28 czerwca 2013

Filmowe inspiracje: Edge of love


Odkąd pamiętam, czuję się osobliwie szczęśliwa, kiedy latem nie ma słońca. Prawdziwą przyjemność i energię do życia czerpię z deszczu, burzy (jak Hatifnatowie), sztormu, huraganu, ciemnych chmur, tego szczególnego zapachu mokrej ziemi i rytmicznego dźwięku spadających kropli. Uwielbiam wciągać wtedy kalosze i zapuszczać się w las, badać nieodkryte ścieżki i kwitnące łąki, które w czasie burzowej pogody wydają się być jeszcze zieleńsze niż zwykle. Wspaniale mroczna aura i dni pełne deszczu, które ostatnio do nas zawitały, sprawiły, że przeżywałam niezwykłą przyjemność w obcowaniu z naturą i spacerów bez parasola. W międzyczasie podczytywałam Mamę Muminków (biografię Tove Jansson) i muszę przyznać, że jednej rzeczy jej zazdroszczę. Wyspy. A w zasadzie dwóch. Pierwszą z nich - Bredskär - wynajęła z bratem, na drugiej - Klovharu - żyła ze swoją ukochaną przez 30 lat.

Nim ruszyła budowa, na początku jesieni 1964 roku Tove popłynęła na Klovharu sama, mieszkała w namiocie, przejrzała książkę o Tatusiu i morzu. Wyspa jest zimna, przywiędła, wilgotna. Jest też odludna i pełna spokoju. A ona czuje się "bardzo szczęśliwa".  
/Mama Muminków - Boel Westin/
......
Styl, który łączy w sobie elementy boho i inspiracje naturą, bardzo do mnie przemawia - i nie oszukujmy się - w takich właśnie ubraniach czuję się też najlepiej i najswobodniej na co dzień, kiedy nie mam ochoty zwracać na siebie uwagi dziwnym strojem lub po prostu chcę czuć się bardzo wygodnie. Moja szafa pełna jest więc kwiecistych spódnic sukienek, wzorzystych rajstop, puchatych swetrów, ciepłych kamizelek, przyjaznych naturalnych tkanin i neutralnych kolorów. Do stworzenia zestawów tego typu zazwyczaj inspiruje mnie pogoda. Wkładam więc jeden sweter na drugi, wełniane getry, obwijam się dodatkowymi chustami, a w zależności od potrzeby ubieram na siebie skarpetki lub podkolanówki lub rajstopy i kalosze. Jak to się mówi: potrzeba matką wynalazków. Tym razem dodatkowo zainspirowały mnie bohaterki filmu Edge of love, który, choć może nie ma specjalnie ciekawej fabuły (II wojna światowa, dwie pary, miłość i zdrada), to jednak nadrabia zdjęciami i kostiumami, które wyśmienicie prezentują się w otoczeniu walijskiego krajobrazu.







(zdjęcia: tata)

Inspiracja The Edge of Love:



24 czerwca 2013

Kombinacja z kombinezonem


Kombinezon to bardzo wygodna rzecz. Tak jak sukienka. Jedna rzecz, kiedy nie ma czasu na zestawianie kolorów, materiałów, wzorów. Dodatkowo szerokie, lekkie spodnie dają niesamowicie fajny efekt w czasie chodzenia (przynajmniej mnie się tak wydaje). Rzecz którą mam na sobie, zakupiłam kilka miesięcy temu w internetowym sklepie vintage. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że nogawki były przykrótkie. Po namyśle postanowiłam poświęcić starą bluzkę z podobnego materiału i przyszyć przedłużenie. Zrobiła to oczywiście niezastąpiona ciocia Włóczykija (ja w swoim życiu przyszyłam tylko obrus do sukienki, czego efekty możecie zobaczyć TUTAJ).
......
Inny zestaw z tym kombinezonem, inspirowany latami dwudziestymi, do zobaczenia TUTAJ. Tym razem postawiłam jednak na coś mniej rzucającego się w oczy, dlatego wybrałam małe, aczkolwiek eleganckie dodatki: kolczyki, pierścionek i torebkę z motywem orientalnym.







(zdjęcia: Włóczykij)

15 czerwca 2013

Wakacyjna stylówa czyli subiektywny przewodnik po modzie i nie tylko


Nieraz zastanawiałam się, jakimi kryteriami kieruję się szykując garderobę na wakacyjny wyjazd. Dlaczego zabieram właśnie TE, a nie inne ciuchy? Pomyślałam, że swoje spostrzeżenia zbiorę w mini przewodnik dla wszystkich wybierających się w upalne miejsca, takie jak choćby, widoczny na zdjęciach, Egipt.
  1. Wygoda. To pierwsza i najważniejsza zasada jaką stosuję. Nigdy nie rozumiałam (nie rozumiem i nie będę rozumieć!) jak można zwiedzać Egipt w plastikowych meliskach, które już w naszej temperaturze potrafią odparzyć stopy. Albo zapomnieć nakrycia głowy.
  2. Rzeczy dobrane kolorystyczne. Tak aby z jak najmniejszej ilości ciuchów dało się zrobić jak najwięcej zestawów na różne okazje. Warto postawić też na podobne materiały i styl, żeby nie zastanawiać się później czy cekinowy top będzie dobrze wyglądać z lnianymi portkami. A poza tym, te same spodnie, które nosimy za dnia mogą służyć również wieczorem, kiedy włożymy elegancką górę lub ciekawą biżuterię. 
  3. Przyjazne materiały. Takie jak batyst, jedwab, bawełna czy len, które pozwolą skórze oddychać. Poza tym można je szybko przeprać i wysuszyć.
  4. Kapelusz. Albo chusta, albo cokolwiek, co ochroni głowę i włosy. Kapelusz ma jeszcze tę niewątpliwą zaletę, że jego rondo ochrania twarz i kark przed palącym słońcem, co nie jest bez znaczenia, jeżeli nie chcemy się opalić lub spalić :)
  5. Jako iż nie jestem koneserką kąpieli słonecznych, w swoich wakacyjnych stylizacjach stawiam na długie rękawy i długie spódnice. Polecam je jednak wszystkim. Dlaczego? Ponieważ nosząc bluzki na ramiączkach - szczególnie jeżeli w południe zwiedzamy rozmaite zabytki - można naprawdę łatwo spalić sobie ramiona, a tego nie życzę nikomu.
  6. Kok, lub inna fajna fryzura, która sprawi, ze włosy nie będą przeszkadzać, ani grzać nas w szyję.
  7. Buty. Nie ma się co oszukiwać. Szpilki i sandałki z plastikowych rzemyczków, to nie obuwie na gorący saharyjski klimat. Każdy z nas ma swoje typy, ja polecałabym stabilne espadryle, sandały ze skóry albo płócienne balerinki, a na krótkie wyjścia - japonki.
No a tak na marginesie, abstrahując od tematu odzieży, pamiętajcie o tym żeby dużo pić! Dwa lata temu odwodniłam się na Saharze i wierzcie mi, że było to osobliwe uczucie, trząść się z zimna przy 56*C w cieniu. Od tamtej pory, na wakacjach, nawet jeżeli nie czuję pragnienia, sięgam co chwilę po butelkę i biorę kilka łyków.
A teraz patent. Nie pijcie samej wody! Woda przelatuje przez organizm i wypacamy ją szybciej niż zdąży nas nawodnić. Do butelki warto wsypać trochę cukru (ja zabieram z Polski syrop do rozcieńczania i wlewam kilka łyżek na dużą butelkę) lub czegoś, co nasz organizm przerobi zanim wodę wypoci. Poza tym nie powinna być zimna. Nawet kiedy widzę pyszne schłodzone w lodówkach napoje, proszę o te które stoją na wierzchu lub w słońcu. Dlaczego? Ponieważ zimne picie przynosi jedynie chwilową ulgę. Organizm człowieka musi cały czas zachowywać stały poziom ciepła i dlatego niemal natychmiast reaguje na gwałtowne obniżenie temperatury. Skutek jest taki, że pocimy się jeszcze bardziej i znów chce nam się pić.



Wykorzystanie tych samych spodni za dnia...


... i wieczorem.








4 czerwca 2013

Top 5. Piosenki mojej młodości

Dziś obchodzę urodziny (Tylko błagam, nie składajcie mi życzeń!) i to mnie natchnęło do stworzenia kolejnego posta z gatunku lifestyle, w którym prezentuję pięć piosenek, kojarzących mi się z różnymi okresami mojego życia. Oczywiście takich utworów każdy z nas ma mnóstwo, ale wybrałam te, które mogę okrasić też jakimiś emnildowymi anegdotami. Miłej lektury.

Cichosza - Grzegorz Turnau
To pierwszy utwór jaki zarejestrowała moja dziecięca wyobraźnia (poza moją mamą grającą na fortepianie i karmiącą mnie w międzyczasie jajecznicą). Pamiętam, że teledysk lecący w TVP niesamowicie mnie hipnotyzował, tajemniczy ludzik przerażał, a Turnau śpiewający o tym, że "nie ma papieży" intrygował. "No bo jak nie ma papieży, jak jest. I jak to kilku, jak papież jest jeden?" - pytała moja dziecięca głowa samą siebie. 
Morał z tego taki, że po porzuceniu twórczości Turnaua na dobrych kilkanaście lat, przeprosiłam, wróciłam i uważam go za najlepszego polskiego artystę. Ever.


Super Fly - Music Instructor
To był bit, goddammit! Gdzieś na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum przeżywałam fascynację różnymi muzycznymi dziwactwami: elektroniką, hip-hopem, a nawet Kelly Familly (żartuję, ich akurat nie znosiłam, a wyciągnięte swetry Angelo uważałam za szczyt lumpiarstwa). W każdym razie udało mi się nawet namówić tatę na kupno kasety Bomfunk Mc's i moje szczęście nie miało wtedy granic.


The Matrix - Protect the innocent
A to kolejne z moich odkryć sprzed dziesięciu lat: techno. Do techno dobrze się tańczyło na szkolnych dyskotekach i w zasadzie tu kończy się moje obcowanie z tą muzyką w praktyce, ponieważ mój mało imprezowy sposób bycia (i rodzicielskie zakazy) nie pozwoliły mi na szerszą jej eksplorację. Może i dobrze, bo teraz zamiast Emnildy pisałaby do Was jakaś Skwarka-Solarka :)
Ale co by nie mówić o techno, niektóre kawałki były naprawdę niesamowite i do dziś słucham ich z pasją.



Moonlight Shadow - DDR Music
Kolejny przykład na to, że techno jest cool! Tego utworu słuchałam w liceum, kiedy musiałam uczyć się histerii... znaczy się historii. Zamiast przysiąść porządnie do książek, które walały się po biurku, półkach i podłodze, ja wolałam siedzieć sobie ze słuchaweczkami przy magnetofonie i wyobrażać sobie, jak to do mojej głowy cudownie napływa wiedza o bitwie pod Kircholmem, a przy następnej odpowiedzi dostaję piątkę. A potem przychodziła szara rzeczywistość i... dostawałam piątkę!



Bole Chudiyan - Kabhi Kushi Kabhie Ghum
Ostatni z utworów stymulował moje szare komórki w czasie mojej pierwszej studenckiej sesji. Był to czas, kiedy spałam 2-3 godziny na dobę, a mój umysł był zaprogramowany tylko na jedno: NAUKA, nauka, Mezopotamia, Ninurta-tukulti-Aszur, Hetyci, Huryci i państwo Mittani. Potrafiłam tańczyć do tej piosenki o 2-giej w nocy, gdzieś pomiędzy piątą kawą, a trzecim pluszem i też wyobrażałam sobie, że jestem najlepsza. Niestety, jako że studia w porównaniu do liceum były na poziomie hard, w tym wypadku słuchanie muzyczki po nocach sprawiło, że z egzaminu dostałam tylko 4+.