18 września 2014

Kwiatowe pożegnanie z latem


Mimo iż wrzesień zbliża się ku końcowi, a za kilka dni powitamy jesień, pogoda cały czas dopisuje. Nawet ja - wielka fanka deszczowej, chłodnej aury - łapię te słoneczne dni i autentycznie cieszę się błękitnym niebem, miłym ciepełkiem i kwitnącymi kwiatami, które - zupełnie przypadkowo - stały się motywem przewodnim dzisiejszego wpisu. Postanowiłam bowiem dać się ponieść kwiatowemu nastrojowi i tak powstał pomysł na zestawienie starych rzeczy w nową całość. 
......
Spódnicę kupiłam kilka lat temu w ciucholandzie. Po skróceniu i wszyciu rozwlekłej gumy (dziękuję Ci, ciociu Włóczykija) nosi się wspaniale. Czarna bluzka posiada ulubiony przeze mnie typ dekoltu: szeroki, ale niezbyt głęboki czyli dla mnie w sam raz (albo jak to się mówi: optymalny). Lekko zużyte już buty postanowiłam podrasować trochę kolorowymi kwiatkami - spinkami, które dotąd wpinałam tylko we włosy lub używałam w formie broszki. Torebka to też stara sprawa, zazwyczaj wisi na ścianie i ozdabia sypialnię, ponieważ rzadko kiedy noszę torebki, których nie mogę przewiesić przez ramię. Jest też jedna nowa rzecz w tym zestawie (a jednak!), mianowicie zawieszka, którą dostałam we wtorek od Włóczykija (wypatrzył ją w jakimś sklepie ze starociami). Dodałam do niej ogniwko, wyszukałam wśród swoich szpargałów aksamitną wstążkę z zapięciem i voilà!
......
Mam nadzieję, że owocnie korzystacie z ostatnich dni lata, a zarazem cieszycie się na nadchodzącą jesień. Ja w każdym razie, już nie mogę się doczekać :) Au revoir!













(zdjęcia: Włóczykij ija)

3 września 2014

I znów nadeszła jesień


Serwus wszystkim po wakacjach! Zastanawiam się właśnie, czy jestem winna jakieś przeprosiny z powodu swojej nieobecności na blogu, ale dochodzę do wniosku, że nie. Prowadzenia tej strony nigdy nie uznawałam za swój obowiązek: piszę kiedy mam pomysł, natchnienie i ochotę, a wszystkich tych rzeczy zabrakło mi w ostatnim miesiącu. Nie żebym nie myślała o blogu. Chciałam coś tam skrobnąć, ale się nie udało i już. 
......
W ostatnim czasie dużo myślałam też o celowości tego bloga. W zasadzie nawet trudno mi go określić, bo nie jest to ani miejsce związane stricte z modą, ani z lifestylem czy innymi topowymi dziedzinami. Poza tym mam takie wrażenie, że pokazywanie swoich ciuszków w internecie trąci trochę obciachem, a już mówienie w towarzystwie o tym, że prowadzi się bloga szafiarskiego, ZAWSZE wyzwala dziwne spojrzenia i wymaga doprecyzowania i dookreślenia, co dokładnie na owym blogu się prezentuje. Większość ludzi słysząc hasło "blog modowy", ma w głowie obraz pustej dziewczyny wykupującej pół sieciówki na wyprzedaży i śliniącej się na każdą sponsorską ofertę, jaką otrzyma. Tak więc wiecie... czasami wolę nawet nie używać tego sformułowania, chociaż chyba jest mi ono najbliższe, jeśli jednym słowem miałabym określić to moje małe miejsce w sieci.
......
Zastanawiałam się też nad kwestią pisania przez blogerów postów pod gust odbiorców. Często bowiem spotykam się na blogach z ankietami, w których czytelnicy mogą wyrazić swoją opinię dotyczącą danej strony. Mogą napisać, że woleliby, aby na blogu było więcej takich lub innych tematów, jak często powinny pojawiać się posty, czy powinny być obrazkowe czy raczej słowne etc. Zapewne jest to dobry sposób na organizację wpisów i narzucenie sobie pewnego tempa pracy dla leniwych blogerów (choć ja, jako leniwiec pierwszej klasy radzę sobie jakoś i bez tego), ale przyznam szczerze, że ten system ma też wady, polegające na tym, iż (przynajmniej tak mnie się wydaje) pisze się raczej tylko i wyłącznie dla czytającego i wraz ze wzrostem popularności bloga i statystyk, skupia głównie na tych tematach, które takiemu "mainstreamowemu" czytelnikowi podchodzą najbardziej. Niestety, kilka blogów, które bardzo lubiłam czytać i oglądać, zmieniło się właśnie dlatego, że ich autorzy postawili na dotarcie do większej rzeszy odbiorców oraz popularność, zatracając przy tym właściwy sobie styl i oryginalność, a ich blogi - co tu dużo mówić - nie są już tak klimatyczne jak dawniej.
......
No więc tak sobie rozważając te wszystkie kwestie, doszłam do wniosku, że będę nadal działać w swoim tempie (teraz już nieco szybszym niż w ciągu wakacji), a mój blog pozostanie takim właśnie niszowym miejscem dla pasjonatów staroci, dziwnej mody i oldskulowego stylu życia. No i mam nadzieję, że Wy - moi Czytelnicy - jesteście ciekawi kolejnych odsłon Emnildy.
......
Od kilkunastu dni czuję w powietrzu jesień, dlatego coraz chętniej wybieram z szafy swoje ulubione kolory na tę porę roku: granat, szary, bordowy i brąz. Bardzo fajnie łączy je, niedawno znaleziona w ciucholandzie sukienka, którą mam na sobie. Do niej włożyłam najwygodniejsze kapcie świata, które - jak widać na załączonych obrazkach - noszę jako zwykłe buty. Są bardzo miękkie i wyłożone pluszowym materiałem, co sprawia, że dają moim stopom +30 do komfortu chodzenia.





(zdjęcia: Włóczykij)

7 sierpnia 2014

Wakacyjny. Mix #4


Lato jest dla mnie najbardziej nieznośną porą roku. Upalna pogoda i prażące słońce to nie jest klimat w jakim czuję się dobrze (dlatego tak bardzo lubię letnie burze i porywiste wiatry). Z utęsknieniem czekam więc na chłodną, deszczową jesień, mgliste poranki i możliwość otulenia się szalem lub puchatym swetrem. Na razie jednak muszę jakoś funkcjonować w gorącej rzeczywistości lata. 
......
Idealnie nadaje się do tego moja balkonowa leżąca miejscówka, którą w prosty sposób skleciłam ze składanego materaca i dwóch tkanych firan. Jedną z nich przewieszam przez balustradę balkonu, drugą zawieszam na balkonowej suszarce i w ten prosty sposób tworzę coś na kształt namiotu, w którym bumeluję sobie przez pół dnia, czytając książki, pijąc kawę i cydr, paląc shishę oraz czuwając nad spokojnym snem Gustawa (on także bardzo polubił taki sposób spędzania wolnego czasu). Dodatkowo wstawiam sobie do tej mojej przestrzeni różne gadżety: poduchy, kadzidełka, lampiony i inne rzeczy, które uprzyjemniają mi wypoczynek.
......
Dzisiaj zapraszam na przegląd letnich nowości. Mam nadzieję, że zastąpi Wam on na jakiś czas moje wpisy ubraniowe, gdyż ograniczam się ostatnio do szlafroków i wygodnych sukienek domowych, które raczej nie są godne pokazania.

Niedawno wracając znad jeziora, odkryłam w pobliskiej wiosce niewielką halę ze starociami. Oglądania było co niemiara, a kupiłam ostatecznie aptekarską butelkę, w której przechowuję oliwkę do ciała oraz malowany na jedwabiu chiński krajobraz.

Puszka zamykana na kluczyk - prezent od Włóczykija (w rzeczywistości ma trochę bardziej zgaszone kolory). Lusterko już kiedyś pokazywałam - też jest prezentem od Włóczykija.

Jednym z nowszych nabytków ubraniowych jest zielony chiński szlafrok, który noszę jako płaszczyk. Piękną biżuterię dostałam w prezencie od cioci Włóczykija za co jestem jej bardzo, bardzo wdzięczna, natomiast wizytówki zamówiłam przez internet. Zawsze miałam problem z podawaniem swoich namiarów, bo nigdy nie mam przy sobie kartki ani długopisu. Teraz, o ile nie zapomnę wziąć wizytownika, wystarczy tylko, że podam wizytówkę. No a najważniejsze jest, że potencjalny odwiedzający nie musi zapamiętywać arcy kłopotliwego hasła: Emnilda. Uff!

Skórzane buty, idealne do retro stylizacji, wypatrzyłam w ciucholandzie. Były trochę pogięte, ale prawidła przywróciły in właściwą formę. W środku mają gigantyczny napis "Orthopedic", ale muszę szczerze powiedzieć, że takie hasła oraz ogólny babciowaty wygląd buta zawsze mnie przyciągają, bo wiem, że będą bardzo wygodne. Sprawdzałam to nie raz i naprawdę nic nie równa się wygodzie butów tworzonych z myślą o starszych osobach.
O torebce ze skóry krokodyla marzyłam od kilku ładnych lat, a ta dosłownie spadła mi z nieba. Otóż dostałam ją w prezencie od jednej z czytelniczek, która bardzo lubi mojego bloga i postanowiła mi w ten sposób podziękować za - jak napisała - "regularnie dostarczaną radość".
Kasiu, jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję! Obmyślam już strój z torebką w roli głównej :)

Jedno z moich ulubionych ostatnio miejsc do kąpieli. Cisza, spokój i tylko kilku wędkarzy rozsianych gdzieś w okolicy.

Kilka książkowych nowinek. Borisa Akunina kupiłam z ciekawości na wyprzedaży w Auchan i muszę przyznać, że bardzo podoba mi się stworzony przez niego klimat carskiej Rosji, tak więc z pewnością sięgnę po więcej. "Lala" to prezent od Włóczykija - będzie moją następną lekturą. Mam już "Fotoplastykon" Dehnela, rewelacyjną książkę w której autor wnikliwie i z zadumą przypatruje się starym fotografiom, mam nadzieję, że powieść również będzie pasjonująca. "Nie widać nic" to magiczna książka z zakresu historii sztuki. Jest to zbiór opowiadań o obrazach, o tym, jakie ukryte (czy w ogóle ukryte?) znaczenia zawarli na nich autorzy i czy faktyczne odczytywanie malarstwa zarezerwowane jest tylko dla znawców. "Skazani" to książka na którą apetytu narobiła mi Absyntowa, tym bardziej wielkiego, że dzieje przedwojennej Rosji: nierówności społeczne, stosunek cara do spraw państwowych i fenomen rewolucji to temat, który mnie zawsze bardzo interesował (ostatnio jakby mniej, ale teraz, kiedy jestem w trakcie tej wciągającej lektury, myślę, że w następnej kolejności ruszę pamiętniki Mikołaja II, które od kilku lat kwitną na mojej półce).

Puszka od Włóczykija odsłona druga (takie kolory ma faktycznie) i lektura sprzed miesiąca. "Pachnidło" jest rewelacyjną książką, pełną aromatów, pięknych woni i okropnego smrodu, wielu takich zapachów, których istnienia sobie na co dzień nawet nie uświadamiamy. Poza tym jest książką wciągającą i niezwykle pięknie oddającą klimat XVIII-wiecznej Francji.

W chwilach kiedy tak sobie bezwstydnie, błogo i szczęśliwie wypoczywam, czuję, że jest to aż nieprzyzwoite i dlatego bardzo bliski jest mi ostatnio fragment wspomnień Nicolasa Nabokova (ze wspomnianej książki "Skazani"): Czyżbyśmy byli wszyscy (...) tak na wskroś niewrażliwi, tak obrzydliwie tępi, żeśmy w ogóle nie czuli, iż to bajeczne nasze życie już samo w sobie jest niesprawiedliwością i właśnie dlatego nie może trwać wiecznie?

Powoli zaopatruję się na jesień. W Deichmannie, który nigdy mnie nie zawodzi, wypatrzyłam takie fajne, mega wygodne buty na koturnie (pisałam już może, że uwielbiam buty na płaskim koturnie?). Niestety nie są skórzane, ale bardzo przypominają buty Vagabond model Edie, a te, niestety, są w tej chwili poza moimi możliwościami finansowymi.

To taka nowość nie nowość. Ostatnio w czasie porządków znalazłam stare, niezapisane zeszyty i zastanawiam się, czy nie zacząć na powrót pisać pamiętnika, tak jak robiłam to w czasach nastoletnich.
......
A poniżej zdjęcie, jak zazwyczaj (kiedy nie noszę akurat dresów, krótkich portków lub szlafroka) wyglądam w domu. Au revoir!


25 lipca 2014

Permanentny nadbagaż czyli o pamiątkach z wakacji


35,5 kilogramów. Tyle dokładnie wynosiła suma nadbagażu mojego i Włóczykija, kiedy pierwszy raz wybraliśmy się razem na wakacje. To oznacza, że nasz bagaż ważył łącznie 75,5 kg (nie licząc kafelków oraz shishy, które mieliśmy schowane w torbach podręcznych). Tak więc, mając na uwadze fakt, że w podróży ZAWSZE trafimy na coś ekstra, podczas pakowania wypełniamy swoje wielkie walizki w 1/3 (no dobra, ja w połowie), a kiedy wracamy, ZAWSZE z ledwością je dopinamy.
......
Przygody związane z pakowaniem pamiątek kruchych, ciężkich, o niespotykanych kształtach, a potem ich transportowanie i udawanie zdziwienia na lotnisku, kiedy pracownicy podejrzanie patrzą na Ciebie - mającą w bagażu podręcznym wielką lampę, wiatrak czy inny rupieć - to temat na zupełnie inną okazję, ponieważ dzisiaj chciałabym napisać tylko o tym, co (a nie jak) z wakacji zwykłam przywozić.
......
Rzeczy, które kupuję podczas wojaży z grubsza mogę podzielić na cztery grupy: produkty spożywcze, artykuły kosmetyczne, lokalną odzież i dodatki oraz inne lokalne wytwory i utensylia. W każdym razie szerokim łukiem staram się omijać wszelkie kramy z kiczowatymi pierdołami jak: breloczki, magnesy czy egipskie piramidki (te i tak zawsze dostaję gratis* do zakupów). W gąszczu kolorowej masy, gdzieś pomiędzy piżamami ze 100% bawełny z domieszką poliestru (tak, tak, ja też się nabrałam dwa lata temu), mieniącymi się inkrustacjami udającymi masę perłową, a plastikową, fosforyzującą figurką starożytnej kociej bogini Bastet, można czasem wygrzebać coś naprawdę fajnego i dobrej jakości. Warto węszyć (w poszukiwaniu prawdziwej skóry chociażby), oglądać towar ze wszystkich stron i pod światło, sprawdzać przeszycia, a także bacznie się rozglądać. W sklepie pełnym towaru często można nie zauważyć rzeczy wiszących pod sufitem, lub ukrytych gdzieś za pierwszym rzędem innego towaru. No a kiedy znajdzie się już TĘ rzecz, obowiązkowo trzeba być obojętnym, od niechcenia pytać o cenę i targować się beznamiętnie - rozglądając się przy tym za zupełnie innymi pamiątkami - tak aby to sprzedawca zabiegał o Was, a nie Wy o towar (taki mały myk!) To wcale nie takie trudne jak się wydaje.
......
Kiedy wrócę już z wakacji, ustawiam większość zakupionych pamiątek na stole i robię im zdjęcie, dzięki czemu potrafię później w prosty sposób przypisać nawet drobiazgi, do miejsca i roku podróży. Ale dość gadania - teraz czas na mały przegląd tegorocznych suwenirów.

* choć, jak wiadomo i jak nauczyli się mówić egipscy sprzedawcy: "za darmo umarło".

Taki fajny kubek (po lewej) wypatrzył Włóczykij dwa lata temu. W tym roku znaleźliśmy mu siostrzanego towarzysza :)

Stary wiatrak firmy Singer zwrócił moją uwagę już w czasie pierwszej wizyty w sklepie Dr House, o którym pisałam ostatnio. Moje skojarzenia, kiedy na niego patrzyłam, oscylowały gdzieś pomiędzy Kairem ze starych pocztówek, wnętrzami luksorskiego hotelu Winter Palace i jednym z moich ukochanych teledysków. Szczerze mówiąc nie wiem czy bym go kupiła, gdyby nie pewne węgierskie małżeństwo, które zainteresowało się wiatrakiem dość poważnie i wówczas włączył mi się syndrom Panie-Boże-proszę-żeby-oni-tego-nie-kupili. Ostatecznie pan Węgier stwierdził, iż musi się zastanowić do jutra i kiedy opuścił sklep, ja dałam sygnał i do akcji wkroczył Włóczykij, który utargował dobrą cenę za wiatrak i zdjęcie czterech wujków (będzie niżej). Uff! Co za ulga.

A to kłopotliwa pamiątka z zeszłego roku. Dość sporych rozmiarów lampa, którą szczęśliwie udało się "przemycić" na pokład samolotu i dzięki czarnemu workowi, w który była owinięta, przebyła całą drogę między nogami Włóczykija niezauważona przez obsługę. Wiatrak, choć ciężki (waży z 10 kg), udało się zmieścić do schowka na bagaż podręczny.

Kolejna tegoroczna pamiątka - stolik inkrustowany masą perłową w tradycyjnym arabskim stylu. Na szczęście udało się go rozmontować, dzięki czemu zmieścił się do walizki. Problematyczny okazał się tylko blat, który trzeba było przemyślnie schować w torbie "na ukos".

Widok części dużego pokoju wraz z pamiątkami na miejscu ich przeznaczenia :)

Wspomniana, stara fotografia czterech wujków, którą kupiłam w "pakiecie" z wiatrakiem. Strasznie mnie zauroczyło to poważne towarzystwo w fezach.

Ciekawymi pamiątkami są też ręcznie wykonywane drobiazgi, które nadają charakteru półkom i stolikom. Po lewej zakupiony w tym roku przez Włóczykija indyjski, malowany schowek na pióra, który ozdabia biurko (czy jest logika w tym, żeby w Egipcie kupować rzeczy z Indii?) oraz perska szkatułka z Jerozolimy.

W Egipcie zaopatrzyłam się w przyprawy (wolę jednak te fabrycznie zapakowane ze sklepu, niż z bazaru, gdzie zdarza się, że przyprawy są zwietrzałe), kawy z kardamonem, które parzę w specjalnym tygielku, herbaty aromatyzowane (granat, mango, gujawa), kadzidełka oraz tytoń do fajki wodnej (w tym roku cytrynowo-miętowy), a także kilka gadżetów dla znajomych.

W podróży uwielbiam kupować kosmetyki! Staram się wybierać lokalne firmy, choć zdarza mi się kupować również produkty międzynarodowych koncernów, ze względu na świetną cenę lub nowości, których u nas nie ma. W Egipcie można znaleźć całe mnóstwo kosmetyków wybielających i rozjaśniających (czego bardzo mi brakuje w polskich drogeriach), a sprzedawcy zawsze śmieją się słysząc, że ja - jasna z natury - szukam takich właśnie rzeczy. W każdym razie zaopatrzyłam się w krem wybielający B-white na dzień (pozostawia białą, ale delikatną powłokę), na noc (tego kremu ze względu na duże stężenie białego barwnika, używam do rozjaśniania podkładów, gdyż większość jest dla mnie zbyt ciemna), krem rozjaśniająco-matujący Garnier, a także krem rozjaśniający włoski, który używa się tak, jak farbę do włosów - mieszając ze sobą dwie części.
Poza tym kupiłam różne maseczki (np. z kurkumą), rewelacyjny balsam do ust z woskiem pszczelim i carnauba, krem peelingujący oraz pasty do zębów w proszku (są zajebiście wybielające, ale muszę sprawdzić czy aby na pewno nadają się do codziennego stosowania). 
Prócz mnóstwa kremów wybielających, można w Egipcie znaleźć najróżniejsze kosmetyki do włosów (Egipcjanie, zarówno kobiety jak i mężczyźni, bardzo o nie dbają). Kupiłam więc olej do włosów (stosuję go od czasu do czasu na noc przed myciem włosów), różne odżywki oraz dwa kremy: nawilżający i intensywnie regenerujący.
Zapasy kosmetyków starczą mi chyba na cały rok :)

Podczas wyjazdów staram się też zawsze znaleźć jakieś lokalne wyroby ubraniowe, chociaż nie przepadam za strojami charakterystycznymi dla danej ludności. Kiedy noszę je w czasie wakacji czuję się, jakbym na siłę stawała się "lokalsem" - a tego bardzo nie lubię - natomiast u nas w tunikach i innych cudach się po prostu nie czuję. Dlatego staram się kupować tylko miejscowe dodatki. W tym roku zaopatrzyłam się w trzy pary skórzanych butków z tłoczonymi motywami egipskimi (buty typowo domowe, bo mają również skórzaną podeszwę) oraz klasyczną, dużą torbę z wielbłądziej skóry od egipskiego designera Samiego Amina. Szalik dorzucił sprzedawca przy okazji targowania się w jakimś sklepie i mimo informacji o 100% kaszmiru na metce, jest to zwykła wiskoza. Ale darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda - na chłodne jesienne dni będzie jak znalazł.
......
A na ostatnim zdjęciu ostatnia wielkogabarytowa i ciężka pamiątka sprzed kilku lat. Lustro kupione u chorego na raka krtani stolarza w Tunezji. Wisi na wprost wejścia, w korytarzu, a ozdabiają je miniaturki urn kanopskich, które fascynowały mnie od dziecka (do nich właśnie chowano wyjęte podczas mumifikacji: wątrobę, płuca, jelita i żołądek).


19 lipca 2014

Magia Orientu zaklęta w kolczykach


Czy słyszeliście o sutaszu? Jest to technika rękodzielnicza, polegająca na tworzeniu przedmiotów z jedwabnych sznureczków, pomiędzy które wplata się kamienie, koraliki i inne ozdoby. Zawsze podziwiałam sutaszowe cudeńka w internecie, próbowałam nawet namówić na ich wykonywanie tatę, który jest mistrzem prac precyzyjnych, niestety, z marnym skutkiem. 
......
Pewnego dnia odezwała się do mnie Anna - czytelniczka bloga i zapalona twórczyni sutaszowych wyrobów, która zaproponowała zrobienie kolczyków specjalnie dla mnie. Moim marzeniem było, żeby biżuteria była wykonana w kolorze czerwonym i zielonym; resztę pozostawiłam Annie do wyboru, zdając się na jej poczucie piękna i umiejętności. Kiedy przesłała mi zdjęcia gotowych kolczyków, nie mogłam uwierzyć, że tak idealnie trafiła w mój gust! Kolczyki są duże, fantazyjne i zdecydowanie orientalne, dlatego dziś prezentuję je Wam z chińską bluzką, która w mojej szafie wisi już kilka ładnych lat, oraz zielonym płaszczykiem, który jest nabytkiem sprzed miesiąca. Mimo iż w internetowym ciucholandzie, w którym go kupiłam, określony był jako szlafrok, ja widzę w nim lekki letni płaszczyk, i tak też go noszę.
......
Jeżeli jesteście ciekawi innych sutaszowych cudeniek Anny, zapraszam na jej bloga Suspiria design. A jeżeli interesuje Was takie hobby, zapraszam na mini wywiad, który przeprowadziłam z Anną, bo sama byłam ciekawa, jak to jest z tym sutaszem.


1. Dlaczego zainteresował Cię właśnie sutasz?
Biżuterię sutasz zobaczyłam po raz pierwszy w internecie ponad 3 lata temu. Zafascynowała mnie mocna kolorystyka tej biżuterii, czegoś takiego nie widziałam wcześniej. W tym czasie akurat zrezygnowałam z dodatkowej pracy i wybuchła we mnie ogromna potrzeba tworzenia. Od dziecka pasjonowały mnie różne "robótki ręczne". Babcia nauczyła mnie haftu, szydełkowania i robienia na drutach jeszcze w podstawówce, więc postanowiłam, że sama rozgryzę jak to się robi i metodą prób i błędów powstały pierwsze bardzo koślawe kolczyki, z których byłam niesamowicie dumna; z biegiem czasu nabrałam wprawy i wpadłam w sutaszowy nałóg - chyba już nigdy nie przestanę :P

 
2. A skąd nazwa "Suspiria Design"?
Suspiriato w języku łacińskim westchnienie. Gdy w listopadzie zeszłego roku chciałam zmienić swoją starą nazwę ( ARTeriaART), to to słowo jakoś samo dźwięczało w mojej głowie, wyłuskane z utworu pt. Venus, kiedyś ulubionego przeze mnie zespołu gotyckiego Theatre of Tragedy. Okazało się, że łacińskie fragmenty piosenki zostały zaczerpnięte z trzynastowiecznego kodeksu Carmina Burana i interesujący mnie fragment:"Circa mea pectora multa sunt suspiria. De tua pulchritudine, que me ledunt misere", można przetłumaczyć jako: "Wokół mego serca wiele westchnień istnieje. Do twego piękna, które sprowadza na mnie nieszczęście". To zdanie opisuje idealnie mnie samą i moją biżuterię, w której staram się zamknąć cząstkę siebie i tajemnicę piękna.


3. Jakie są plusy i minusy tej techniki?
Do plusów zaliczyłabym brak ograniczeń kolorystycznych. Obecnie na rynku dostępnych jest kilkadziesiąt różnych kolorów sznureczków sutaszowych, metalizowanych i wielokolorowych, do nich można dopasować przeróżne kamienie, kryształki i koraliki, więc barierę tworzenia stanowi tylko nasza wyobraźnia i zasób portfela :) Niewątpliwym minusem jest praco a zarazem czasochłonność tej metody. Najmniejsze kolczyki to wiele godzin pracy, czasem okazuje się, że coś poszło nie tak i trzeba pruć a nawet zaczynać od nowa...


4. Skąd czerpiesz inspiracje?
Ze wszystkiego: otoczenia, życia, kontaktu z naturą, miejsc, które odwiedzam. Czasem wystarczy mi spojrzeć na kogoś jeden raz i wiem, po prostu widzę oczami wyobraźni, jaką biżuterię mogłabym dla niego zrobić. Nauczyłam się ufać swojej artystycznej intuicji w doborze kolorów, bo z wykształcenia jestem plastykiem i historykiem sztuki, więc pewien artystyczny bagaż noszę w sobie.


5. Czy sutasz to tylko sposób na biżuterię?
Nie tylko, w tej technice można wyczarować mnóstwo dodatków, czy aplikacji np. na odzież, torebki i buty, można też wyhaftować cały gorset, kołnierz, pas, ozdoby do włosów, czy nawet ozdobić poduszkę, lampę i ramki do zdjęć i jeszcze wiele, wiele innych rzeczy.


6. Komu polecasz zajęcie się tą techniką rękodzielniczą? 
Haft sutasz będzie idealny dla kogoś, kto lubi zajęcia wymagające precyzji i skupienia i dysponuje dużą ilością wolnego czasu.




 Anna wykonała dla mnie również bransoletkę kolorystycznie pasującą do kolczyków.

(zdjęcia: Włóczykij)