mi dłonie i w ciągu dnia muszę przekładać pierścionki ze środkowego na mały palec lub wręcz je zdejmować), broszki - które są idealnym uzupełnieniem stroju w stylu retro, a także długie naszyjniki. Przez lata zebrałam naprawdę pokaźną ilość biżuterii, teraz - jeżeli już coś dokupuję - staram się szukać czegoś naprawdę wyjątkowego.

Do tych najbardziej błyszczących i zarazem najładniejszych w formie błyskotek, kupiłam sobie jakiś czas temu szklaną gablotkę. Cieszy mnie, kiedy mogę sobie na nie popatrzeć.

Emaliowane kolczyki w stylu rosyjskim to moja najnowsza biżuteryjna zdobycz (jak zrobię lepsze zdjęcie, to podmienię).


Torebki 
#skórzane #małe #zmateriału #shopperbag #delikatnezdobienia #duże #codzienne #proste #wygodne #wkwiaty #wyjściowe #pojemne #długipasek #skromne #matowe

W przypadku torebek stawiam na prostotę i wygodę. Szukam więc klasycznych krojów z jak najmniejszą ilością ozdób. Jeżeli torebka ma widoczne metalowe elementy (zapięcia czy klamry), staram się, żeby miała gładką powierzchnię i odwrotnie: jeżeli ma fantazyjną, tłoczoną fakturę, jakąś kieszonkę etc., fajnie, jeżeli elementy metalowe są schowane. Oczywiście nie da się tego ocenić jednowymiarowo - po prostu kiedy widzę torebkę wiem, że spełnia moje wymagania. Oprócz tego nie lubię torebek przesadnie sztywnych, eleganckich, o których właściwie tylko tyle można powiedzieć: elegancka, więc trzymam się z daleka od korsów, lidlowych wittchenów i im podobnych modeli  :)
Na koniec najważniejszy aspekt: wygoda. Wielbię torebki, które mogę przewiesić przez ramię i nie przejmować się tym, że gdzieś tam coś dynda i zsuwa się z ramienia. Nie lubię torebek "do ręki", dlatego nigdy nie kupuję kuferków i kopertówek.

Kolekcję torebek wykonanych ze skór węży i aligatorów otrzymałam w sumie od dwóch czytelniczek bloga. To moje perły wśród torebek, używam rzadko i ostrożnie, ale też przyznać muszę, że nie są to duże torebki, więc nawet gdybym chciała, to trudno w nie zapakować wszystkie rzeczy, które noszę na co dzień do pracy.

A to seria moich najczęściej używanych torebek codziennych - są duże, wygodne i mieszczą wszystko, czego potrzebuję poza domem. Od jesieni - tak jakoś wyszło - dzień w dzień noszę swoje rzeczy w brązowym plecaku, który kupiłam w Budapeszcie. Bardzo wygodne jest rozłożenie sobie ciężaru dnia codziennego na oba ramiona :)

Różne kolorowe torebeczki, które przez lata udało mi się zdobyć w ciucholandach.

Buty 
#skórzane #jedenkolor #wygoda #czarne #brązowe #szare #baleriny #retro #niskiobcas #płaskie #kozaki #kalosze #nasłupku #stabilne #loaffersy #wypastowane #sznurowane

Jeżeli miałabym wybrać cechę nadrzędną buta, jest to wygoda, potem długo, długo nic, a potem cała reszta. Z tego powodu w mojej szafie nie ma szpilek, ani żadnych innych butów na bardzo wysokim obcasie - nie wytrzymuję w nich nawet wyjścia do opery czy inne siedzące imprezy. Jeżeli już decyduję się na obcas, to musi on być stabilny (mieć dużą powierzchnię) i niezbyt niewysoki. Najbardziej jednak lubię płaskie koturny, a potem mokasyny, baleriny lub loaffersy, najlepiej w jednolitym kolorze, bo to sprawia, że nie mam problemu z dobraniem ich do reszty stroju. Od dłuższego czasu kupuję tylko buty ze skóry - w zeszłym roku skusiłam się na czarne mokasyny ze sztucznego tworzywa (cena była świetna, a model buta bardzo piękny), ale z perspektywy czasu twierdzę, że to nie był dobry wybór.

Płaskie buty lubię najbardziej!

Moja mała kolekcja obuwia w stylu retro, którą z pewnością będę poszerzać, jeżeli tylko znajdę buty, które będą równie wygodne jak piękne.

A to kolekcja moich domowych kapci - skórzane kupiłam w Egipcie, a te z królika przywiozłam z Tunezji.

Chusty/szaliki 
#kolorowe #naturalnemateriały #ciepłe #paisley #zimowe #wiosenne #małe #duże #wzorzyste #rosyjskie #pavlovoposad #apaszka #jedwab

W związku z tym, że moje wierzchnie odzienia są raczej jednobarwne, kolorowe dodatki świetnie ożywiają takie nudne czasem (choć bardzo praktyczne) płaszcze i kurtki. W ciągu lat trochę mi się uzbierało tych wszystkich chust, szalików i apaszek - niektóre z nich nosiła jeszcze moja mama, w latach swojej młodości (tej pierwszej, oczywiście). Najczęściej tego typu akcesoriów poszukuję w wielkich koszach w ciucholandach, chociaż nie zawsze mam cierpliwość żeby przerzucać te ogromne sterty rzeczy. Jeżeli trafiam do ciucha w dzień dostawy, to najczęściej stoję obok i obserwuję jak robią to inni, a ja wyławiam gotowe kąski (#lifehack). 
Moim postanowieniem na nadchodzącą wiosnę jest częstsze wykorzystywanie w swoich ubiorach apaszek i lekkich szalików. Jakoś tak zawsze wychodzi, że wolę wybrać naszyjnik, niż ozdobny szal i chcę to zmienić.

Mam już nawet pomysł na wykorzystanie biało-czarnego szalika ze zdjęcia w stylu lat 20-tych - na wielkiego Gatsby'ego lub Miss G. z filmu Cracks

Nakrycia głowy 
#lato #zima #kapelusz #beret # czapka #turban #dużerondo #słomka #gondolier

Jesienią preferuję berety (kilka dni temu udało mi się upolować dziergany beret w kolorze głębokiej zieleni, do którego muszę sobie dorobić chwost, żeby był bardziej retro), zimą futrzane czapki, a latem lekkie kapelusze, które - jak wcześniej w przypadku torebek - nie mogą być zbyt eleganckie. Dla mnie takim idealnym tworzywem jest słomka - dobrze wygląda do ubrań w stylu retro, do współczesnych zestawów z jeansem w roli głównej oraz do sukienek. A jeżeli mam ochotę na urozmaicenie, zmieniam po prostu wstążki przy kapeluszach.



Rajstopy
#kryjące #jasne #czarne #gładkie #koronkowe #wzorzyste #byleniecieliste

W przypadku rajstop posiadam chyba wszystkie możliwe typy (przykłady poniżej), chociaż przyznaję, że najczęściej zakładam gładkie, kryjące w jakimś ciemnym kolorze. Do zdjęć wybrałam kilka przykładów wzorzystych rajstop w różnych stylach. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się oswoić te białe - rzadko czuję się dobrze w takim komunijnym modelu. I jeszcze jedno: cienkie rajstopy w kolorze cielistym to zło!

15 stycznia 2017

Azjatycka pielęgnacja. 5 ulubionych rytuałów.


Tytułem małego wstępu, muszę trochę cofnąć się w czasie i napisać Wam, że nigdy jakoś przesadnie nie skupiałam się na swojej cerze. Wszystkie zabiegi pielęgnacyjne, dłuższe kąpiele połączone z peelingiem, smarowanie się balsamem, były dla mnie raczej przykrym obowiązkiem, który po prostu wypada raz na jakiś czas odbębnić. Nigdy też specjalnie nie zastanawiałam się nad kondycją swojej skóry. Kremy, których używałam, dobierałam dość przypadkowo (celowałam zazwyczaj w jakieś ekologiczne* do każdego rodzaju cery) albo dostawałam od mamy. Przez ostatnie dwa lata moje kosmetyki pielęgnacyjne mieściły się w jednej dłoni i nie było to złe, ale zauważyłam, że moja skóra potrzebuje czegoś więcej.
Wiek. W tym roku skończę trzydziestkę i uznałam, że czas podjąć prewencyjne działania, żeby moja twarz przez kolejne lata była w dobrej kondycji. Podoba mi się azjatyckie podejście do kosmetyków, których używa się nie patrząc na metrykę, a stan skóry, czyli w zależności od aktualnych potrzeb. Czasem nasza twarz potrzebuje intensywnego zastrzyku aktywnych składników, czasem wystarczy delikatna pielęgnacja. Warto obserwować swoją cerę i reagować na jej potrzeby.
Stan cery. Mam cerę mieszaną, ze skłonnością do pękających naczynek, dodatkowo borykam się z problemem dorosłego trądziku. Uświadomiłam to sobie niedawno, kiedy zagłębiłam się w tematykę pielęgnacji. Generalnie nigdy nie miałam jakiegoś mocnego wysypu, ale od czasów nastoletnich po prostu ZAWSZE mam na twarzy jakiegoś pryszcza i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że jestem już na tyle stara, że nie powinnam mieć tych ciągłych przyjaciół na twarzy. Azjatycka pielęgnacja w tym wypadku pomocna jest o tyle, że dokładnie oczyszczam twarz, dodatkowo jednak postanowiłam jeszcze intensywniej zadbać o swoją skórę pod kątem zaskórników i trądziku, stosując lek i dermokosmetyki (ale o tym będzie inny wpis). 
Przyjemność. Szukałam dla siebie takiego rytuału pielęgnacyjnego, dzięki któremu będę dbać o siebie z radością, a czasu spędzonego w łazience nie będę uznawać za stracony :) W azjatyckiej pielęgnacji podoba mi się holistyczne podejście do dbania o siebie. Nasza skóra jest takim zewnętrznym obrazem naszego trybu życia, w którym ważne powinno być nie tylko dbanie o cerę, ale także dbanie o siebie w ogóle - zarówno pod kątem żywienia, ruchu, czasu, który przeznacza się tylko dla siebie.
A teraz kończymy wstęp i przechodzimy do rzeczy.

*był taki czas, kiedy razem z koleżanką z pracy zwariowałyśmy na punkcie kosmetyków eko na tyle skutecznie, że ze swojej łazienki i kosmetyczki pozbyłyśmy się wszystkiego, co zawierało chociażby jedną zakazaną substancję. Miejsce parabenów i SLSów zajęły produkty z certyfikatami, niestety nasz zapał trwał do momentu, kiedy poczułyśmy (dosłownie) działanie eko dezodorantu w upalne letnie dni :)

Swoją przygodę z azjatyckimi kosmetykami rozpoczęłam od serum z witaminą C It's Skin oraz kremów ze śluzem ślimaka firmy Mizon. Aktualnie je odstawiłam (a serum używa Włóczykij), bo ich stosowanie nie współgrało z preparatami, którymi leczę trądzik i zaskórniki.

Z azjatycką pielęgnacją zetknęłam się po raz pierwszy kilka lat temu dzięki kanałowi Azjatycki Cukier na You Tube. Prowadzi go Polka mieszkająca w Singapurze, która przybliża azjatyckie metody dbania o skórę, pokazuje tamtejsze techniki masażu i makijażu. Bardzo mnie to interesowało, ale raczej w kategoriach ciekawostek. No bo po co myć twarz dwa razy, płukać ją metodą 100 (!) chluśnięć wodą i poświęcać czas na masaż? No i filtry zimą - jakiś totalny wymysł! Przy okazji trafiłam na różne informacje (artykuły, blogi, strony www) o azjatyckich sposobach dbania o siebie, aż w moje ręce wpadła książka Charlotte Cho Sekrety urody Koreanek, która tę wiedzę usystematyzowała i jednocześnie zrodziła chęć zmiany swojej pielęgnacji.
Sam termin azjatycka pielęgnacja jest bardzo obszerny i w tym wpisie zarysuję Wam tylko 5 najważniejszych dla mnie kroków, które sprawiły, że pokochałam azjatyckie sposoby dbania o siebie. Nie jestem jednak ortodoksyjną wyznawczynią tej metody pielęgnacji. Zauważyłam że moja nieprzyzwyczajona do dużej ilości kosmetyków twarz, nie zareagowała dobrze na taką bombę składników, jaką jej zaserwowałam, dlatego teraz stosuję azjatyckie wskazówki z dozą zdrowego rozsądku :)


1. Podstawą jest piękna cera. Masaże. Nasze europejskie podejście do pielęgnacji bardziej niż na cerze skupia się na zakrywaniu niedoskonałości i zauważmy, że większość porad w gazetach dla kobiet opiera się właśnie na tym, jak nałożyć na twarz centymetr tapety i wyglądać w miarę naturalnie. Azjatki traktują kosmetyki do makijażu jako wykończenie idealnej cery, a cera ta powinna być jasna, świetlista, zdrowo błyszcząca i bez skazy. To oczywiście ideał, ale generalnie zasada jest taka, aby zawsze dążyć do możliwie najlepszej kondycji swojej skóry. Piękna cera nie pojawi się ot tak, nie jest też kwestią genów - trzeba o nią po prostu zadbać i poświęcić jej czas, używając aktywnych składników na konkretne problemy skóry; odpowiadać na jej potrzeby, które bywają różne w zależności od np. pory roku. 
Masaże z kolei są świetnym sposobem na poprawienie kondycji swojej twarzy. Odpowiednio dobrane techniki potrafią zdziałać naprawdę wiele, wszystko zależy od naszej chęci i cierpliwości. Masażem możemy wpłynąć nawet na duże zmarszczki na czole i bruzdy przy nosie, poprawić kontur twarzy a także zminimalizować trochę codzienną siłę grawitacji, która ciągnie nasze policzki w dół. 
Techniki masaży (i jogę twarzy na kanale Fumiko Takatsu) to coś, w co  się dopiero zagłębiam, ale już zauważyłam lekką poprawę kształtu twarzy i wstąpienie się podbródka :)

Produkty koreańskiej firmy Purederm można kupić w drogeriach Hebe. Zaopatrzyłam się też w kolejną tubkę peelingu enzymatycznego (używam go już od kilku lat) oraz całą gamę masek w płachcie. Niektóre mają dodatkowo dołączony peeling lub esencję nawilżającą, którą stosuje się pod właściwą maskę. Jestem bardzo ciekawa ich działania - obecnie wykańczam maseczki od Babuszki Agafii, a po powyższe sięgnę w przyszłym miesiącu.

2. Layering - warstwowe nakładanie kosmetyków. Pewnie słyszeliście o pielęgnacji 10 kroków. O tym niekończącym się rytuale oczyszczania - złuszczania - nawilżania? Otóż wszystkie te czynności zajmują najwyżej kilkanaście minut dziennie i tylko w teorii wyglądają na przerażająco czasochłonne.
Oczyszczanie. Najpierw należy dokładnie oczyścić twarz - najlepiej dwa razy, używając do tego olejku, a następnie kosmetyku na bazie wody. Ja stosuję metodę OCM i domowo robiony olejek na bazie oleju lnianego, a następnie mydło Aleppo 5%. Ostatnim krokiem oczyszczania jest przemycie twarzy tonikiem, który wyrównuje ph.
Złuszczanie. A więc peeling, który pomaga usunąć z twarzy zalegające płatki martwego naskórka. Zalecane są tutaj raczej łagodne peelingi enzymatyczne, niż te zawierające ścierające drobinki. Wszystko jednak zależy od naszych preferencji i reakcji skóry.
Nawilżanie/ odżywianie. To dość rozbudowany etap, na który składa się użycie kilku kosmetyków dostarczających skórze różnych substancji aktywnych. O ile w Europie funkcję tę pełni przede wszystkim krem, pod który ewentualnie nakłada się serum, o tyle w Azji kosmetyków tych używa się więcej. Lotiony, sera, ampułki i esencje to wodne, lekkie kosmetyki, które są naszpikowane składnikami, mającymi rozwiązać konkretne problemy skóry. Krem nie jest kosmetykiem koniecznym.
Warto w tym miejscu wspomnieć o ogromnej popularności maseczek, które również stanowią istotny element codziennej pielęgnacji. Właściwie każda firma kosmetyczna oferuje całą gamę maseczek (szczególnie tych w płachcie) w wielu wariantach.

Jak napisałam we wstępie, do kosmetyków azjatyckich dołączyłam ostatnio dermokosmetyki i lek na trądzik, więc ślimaczych kremów teraz nie używam (co za dużo, to niezdrowo) . Za to często nawilżam swoją twarz żelem aloesowym Mizon. Można schłodzić go w lodówce i stosować jako zimny kompres - latem będzie to pewnie szczególnie przyjemne :)

3. Ochrona przeciwsłoneczna. To jest sprawa z którą miałam najwięcej problemów. Co prawda szczerze nie lubię opalenizny (uwielbiam mieć jasną skórę) i od paru lat nie opalam się wcale, a wręcz unikam słońca, zawsze chronię się w cieniu i używam kremów z najwyższym filtrem, ale jak to tak - codziennie? Zimą? Serio? Do tej pory moja wizja filtrów to były te tłuste, białe mazidła idealne na plażę, ale okazało się, że nowoczesne kremy z filtrami to po prostu szybko wchłaniające się emulsje, które nie bielą (ewentualnie minimalnie rozjaśniają skórę). O promieniowaniu UVA, które stanowi 95% całego promieniowania docierającego na naszą planetę poczytać możecie gdziekolwiek w necie. Na potrzeby tego wpisu wystarczy tylko wspomnieć, że jest ono najważniejszą przyczyną starzenia się naszej skóry, a także odpowiada za powstawanie raka skóry i przebarwień.
W chwili obecnej do twarzy używam kremu z filtrami Ziaja. Na lato planuję zakupić coś azjatyckiego - wiosną zrobię rozpoznanie w temacie :)

Te słodziaki to róż do policzków It's Skin Romantic Rose, który bardzo delikatnie barwi policzki (a ma wściekły, różowy kolor) i rozświetlacz o złotym wykończeniu. Najbardziej lubię nakładać go na środek policzków i bezpośrednio  nad usta.

4. Odpowiednie nawodnienie skóry w ciągu dnia. Nawodniona skóra, to zdrowa skóra, dlatego większość azjatyckich produktów, to lekkie wodniste kosmetyki, których celem jest optymalne nawilżenie twarzy. Jednym z najważniejszych kroków w codziennej pielęgnacji, jest użycie toniku, który wyrównuje ph, nawadnia naszą twarz i sprawia, że staje się ona chłonna jak gąbka, a więc bardziej podatna na przyswajanie substancji aktywnych znajdujących się w kosmetykach, które nakładamy na nią w dalszej kolejności. Dobrze nawodniona skóra jest pełna blasku, a drobne zmarszczki nie są na niej tak widoczne. Z nawilżeniem związana jest też olbrzymia popularność masek w płachcie. Nasączony aktywnymi substancjami materiał dłużej utrzymuje wilgoć, a ograniczony dostęp powietrza sprawia, że aktywnie nawilżające składniki głębiej wnikają w skórę.
Charlotte Cho w swojej książce pisze o tym, że większość mieszkańców Korei ma na swoim biurku w pracy nawilżacz. Ja całkiem niedawno odkryłam dobroczynne działanie wody termalnej Uriage (chyba jedynej na rynku, po użyciu której nie musimy wycierać twarzy). Planuję zakup mniejszego rozmiaru do pracy, a nawilżacza, póki co, używam w domu (moje rośliny są bardzo wdzięczne).

Tint do ust to mój osobisty hit. W tradycyjnych ciemnych szminkach zawsze denerwował mnie wyraźny kontur ust, który wygląda sztucznie i jest trudny do wyrysowania, szczególnie kiedy poprawiamy malunek ust w ciągu dnia. Poza tym kolor ciemnych szminek nieestetycznie i nierówno się ściera. Tint jest barwnikiem, który trwale wnika w usta, minimalnie ścierając się przy jedzeniu (przy tym cały czas wygląda ładnie, jest po prostu bledszy), dodatkowo można go nałożyć tylko na środek warg i dzięki takiemu cieniowaniu koloru nasze usta wyglądają bardzo dziewczęco.

5. Makijaż no make-up. Zawsze byłam makijażową minimalistką. Kilka razy próbowałam się przekonać do czegoś mocniejszego, ale najbardziej lubię prosty malunek z podkreślonymi ustami, o którym już kiedyś Wam pisałam. Celem azjatyckiego makijażu jest podkreślenie swoich atutów, a nie namalowanie nowej twarzy, jest więc dla mnie idealny. Podstawą jest krem BB, który wyrównuje koloryt cery i delikatnie ją rozświetla. W ogóle błyszcząca cera jest w Azji wyznacznikiem piękna - mówimy oczywiście o takim zdrowym błyszczeniu - blasku, na który w Korei istnieje kilka określeń. Chok-chok to promienna, dobrze nawilżona skóra, a dewy dodatkowo wyglądająca jak zroszona wodą, wilgotna. Oczy podkreślić możemy cieniami w neutralnych kolorach i eyelinerem (w Azji modne jest pociągnięcie tej kreski lekko w dół, a nie w górę, jak przy tzw. kocim oku), następnie lekko zaznaczamy naturalną krzywiznę brwi. Na wypukłości twarzy nakładamy rozświetlacz, na środek policzków róż, a usta barwimy tintem.
Koreańskim guru makijażowym jest Pony - jeżeli więc przemawia do was wizja make-up no make-up koniecznie wyszukajcie jej filmiki na You Tube (mają angielskie napisy) :)

Ochy i achy, które dotąd słyszałam o azjatyckich kremach BB nie są bezpodstawne. Testowałam w swoim życiu wiele tego typu europejskich kosmetyków, jednak każdy jeden krem był zbyt ciemny i zbyt gęsty. Kremy z Azji widziałam z kolei w tylu wersjach kolorystycznych, że naprawdę nie wiedziałabym co wybrać. Swój zestaw (krem i korektor Klairs) zamówiłam dzięki próbce dołączonej do mojego pierwszego zamówienia azjatyckich dobroci. Krem występuje w jednym odcieniu i idealnie stapia się z cerą. Moją bardzo delikatnie rozjaśnia i tworzy efekt chok, chok :)
......
Swoje kosmetyki zamawiałam w sklepach beautikon.com i juui.pl, a do każdego zamówienia dostałam kilka próbek z czego bardzo się cieszę, bo mam nadzieję, że znajdę wśród nich jakieś nowe hity kosmetyczne.
/wpis nie jest sponsorowany/


31 grudnia 2016

Blog w 2016 roku

https://emnilda.blogspot.com/2016/06/piknikowo.html

Dobiegł końca kolejny rok blogowania. To już ósme podsumowanie, które w tym roku wypada dość ubogo, ponieważ przez cały 2016 rok opublikowałam tylko kilkanaście wpisów. Przerwa od blogowania nie była zaplanowana - tak wyszło po prostu. Wiosną zaczęliśmy z Włóczykijem remont w mieszkaniu, czego owocem jest nowa kuchnia i sypialnia (w 2017 roku pokażę te pomieszczenia na blogu. Uznałam, że najpierw je dopieszczę, bo wiecie... świeżo po remoncie zawsze jest tak sterylnie i trochę obco. Dopiero po kilku miesiącach, kiedy tę przestrzeń się oswaja i wypełnia osobistymi przedmiotami, staje się ona prawdziwa i dlatego na razie nie zdecydowałam się na takie kompleksowe wpisy o tych dwóch pomieszczeniach). Remontom poświęciłam całą swoją uwagę i czas wolny, co sprawiło, że na prowadzenie bloga nie miałam już ochoty. W nowym roku czeka nas kolejna fala remontów: łazienka, korytarz i gabinet, ale wszystkie materiały wybrałam już latem, więc teraz wystarczy je tylko kupić - ufff! Drugim powodem, który sprawił, że tak rzadko blogowałam była - najogólniej mówiąc - obniżona samoakceptacja. W lutym, pod wpływem impulsu, ścięłam swoje długie włosy, do tego jeszcze zdecydowałam się na grzywkę, której po dwóch tygodniach miałam serdecznie dość! Cały ten proces odrastania grzywki, jej nieestetyczne podpinanie wsuwkami i konieczność noszenia włosów spiętych w kucyk sprawiły, że nie miałam najmniejszej ochoty na zdjęcia. Do tego doszedł także fakt, że bardzo przytyłam i obecnie ważę najwięcej w całym swoim życiu. Część ulubionych ubrań stała się dla mnie nieosiągalna, nie mówiąc już o tym, że nie za bardzo lubię patrzeć na zdjęcia swojej zbyt pełnej postaci. No. To się przyznałam. 
Obecnie jest już lepiej - znaczy się nie schudłam, ale jakoś zaakceptowałam, że tak wyglądam. W końcu nie jest to sytuacja nieodwracalna. Włosy są już dłuższe, pracuję też nad tym, żeby jeść mniejsze porcje i więcej się ruszać. Dodatkowo znalazłam pielęgnację dla siebie, która znana jest pod hasłem azjatyckiej, a w której bardzo spodobało mi się takie holistyczne podejście do swojego ciała. Niedługo napiszę o niej kilka słów, jednak największą radością jest dla mnie fakt, że odkryłam system, w którym dbam o siebie z radością, a nie dlatego że muszę, jak to robiłam do tej pory.
......
Podsumowując: dzisiaj zamieszczam zdjęcia z dziewięciu tegorocznych postów. Każde z nich jest jednocześnie linkiem do konkretnego wpisu, więc jeśli coś Was zainteresuje, wystarczy kliknąć. Korzystając z okazji życzę Wam wszystkiego dobrego na Nowy Rok - żeby spełniły się wszystkie Wasze plany i marzenia. Do zobaczenia wkrótce!

https://emnilda.blogspot.com/2016/01/zimowa-menazeria.html

https://emnilda.blogspot.com/2016/06/w-stylu-retro.html

https://emnilda.blogspot.com/2016/12/zimowe-klimaty.html

https://emnilda.blogspot.com/2016/09/wnetrze-po-rosyjsku.html
Wpis o wnętrzach w stylu rosyjskim, jest jednym z moich ulubionych postów zamieszczonych w 2016 roku. Jeżeli chcecie dowiedzieć się nieco więcej na temat tych wnętrz, uwarunkowanych historią, religią, ludowością oraz wpływami orientalnymi, to zapraszam do wpisu.

https://emnilda.blogspot.com/2016/09/piec-krokow-do-dobrego-wnetrza.html
Pięć kroków do dobrego wnętrza, to wpis który w mijającym roku cieszył się największą popularnością. W kilku punktach opisałam jak wybrać styl do swojego domu, w jaki sposób zainwestować w dobrą gatunkowo bazę, jak ważne są detale i oryginalność, a także co zrobić, żeby to wszystko kupić i nie zbankrutować. Jeżeli jeszcze nie czytaliście, lub chcecie sobie ten wpis przypomnieć, to koniecznie kliknijcie w zdjęcie.

https://emnilda.blogspot.com/2016/04/nie-dla-byda-czyli-o-manii-zbierania.html
Wpis o Feliksie Jasieńskim - mecenasie sztuki z Krakowa i jego dalekowschodnich zbiorach.

https://emnilda.blogspot.com/2016/03/amouage-zapach-przeznaczenia.html
Wiosną kupiłam sobie dwa zapachy Amouage, które są tak cudowne, że poświęciłam im osobny wpis (już drugi!).
......
Poniższe wnętrze kamienicy w Budapeszcie, zainspirowało mnie do stworzenia wpisu dotyczącego architektury tego miasta. Jest długi, więc zanim do niego zajrzycie, zaparzcie sobie kawę albo herbatę. Do zobaczenia w przyszłym roku!

https://emnilda.blogspot.com/2016/08/budapesztanskie-zakamarki.html

23 grudnia 2016

Dom na Święta


Po raz pierwszy od sześciu lat udekorowałam swój dom na Święta Bożego Narodzenia. W poprzednich latach kompletnie nie czułam tego klimatu, a moim największym osiągnięciem było powieszenie w dużym pokoju obrazka choinki, którą narysowałam w wieku przedszkolnym (yeah!). W tym roku świąteczną atmosferę poczułam już pod koniec października, ponieważ wtedy zaczęłam przygotowywać prezent dla Włóczykija. Jest (czy raczej był...) to kalendarz adwentowy, który musiał pojawić się w całości na 1 grudnia, więc przygotowania musiałam podjąć odpowiednio wcześniej :) Ich skutkiem ubocznym była myśl: "A może by tak w końcu udekorować dom?" 
......
Do tematu świątecznych dekoracji podeszłam racjonalnie i postanowiłam, że co roku kupię jakąś nową rzecz. Po pierwsze - nie odczuje tego mój portfel, po drugie - każdego roku sprawię jakąś fajną niespodziankę. Jak wiecie z moich wcześniejszych wpisów - lubię rzeczy najlepszej możliwej (jak na moje standardy) jakości i odnosi się to również do ozdób świątecznych, dlatego zakup ozdób będę uważała za pewnego rodzaju kolekcjonowanie pięknych rzeczy, które przez długie lata będą cieszyć moje oko. 
W tym roku szczególnie zachwyciłam się klasycznymi dekoracjami stołów świątecznych, które jakoś wszędzie wpadały mi w oczy, więc postanowiłam, że to właśnie mój stół pójdzie na pierwszy ogień. Uznałam za bezsensowne kupowanie wielu elementów zastawy, którą używa się przez krótki czas, dlatego zaopatrzyłam się tylko w 4 talerze do ciasta z motywem ostrokrzewu, które współgrają z moimi codziennymi nakryciami oraz duży talerz obiadowy z motywem choinki, który - postawiony na stojaku - świetnie prezentuje się też jako zimowa ozdoba kuchni. 
Do talerzy oczywiście ładne szkło, sztućce, serwetki z adamaszku, trochę świerkowych gałązek i voilà!
......
Nad wszystkim góruje choinka, która też jest pierwsza - ma korzenie, więc na wiosnę wysadzimy ją gdzieś niedaleko domu. Marzy mi się drzewko od podłogi do sufitu (takie, jakie zawsze było w domu rodzinnym), jednak najpierw muszę zakupić ozdoby w stylu wiktoriańskim (tak sobie wymyśliłam) i większy zestaw lampek, ale to zadania na kolejne lata.
......
A teraz zapraszam Was do mojego świątecznego salonu. Rozgłoście się i czujcie jak u siebie :)















19 grudnia 2016

Zimowe klimaty


Hej ho! Miałam wrócić w styczniu, jednakże już teraz postanowiłam podzielić się Wami kilkoma zdjęciami, które udało mi się zrobić w świątecznej atmosferze Poznańskiego Betlejem, gdzie wybrałam się w zeszłym tygodniu. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą - Poznańskie Betlejem to taka podróba niemieckich Weihnachtsmarktów. Kolorowe światełka, stragany pełne łakoci, lodowe rzeźby, wieeelka choinka, lokalne rękodzieło no i grzane wino! W tym roku atrakcje zlokalizowano w dwóch miejscach, więc jest co robić. Poza wspomnianym grzańcem, bigosem i smażonymi kiełbasami znalazłam coś co Wam serdecznie polecam - kürtőskalácsa, czyli niesamowity przysmak z ciasta, który odkryłam latem na Węgrzech. Serio, był tak pyszny, że byłam w stanie przedostać się przez cały Budapeszt, żeby kupić sobie świeżutki, gorący rulon z ciasta, obsypany czekoladą, cukrem lub płatkami migdałów. A teraz na Starym Rynku odkryłam budę, w której kurtosze są pieczone przez górali z Zakopanego. Choć do tych węgierskich trochę im brakuje, warto się skusić. 
Kolejną świetną atrakcją Poznańskiego Betlejem, która co roku pustoszy mój portfel, jest stragan ze wschodnim rękodziełem. Znajdziecie tam zarówno piękne broszki i spinki do włosów w stylu zhostovo i biżuterię emaliowaną w stylu rostov i ciepłe wełniane skarpety i futrzane chusty (nie kłamię - przymierzałam!) i ikony i mnóstwo białoruskich produktów dla zdrowia (syropy, herbaty, witaminy). Ja zaopatrzyłam się o tak, ale kusi mnie jeszcze przepiękny emaliowany wisiorek-sekretnik. 
......
W końcu wyjęłam z szafy swój zimowy płaszcz. Po roku użytkowania długi, wełniany włos wygląda trochę marnie, ale zamierzam nosić go jeszcze przez kilka sezonów, bo krój, duży kołnierz i ciepłość jaką daje to okrycie, bardzo mi odpowiadają. Cieszę się też, że w końcu zrobiło się na tyle zimno, że mogłam założyć jedną ze swoich futrzanych czapek i nie czuć się w niej nieadekwatnie do pogody :) Największą jednak radością jest dla mnie to, że w końcu mogę nosić torebkę z krokodyla, którą dostałam w prezencie od czytelniczki bloga. Bardzo długo leżała w szafie, ponieważ Włóczykij zepsuł zapięcie (czy raczej powinnam powiedzieć: zepsuło się w jego dłoniach) i dopiero niedawno znalazł się kaletnik, który miał pasującą do torebki klamrę.
......
To tyle, jeżeli chodzi o moje przedświąteczne przygody. A o mojej nieobecności na blogu napiszę wkrótce kilka słów. Cieszę się, że znów tutaj jestem! Do usłyszenia.







(zdjęcia: Włóczykij)