31 października 2011

Opowieść mocno halloweenowa


Było już dobrze po północy, kiedy przyszłam do lasu wraz z Tomkiem. Cisza, jaka nas spowijała sprawiała wrażenie pewnej niesamowitości i lęku. Nie był to do końca strach przed dzikimi zwierzętami, ale owo przeświadczenie, że oto niedaleko czai się ktoś lub coś nie z tego wymiaru. Czekaliśmy rozglądając się wokoło, jednak w skąpym świetle ognika mogliśmy zauważyć tylko zarys pobliskich krzewów i czarną przestrzeń między nimi. Szumiało wysoko w koronach drzew... lecz nagle usłyszeliśmy gdzieś w oddali jakiś głos... nieludzki głos. Był to jęk, którego nie da się opisać, ale który uwodził i pchał nas głębiej w las, ku tej istocie, która go wydawała. Szliśmy dobrze znaną ścieżką, która jednak w nocnej głuszy nie wydawała się ani trochę swojska. Nagle, gdzieś w oddali zobaczyliśmy, że coś rozjaśnia drzewa, coś się porusza. Stanęliśmy i patrzyli zafascynowani jak jakieś nieznane źródło światła rozprasza leśne ciemności. Jęk ustał, ale coś się do nas zbliżało, światło było coraz mocniejsze, drzewa coraz bardziej wyraźne, aż w końcu naszym oczom ukazała się postać Białej Damy z rozwianymi, ciemnymi włosami i strasznymi, czarnymi oczami, którymi łypała na nas groźnie. Wyciągnęła prawą rękę w naszym kierunku, lewą zaś otarła spływającą z jej wargi krew. Staliśmy jak zaczarowani, ale byłam na tyle przytomna by wyciągnąć aparat i zrobić jej kilka zdjęć. Szła ku nam powoli, przestępując z nogi na nogę; kołysząc się z prawa na lewo i nawet nie zauważyłam, kiedy była już tak blisko, że swoimi kościstymi palcami trzymała Tomka za ramiona. Próbował się wyrwać ale miała zbyt wielką siłę. Patrzyła, a raczej wpatrywała się w niego tak długo, aż zamknął oczy, a wszystko wokół nas zaczęło wirować z ogromną prędkością. Nie wiedziałam co się dzieje, widziałam tylko masę szarej mgły otaczającą nas i nagle gdzieś w tej gęstej masie zobaczyłam twarz Tomka, który stał się potworem z zieloną twarzą. Jedynym co przypominało jego dawną twarz był uśmiech...
......
Obudziłam się w samochodzie, który był zaparkowany w lesie, a jego siwiała oświetlały okolicę. Obok mnie siedział Tomek i uśmiechał się tym samym uśmiechem, który już skądś znałam...
- To jak? Robimy sesję zdjęciową na Halloween? - zapytał.
Spojrzałam na niego dziwnie i zaczęłam sobie przypominać różne dziwne rzeczy, ale widocznie był to tylko sen.
- No jasne! - wyskoczyłam niby ochoczo z samochodu, choć cały czas czułam się nieswojo.
Tomek zaczął ustawiać aparat, lecz nagle zawołał mnie z przerażeniem w głosie. Podeszłam do niego i spojrzałam w ekran. Były tam dobrze mi znane zdjęcia Białej Damy i zielonego potwora. Nie wiedziałam już co było prawdą, a co snem.





(zdjęcia: Włóczykij zamieniony we Frankensteina:)

18 października 2011

XIX-wieczna medycyna


Pogoda jesienna sprzyja rożnego rodzaju choróbskom, które czasami leczy się, aż do świąt Bożego Narodzenia. Nieraz nawet nie zastanawiamy się, jakie mamy szczęście posiadając leki i lekarza w pobliżu, który poratuje wtedy, gdy sami nie możemy sobie pomóc.
......
W XIX w. to dwór ziemiański pełnił rolę przychodni i ostoi dla chorych, którzy w potrzebie przyjmowani byli przez panią domu. Ziemianki miały spore umiejętności w tej dziedzinie; doskonaliły je nieustannie korzystając z poradników, a także uczęszczając na specjalistyczne kursy. Takie zdolności w XIX w. były nieocenione, bowiem opieka medyczna na polskiej wsi właściwie nie istniała. W latach 60-tych tegoż wieku w Królestwie Polskim (zabór rosyjski), praktykowało tylko ok. 400 dyplomowanych lekarzy, z czego połowa w samej Warszawie. Jeszcze gorzej było w Galicji i na Kresach. Można przyjąć, że jeden lekarz przypadał średnio na 15 tys. osób. Dlatego, wspomniana wyżej, pomoc pani domu była niezbędna.
Pod nadzorem kobiet znajdowały się dworskie apteczki, czyli wielkie szafy, w których przechowywano najrozmaitsze leki i zioła oraz specyfiki własnej roboty, często bardzo dziwne: łój kozłowy, psie sadło na suchoty, mrówki w spirytusie, zalane oliwą robaki broniące od wścieklizny oraz białą mysz zalaną wódką, której kieliszek wypity potajemnie ponoć skutecznie leczył z nałogu pijaństwa.
Powszechnym w XIX stuleciu medykamentem były pijawki, których używano w celu upuszczania krwi, które, jak sądzono pomagało niemal na wszystkie dolegliwości.
Największym zagrożeniem, jakie mogło spotkać ludność wiejską, jak i mieszkańców dworu były jesienne epidemie, które - przy prymitywnym stanie higieny - rozprzestrzeniały się w zastraszającym tempie. W takich sytuacjach ziemianie sprowadzali lekarzy i osobiście nadzorowali pomoc chorym, jednak wśród prostej, wiejskiej ludności wizja szpitala była po prostu przerażająca. Chłopi panicznie bali się lekarzy i woleli już korzystać z usług podejrzanej reputacji znachorów i bab, niźli dać się wywieźć do szpitala. Ot choćby literacki przykład Nocy i dni, kiedy to w majątku Bogumiła i Barbary Niechciców wybuchła epidemia tyfusu. Przybyła wówczas komisja sanitarna, a w czworakach i we wsi "powstał płacz, a leżących w gorączce wynoszono do stodółek i obór, żeby ich uchronić przez wzięciem do szpitala, którego się bali gorzej niż śmierci (...) Lżej chorzy popowstawali z łóżek i udawali zdrowych".
Medyczna pomoc dworu była nieoceniona jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, szczególnie w najbardziej cywilizacyjnie zacofanych regionach kraju, zwłaszcza zaś na wschodzie. Tamtejsze ziemianki same jeździły po okolicznych wsiach, a także współpracowały z miejscowym lekarzem, który odwiedzając dwór, zaglądał też do wiejskich chałup udzielając chłopom darmowych porad medycznych.


(zdjęcia: Emnilda)

7 października 2011

XIX-wieczny ślub


Początek jesieni sprzyja zmianom. Jak pewnie zauważyliście dotarły one także na bloga. Przez najbliższy czas będziecie mogli podziwiać moją koleżankę Alinę w ciuszkach retro, których wyjątkowość podkreśla swoją niesamowitą urodą.
Alina, tak jak i ja, jest pasjonatką XIX wieku, dawnych zwyczajów, życia i mody, dlatego sesja zdjęciowa w starym stylu była dla nas ogromną przyjemnością. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy bawić się w ten sposób, wymieniając rolami fotografki i modelki.
......
Jesień jako nostalgiczna pora roku sprzyja wspomnieniom. Jednak to nie tylko czas deszczowych dni oraz święta zmarłych. Słoneczna jesień, jakiej jesteśmy świadkami, sprawia, że brodząc wśród opadłych liści można wyobrażać sobie dawne życie w ziemiańskim dworze, jesienne prace w polu oraz angielski park mieniący się przeróżnymi barwami października.
W XIX wieku jesień była jedną z popularniejszych pór roku do zawierania ślubów. Zakończone prace w polu, pełne spiżarnie i większa dzięki temu ilość czasu wolnego, sprzyjała życiu rodzinnemu. Instytucja małżeństwa stanowiła dla kobiet jedyną przepustkę do uzyskania względnej niezależności i prestiżu. Stara panna czyli kobieta już przed 30-stką traciła w zasadzie wszelkie nadzieje na zamążpójście i zmianę pozycji społecznej. Zazwyczaj już do końca życia pozostawała we dworze bliższej lub dalszej rodziny w charakterze rezydentki pomagając w gospodarstwie oraz zajmując się działalnością charytatywną.
Wiek odpowiedni do zamęścia zmieniał się. Na początku XIX wieku Kajetan Kraszewski wspomina, że "żeniąc się Ojciec nasz miał lat 21, a matka 15", jednak pod koniec wieku radzono czekać kobiecie co najmniej do 20 urodzin, by uniknąć późniejszego rozczarowania.
Szczególnie groźbę staropanieństwa przeżywano w domach gdzie było wiele córek. W majątkach położonych na dalekich Kresach z dala od sąsiadów i miasta, gdzie panny mogłyby bywać w towarzystwie zagrożenie to było całkiem realne. Niestety często zdarzało się tak, że miłość znały one jedynie z popularnych wówczas romansów i francuskich książek.
Jeżeli już doszło do zaślubin, w ich celebrowaniu uczestniczyła cała wiejska społeczność. Okoliczni chłopi dekorowali bramy i zbierali się przed kościołem, by wspólnie pomodlić się o szczęście pary młodej. W Królestwie Polskim do tradycji należało strzelanie z batów, którymi furmani przerywali weselny obiad, a który nowożeńcy musieli... opłacić kilkoma rublami. Wraz z upływem XIX stulecia, we dworze rezygnowano z różnych dawnych obrządków - zrękowiny o północy, oczepiny, przenosiny, dzielenie kołacza (zachowały się one bardziej w tradycji chłopskiego wesela). Niektóre elementy tradycyjnych zaślubin były dla wielu ziemian wymysłem i dziwactwem. W pamiętniku z 1875 roku możemy przeczytać o zdziwieniu panny młodej, która pod stołem odkryła dobierającego się do jej trzewika gościa, który staropolskim zwyczajem chciał z niego wypić jej zdrowie.
Jakby nie było, każda zabawa weselna była wspaniałą rozrywką, a śluby znaczniejszych ziemian i arystokracji stawały się wydarzeniami towarzyskimi, o których pisano w lokalnych gazetach i długo wspominano w chłodne jesienne wieczory.




(zdjęcia: Emnilda)