25 lipca 2014

Permanentny nadbagaż czyli o pamiątkach z wakacji


35,5 kilogramów. Tyle dokładnie wynosiła suma nadbagażu mojego i Włóczykija, kiedy pierwszy raz wybraliśmy się razem na wakacje. To oznacza, że nasz bagaż ważył łącznie 75,5 kg (nie licząc kafelków oraz shishy, które mieliśmy schowane w torbach podręcznych). Tak więc, mając na uwadze fakt, że w podróży ZAWSZE trafimy na coś ekstra, podczas pakowania wypełniamy swoje wielkie walizki w 1/3 (no dobra, ja w połowie), a kiedy wracamy, ZAWSZE z ledwością je dopinamy.
......
Przygody związane z pakowaniem pamiątek kruchych, ciężkich, o niespotykanych kształtach, a potem ich transportowanie i udawanie zdziwienia na lotnisku, kiedy pracownicy podejrzanie patrzą na Ciebie - mającą w bagażu podręcznym wielką lampę, wiatrak czy inny rupieć - to temat na zupełnie inną okazję, ponieważ dzisiaj chciałabym napisać tylko o tym, co (a nie jak) z wakacji zwykłam przywozić.
......
Rzeczy, które kupuję podczas wojaży z grubsza mogę podzielić na cztery grupy: produkty spożywcze, artykuły kosmetyczne, lokalną odzież i dodatki oraz inne lokalne wytwory i utensylia. W każdym razie szerokim łukiem staram się omijać wszelkie kramy z kiczowatymi pierdołami jak: breloczki, magnesy czy egipskie piramidki (te i tak zawsze dostaję gratis* do zakupów). W gąszczu kolorowej masy, gdzieś pomiędzy piżamami ze 100% bawełny z domieszką poliestru (tak, tak, ja też się nabrałam dwa lata temu), mieniącymi się inkrustacjami udającymi masę perłową, a plastikową, fosforyzującą figurką starożytnej kociej bogini Bastet, można czasem wygrzebać coś naprawdę fajnego i dobrej jakości. Warto węszyć (w poszukiwaniu prawdziwej skóry chociażby), oglądać towar ze wszystkich stron i pod światło, sprawdzać przeszycia, a także bacznie się rozglądać. W sklepie pełnym towaru często można nie zauważyć rzeczy wiszących pod sufitem, lub ukrytych gdzieś za pierwszym rzędem innego towaru. No a kiedy znajdzie się już TĘ rzecz, obowiązkowo trzeba być obojętnym, od niechcenia pytać o cenę i targować się beznamiętnie - rozglądając się przy tym za zupełnie innymi pamiątkami - tak aby to sprzedawca zabiegał o Was, a nie Wy o towar (taki mały myk!) To wcale nie takie trudne jak się wydaje.
......
Kiedy wrócę już z wakacji, ustawiam większość zakupionych pamiątek na stole i robię im zdjęcie, dzięki czemu potrafię później w prosty sposób przypisać nawet drobiazgi, do miejsca i roku podróży. Ale dość gadania - teraz czas na mały przegląd tegorocznych suwenirów.

* choć, jak wiadomo i jak nauczyli się mówić egipscy sprzedawcy: "za darmo umarło".

Taki fajny kubek (po lewej) wypatrzył Włóczykij dwa lata temu. W tym roku znaleźliśmy mu siostrzanego towarzysza :)

Stary wiatrak firmy Singer zwrócił moją uwagę już w czasie pierwszej wizyty w sklepie Dr House, o którym pisałam ostatnio. Moje skojarzenia, kiedy na niego patrzyłam, oscylowały gdzieś pomiędzy Kairem ze starych pocztówek, wnętrzami luksorskiego hotelu Winter Palace i jednym z moich ukochanych teledysków. Szczerze mówiąc nie wiem czy bym go kupiła, gdyby nie pewne węgierskie małżeństwo, które zainteresowało się wiatrakiem dość poważnie i wówczas włączył mi się syndrom Panie-Boże-proszę-żeby-oni-tego-nie-kupili. Ostatecznie pan Węgier stwierdził, iż musi się zastanowić do jutra i kiedy opuścił sklep, ja dałam sygnał i do akcji wkroczył Włóczykij, który utargował dobrą cenę za wiatrak i zdjęcie czterech wujków (będzie niżej). Uff! Co za ulga.

A to kłopotliwa pamiątka z zeszłego roku. Dość sporych rozmiarów lampa, którą szczęśliwie udało się "przemycić" na pokład samolotu i dzięki czarnemu workowi, w który była owinięta, przebyła całą drogę między nogami Włóczykija niezauważona przez obsługę. Wiatrak, choć ciężki (waży z 10 kg), udało się zmieścić do schowka na bagaż podręczny.

Kolejna tegoroczna pamiątka - stolik inkrustowany masą perłową w tradycyjnym arabskim stylu. Na szczęście udało się go rozmontować, dzięki czemu zmieścił się do walizki. Problematyczny okazał się tylko blat, który trzeba było przemyślnie schować w torbie "na ukos".

Widok części dużego pokoju wraz z pamiątkami na miejscu ich przeznaczenia :)

Wspomniana, stara fotografia czterech wujków, którą kupiłam w "pakiecie" z wiatrakiem. Strasznie mnie zauroczyło to poważne towarzystwo w fezach.

Ciekawymi pamiątkami są też ręcznie wykonywane drobiazgi, które nadają charakteru półkom i stolikom. Po lewej zakupiony w tym roku przez Włóczykija indyjski, malowany schowek na pióra, który ozdabia biurko (czy jest logika w tym, żeby w Egipcie kupować rzeczy z Indii?) oraz perska szkatułka z Jerozolimy.

W Egipcie zaopatrzyłam się w przyprawy (wolę jednak te fabrycznie zapakowane ze sklepu, niż z bazaru, gdzie zdarza się, że przyprawy są zwietrzałe), kawy z kardamonem, które parzę w specjalnym tygielku, herbaty aromatyzowane (granat, mango, gujawa), kadzidełka oraz tytoń do fajki wodnej (w tym roku cytrynowo-miętowy), a także kilka gadżetów dla znajomych.

W podróży uwielbiam kupować kosmetyki! Staram się wybierać lokalne firmy, choć zdarza mi się kupować również produkty międzynarodowych koncernów, ze względu na świetną cenę lub nowości, których u nas nie ma. W Egipcie można znaleźć całe mnóstwo kosmetyków wybielających i rozjaśniających (czego bardzo mi brakuje w polskich drogeriach), a sprzedawcy zawsze śmieją się słysząc, że ja - jasna z natury - szukam takich właśnie rzeczy. W każdym razie zaopatrzyłam się w krem wybielający B-white na dzień (pozostawia białą, ale delikatną powłokę), na noc (tego kremu ze względu na duże stężenie białego barwnika, używam do rozjaśniania podkładów, gdyż większość jest dla mnie zbyt ciemna), krem rozjaśniająco-matujący Garnier, a także krem rozjaśniający włoski, który używa się tak, jak farbę do włosów - mieszając ze sobą dwie części.
Poza tym kupiłam różne maseczki (np. z kurkumą), rewelacyjny balsam do ust z woskiem pszczelim i carnauba, krem peelingujący oraz pasty do zębów w proszku (są zajebiście wybielające, ale muszę sprawdzić czy aby na pewno nadają się do codziennego stosowania). 
Prócz mnóstwa kremów wybielających, można w Egipcie znaleźć najróżniejsze kosmetyki do włosów (Egipcjanie, zarówno kobiety jak i mężczyźni, bardzo o nie dbają). Kupiłam więc olej do włosów (stosuję go od czasu do czasu na noc przed myciem włosów), różne odżywki oraz dwa kremy: nawilżający i intensywnie regenerujący.
Zapasy kosmetyków starczą mi chyba na cały rok :)

Podczas wyjazdów staram się też zawsze znaleźć jakieś lokalne wyroby ubraniowe, chociaż nie przepadam za strojami charakterystycznymi dla danej ludności. Kiedy noszę je w czasie wakacji czuję się, jakbym na siłę stawała się "lokalsem" - a tego bardzo nie lubię - natomiast u nas w tunikach i innych cudach się po prostu nie czuję. Dlatego staram się kupować tylko miejscowe dodatki. W tym roku zaopatrzyłam się w trzy pary skórzanych butków z tłoczonymi motywami egipskimi (buty typowo domowe, bo mają również skórzaną podeszwę) oraz klasyczną, dużą torbę z wielbłądziej skóry od egipskiego designera Samiego Amina. Szalik dorzucił sprzedawca przy okazji targowania się w jakimś sklepie i mimo informacji o 100% kaszmiru na metce, jest to zwykła wiskoza. Ale darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda - na chłodne jesienne dni będzie jak znalazł.
......
A na ostatnim zdjęciu ostatnia wielkogabarytowa i ciężka pamiątka sprzed kilku lat. Lustro kupione u chorego na raka krtani stolarza w Tunezji. Wisi na wprost wejścia, w korytarzu, a ozdabiają je miniaturki urn kanopskich, które fascynowały mnie od dziecka (do nich właśnie chowano wyjęte podczas mumifikacji: wątrobę, płuca, jelita i żołądek).


19 lipca 2014

Magia Orientu zaklęta w kolczykach


Czy słyszeliście o sutaszu? Jest to technika rękodzielnicza, polegająca na tworzeniu przedmiotów z jedwabnych sznureczków, pomiędzy które wplata się kamienie, koraliki i inne ozdoby. Zawsze podziwiałam sutaszowe cudeńka w internecie, próbowałam nawet namówić na ich wykonywanie tatę, który jest mistrzem prac precyzyjnych, niestety, z marnym skutkiem. 
......
Pewnego dnia odezwała się do mnie Anna - czytelniczka bloga i zapalona twórczyni sutaszowych wyrobów, która zaproponowała zrobienie kolczyków specjalnie dla mnie. Moim marzeniem było, żeby biżuteria była wykonana w kolorze czerwonym i zielonym; resztę pozostawiłam Annie do wyboru, zdając się na jej poczucie piękna i umiejętności. Kiedy przesłała mi zdjęcia gotowych kolczyków, nie mogłam uwierzyć, że tak idealnie trafiła w mój gust! Kolczyki są duże, fantazyjne i zdecydowanie orientalne, dlatego dziś prezentuję je Wam z chińską bluzką, która w mojej szafie wisi już kilka ładnych lat, oraz zielonym płaszczykiem, który jest nabytkiem sprzed miesiąca. Mimo iż w internetowym ciucholandzie, w którym go kupiłam, określony był jako szlafrok, ja widzę w nim lekki letni płaszczyk, i tak też go noszę.
......
Jeżeli jesteście ciekawi innych sutaszowych cudeniek Anny, zapraszam na jej bloga Suspiria design. A jeżeli interesuje Was takie hobby, zapraszam na mini wywiad, który przeprowadziłam z Anną, bo sama byłam ciekawa, jak to jest z tym sutaszem.


1. Dlaczego zainteresował Cię właśnie sutasz?
Biżuterię sutasz zobaczyłam po raz pierwszy w internecie ponad 3 lata temu. Zafascynowała mnie mocna kolorystyka tej biżuterii, czegoś takiego nie widziałam wcześniej. W tym czasie akurat zrezygnowałam z dodatkowej pracy i wybuchła we mnie ogromna potrzeba tworzenia. Od dziecka pasjonowały mnie różne "robótki ręczne". Babcia nauczyła mnie haftu, szydełkowania i robienia na drutach jeszcze w podstawówce, więc postanowiłam, że sama rozgryzę jak to się robi i metodą prób i błędów powstały pierwsze bardzo koślawe kolczyki, z których byłam niesamowicie dumna; z biegiem czasu nabrałam wprawy i wpadłam w sutaszowy nałóg - chyba już nigdy nie przestanę :P

 
2. A skąd nazwa "Suspiria Design"?
Suspiriato w języku łacińskim westchnienie. Gdy w listopadzie zeszłego roku chciałam zmienić swoją starą nazwę ( ARTeriaART), to to słowo jakoś samo dźwięczało w mojej głowie, wyłuskane z utworu pt. Venus, kiedyś ulubionego przeze mnie zespołu gotyckiego Theatre of Tragedy. Okazało się, że łacińskie fragmenty piosenki zostały zaczerpnięte z trzynastowiecznego kodeksu Carmina Burana i interesujący mnie fragment:"Circa mea pectora multa sunt suspiria. De tua pulchritudine, que me ledunt misere", można przetłumaczyć jako: "Wokół mego serca wiele westchnień istnieje. Do twego piękna, które sprowadza na mnie nieszczęście". To zdanie opisuje idealnie mnie samą i moją biżuterię, w której staram się zamknąć cząstkę siebie i tajemnicę piękna.


3. Jakie są plusy i minusy tej techniki?
Do plusów zaliczyłabym brak ograniczeń kolorystycznych. Obecnie na rynku dostępnych jest kilkadziesiąt różnych kolorów sznureczków sutaszowych, metalizowanych i wielokolorowych, do nich można dopasować przeróżne kamienie, kryształki i koraliki, więc barierę tworzenia stanowi tylko nasza wyobraźnia i zasób portfela :) Niewątpliwym minusem jest praco a zarazem czasochłonność tej metody. Najmniejsze kolczyki to wiele godzin pracy, czasem okazuje się, że coś poszło nie tak i trzeba pruć a nawet zaczynać od nowa...


4. Skąd czerpiesz inspiracje?
Ze wszystkiego: otoczenia, życia, kontaktu z naturą, miejsc, które odwiedzam. Czasem wystarczy mi spojrzeć na kogoś jeden raz i wiem, po prostu widzę oczami wyobraźni, jaką biżuterię mogłabym dla niego zrobić. Nauczyłam się ufać swojej artystycznej intuicji w doborze kolorów, bo z wykształcenia jestem plastykiem i historykiem sztuki, więc pewien artystyczny bagaż noszę w sobie.


5. Czy sutasz to tylko sposób na biżuterię?
Nie tylko, w tej technice można wyczarować mnóstwo dodatków, czy aplikacji np. na odzież, torebki i buty, można też wyhaftować cały gorset, kołnierz, pas, ozdoby do włosów, czy nawet ozdobić poduszkę, lampę i ramki do zdjęć i jeszcze wiele, wiele innych rzeczy.


6. Komu polecasz zajęcie się tą techniką rękodzielniczą? 
Haft sutasz będzie idealny dla kogoś, kto lubi zajęcia wymagające precyzji i skupienia i dysponuje dużą ilością wolnego czasu.




 Anna wykonała dla mnie również bransoletkę kolorystycznie pasującą do kolczyków.

(zdjęcia: Włóczykij)

13 lipca 2014

Dzień dobry czyli Sa-bah al-cha-jer!


Sklepik ten w zasadzie nie wyróżniał się niczym szczególnym, jeśli porównać go do innych tego typu przybytków, znajdujących się na pewnej handlowej uliczce w Egipcie. Jak wszędzie, tak i tutaj, towar wychodził do klienta, w workach przed wejściem piętrzyły się kwiaty hibiskusa, naturalne pumeksy i inne specyfiki, w powietrzu zaś unosił aromat kadzideł i egzotycznych owoców, a sprzedawca już z z daleka nawoływał, żeby odwiedzić właśnie jego sklep. Jednak to, co przyciągnęło moją uwagę, kazało się zatrzymać, obejrzeć dokładnie witrynę, a następnie wejść do środka, były starocie* (no i twarz Hugh Laurie'go, który "firmuje" ten sklepik, nazywający się po prostu Doktor House).
......
Nieczęsto zdarza mi się wpadać podczas swoich podróży na tego typu sklepiki (w zasadzie jedynym odnotowanym w mojej pamięci jest sklep ze starzyzną w El-Jem w Tunezji, ale ceny były zaporowe), więc tym chętniej zajrzałam do środka, a tam... istny oczopląs! Serio! Nie wiedziałam na co mam patrzeć, bo cały sklep - w tym ściany i sufit - pełne były najróżniejszych przedmiotów: małych i dużych, śmiesznych, tradycyjnie islamskich, pięknych, nieużytecznych, kolorowych i kiczowatych. Po prostu raj poszukiwacza. Spędziłam tam dobre 40 minut, racząc się w międzyczasie pyszną beduińską herbatą i opowieściami właściciela, który okazał się przemiłym gościem.
......
Do sklepiku wracałam kilkukrotnie, traktując go później bardziej jako magiczną miejscówkę, w której można napić się herbaty, niż miejsce zakupów (te zrobiłam za drugim razem). Najbardziej przypadł mi do gustu właśnie - bądź co bądź - kiczowaty wystrój, który jednak tworzył fantastyczną całość, a wygodne kanapy i cudowne zapachy aromatyzowanych herbat sprawiały, że za każdym razem opuszczałam to miejsce niechętnie. Właściciel sklepu pozwolił mi również zrobić w swoim królestwie kilka zdjęć na bloga, a nawet sam się na nich pokazał :) Tak więc zostawiam Was z tymi fotografiami i mam nadzieję, że choć trochę oddadzą Wam niesamowity klimat tego miejsca.

* Egipskie przepisy celne nie pozwalają przewozić przedmiotów, które liczą sobie więcej niż 100 lat.

W sklepie pełno było starych zdjęć, w pięknych ramach. Skusiłam się na jedno, przedstawiające czterech panów w fezach na głowie. Nazywam ich egipskimi wujkami, ale ciągle myślę nad imionami. Jakieś pomysły?




Świetnym pomysłem na częściową ozdobę sufitu, który podpatrzyłam u Doktora House'a jest drewniana sztukateria, która może być dodatkowo oświetlona, dzięki czemu wnętrze nabiera ciepła i charakteru.


Wypróbowałam większość instrumentów muzycznych, które były dostępne w sklepie. Niestety, raczej z marnym skutkiem.


Podstawowymi towarami sprzedawanymi w sklepie były rozmaite zioła, przyprawy, herbaty, kremy i olejki. Tych ostatnich było - tak na oko - kilkadziesiąt rodzajów: przeciwzmarszczkowe, wybielające skórę, powiększające piersi, zmniejszające fałdki na brzuchu, leczące egzemy i liszaje, zapobiegające migrenie, odstresowujące, wspomagające leczenie depresji, a także typowe olejki roślinne. Ja zaopatrzyłam się w krem do ciała z olejkiem kokosowym, który świetnie natłuszcza suchą skórę.


A to duma właściciela, stara francuska maszyna do wyświetlania filmów (o ile dobrze zrozumiałam).


Oglądanie samych tylko cudeniek umieszczonych w witrynie wystawowej zajęło mi dobrych kilka minut.

Wszystkie mazidła można było przetestować przed zakupem. A o tym co kupiłam w sklepie, co w ogóle przywiozłam i lubię przywozić z podróży, napiszę w którymś z kolejnych postów. Stay tuned.
......
Gdybyście byli akurat w Sharm El-Sheikh i chcieli odwiedzić sklep Doktor House'a, podaję adres:
Nabq Bay - El Khan Mall - sklep nr 26 (uliczka naprzeciwko Hard Rock Cafe).

21 czerwca 2014

Wojaże w starym stylu

Bazar kupców jedwabnych w Kairze.

Nie wiem dokładnie kiedy zobaczyłam pierwszą pracę Davida Robertsa, pamiętam natomiast, że był to jeden z obrazów przedstawiających życie w XIX-wiecznym Kairze. Bogactwo szczegółów, monumentalność architektury, tajemniczość miejsc i inność ludzi namalowanych przez Robertsa sprawiły, że z miejsca pokochałam jego wizję Orientu.
......
Życie Davida Robertsa (1796-1864) w zasadzie niczym nie różniło się od życia podobnych mu młodzieńców, mieszkających w Edynburgu na początku XIX wieku. David był synem szewca, jego talent dość wcześnie odkryła matka, ale - jak każdy chłopak posiadający ojca pracującego w konkretnym rzemiośle - uczył się zawodu szewca, sztuce poświęcając wieczory. Początkowo pracował jako dekorator i projektant scenografii teatralnych (nawet kiedy zyskał sławę malarza, zaprojektował scenerię do m.in. opery Uprowadzenie z Seraju Mozarta), a obrazy olejne malował począwszy od lat 20-tych XIX wieku. Wtedy też zaczął obracać się w kręgach artystycznych, a w 1924 roku jego prace wystawił Instytut Brytyjski. Modne wówczas podróże poznawcze zaprowadziły go na kontynent, a w latach 1838-39 dalej, na Wschód, gdzie David Roberts ostatecznie określił swoje artystyczne powołanie. 
Największe osiągnięcie artystyczne Roberts zrealizował z pomocą litografa Louisa Heghe'a, który na podstawie szkiców artysty stworzył obrazy znane dziś jako m.in. Szkice z Ziemi Świętej i Syrii czy Egipt i Nubia, które początkowo były wydawane w formie cykli w latach 1842-49. W latach 50-tych XIX wieku David Roberts malował również wspaniałe pejzaże Włoch, rodzinnego Edynburga i Londynu.
Prace Davida Robertsa znakomicie wpisały się w ówczesną fascynację Orientem i życiem ludzi na Wschodzie. W celu wywarcia  na odbiorcy wrażeń wizualnych i emocjonalnych, artysta często odpuszczał dokładność otoczenia, na rzecz dramatycznego efektu danej sceny. Same budowle natomiast odwzorowywał z niezwykłą dokładnością i dlatego do dziś pozostaje niekwestionowanym twórcą standardów ilustracji topograficznej.
......
Prócz prac Davida Robertsa, w dzisiejszym wpisie znajdziecie kilka propozycji na wakacyjny strój inspirowany dawnymi czasami. Naturalne materiały, neutralne kolory i retro smaczki w postaci koronkowych turbanów, rękawiczek lub stylizowanych dodatków to patenty na strój, który w czasie letnich wojaży lubię najbardziej. I jakby nie było, taki ubiór daje mi osobiście +30 do zajebistości, +20 mocy Indiany Jonesa i +10 przekonania, że na pewno za następnym rogiem luksorskiej uliczki, spotkam w końcu Anglików w hełmach tropikalnych.
......
A jeśli mało Wam podróżniczych inspiracji w starym stylu, zapraszam na Pinteresta. Au revoir!


Wielka świątynia w Abu Simbel.

Wybaczcie wygniecione spodnie, ale wyjęłam je prosto z szafy, w której przeleżały chyba pół roku.

Wnętrze wielkiej świątyni w Abu Simbel.


Świątynia w Luksorze widziana z Nilu.


Portyk świątyni w Edfu.


Wnętrze meczetu El Ghoree w Kairze.