31 sierpnia 2015

Wiejskie życie


Serwus wszystkim po długiej przerwie. Tegoroczne lato wyjątkowo mnie nie rozpieszczało. Różnego rodzaju osobiste perturbacje sprawiły, że ten letni czas, który każdego roku kojarzył mi się z nieco sennym trybem życia angielskiej prowincji oraz ciężkim od zapachów powietrzem i dźwiękiem latających (choć - bądź co bądź - upierdliwych) stworzonek, pogrążył się w bezpowrocie. Krótko mówiąc, były to wyjątkowo intensywne miesiące z chwilowym tylko odpoczynkiem. Szczęśliwie nadchodzi jednak wrzesień, a wraz z nim dostojny spokój mojej ulubionej pory roku - jesieni. Tak jak obiecałam, wraz z wrześniem wracam na bloga. Mam w głowie kilka fajnych pomysłów i nie zawaham się ich użyć.
......
Zanim jednak pogrążę się zupełnie w tym jesiennym pejzażu, świętuję koniec lata i pomyślne rozwiązanie wszystkich swoich spraw. Wraz z Włóczykijem staramy się obserwować późnoletnią przyrodę. Ja na przykład żegnam odlatujące na południe bociany, słucham wieczornych koncertów żab, pływam w okolicznych jeziorach, podziwiam malownicze zachody słońca i migoczące konstelacje sierpniowego nieba, a Włóczykij dodatkowo robi zdjęcia nowo poznanym gatunkom ptaków oraz Księżycowi.
......
Nie samą przyrodą jednak człowiek żyje. Tego lata wyposażyłam się bowiem w wypasiony smartfon (nadając mu wdzięczne imię Andromeda Fi) i stałam się całkowicie mobilna, co mnie bardzo cieszy, gdyż wiele spraw wymagających dostępu do internetu mogę teraz załatwiać w drodze do pracy/domu, oszczędzając tym samym cenny czas. Mówiąc serio - będąc do tej pory posiadaczką średnio sprawnego telefonu z odzysku z działającym nie-wiadomo-jak internetem - nie miałam pojęcia, że smartfony potrafią być tak przyjazne i pomocne. Nie dość, że mogę przeglądać na bieżąco ulubione strony, przypinać obrazki w aplikacji Pinterest, pisać na mobilnym Bloggerze, to jeszcze - last but not least - Instagram. Mimo iż wcześniej byłam przeciwna temu wynalazkowi, a wrzucanie sweetaśnych zdjęć uważałam za szczyt dziwactwa i swego rodzaju próżności, to... trochę zmieniłam zdanie :) Niektóre instagramowe profile są naprawdę ciekawe, a jeżeli jeszcze dopełniają ulubione blogi, to radość jest podwójna. Mam nadzieję, że i u mnie znajdziecie coś ciekawego. W razie czego zapraszam na @emnilda.
......
Teraz już zostawiam Was ze zdjęciami i... no cóż... nie macie pojęcia jak się cieszę, że wróciłam! Do zobaczenia niebawem.









 (zdjęcia: Włóczykij)

24 maja 2015

Sztuka ulotna


Pisanie o aromatach nigdy nie było mają mocną stroną, z tego względu, że zapachy bardziej odczuwam i przeżywam, niż potrafię ubrać je w jakieś sensowne słowa.
Zresztą... każdy z nas chyba ma jakieś ulubione wonie, które przywodzą mu na myśl albo to konkretne życiowe wspomnienia, albo kojarzą się z czymś nieziemsko przyjemnym lub kreują wyobraźnię, gdyż często (przynajmniej w moim przypadku) konkretna nuta zapachowa sprawia, że uruchamia się moja fantazja i przenosi mnie hen daleko, w odległe krainy, które w moim odczuciu w tym właśnie zapachu się zawierają. Wybieram zazwyczaj ciężkie, orientalne, niejednoznaczne perfumy, przez niektórych klasyfikowane jako zapachy wieczorowe. Lubię, kiedy zapach mnie otula, kiedy tworzy wokół mnie tarczę, sprawia, że mogę uciec w tę woń wówczas, kiedy nie czuję się do końca pewnie w jakiejś sytuacji (wówczas przenoszę się w wyobraźni w te dalekie krainy pachnące korzennymi przyprawami, suchym pustynnym powietrzem, wonnym dymem lub bliższe: spowite w zapach liści, zieleni i deszczowego powietrza). No ale dobrze. My tu gadu gadu o odczuciach, a dzisiaj na swoją premierę czekają naprawdę ciekawe zapachy, na które chciałabym skierować Waszą uwagę.


Zacznę od magicznej nazwy A m o u a g e, czyli odkrytej przeze mnie niedawno manufaktury perfum, założonej przez Sajida Hameda bin Hamouda, krewnego sułtana Omanu, który w 1983 roku postanowił rozsławić w świecie arabskie tradycje perfumiarskie i stworzył miejsce kreacji zapachów tworzonych tylko i wyłącznie z naturalnie występujących w przyrodzie składników. Z czystej ciekawości zamówiłam sobie próbki i... wpadłam po uszy! Pierwsze zetknięcie z zapachami było zwyczajne. Jedne perfumy skojarzyły mi się z mydlinami, drugie zawierały - w moim odczuciu - nuty typowo męskie, trzecie zaś uznałam za zapach odpowiadający. Jednak wystarczyło kilka dni oswajania się z próbkami, żebym zdążyła pokochać każdą z nich (wszystkich perfum Amouage jest kilkanaście i aż boję się z tego powodu testować następne). Powiem szczerze, że wszystkie zapachy, które dotąd wielbiłam w popularnych perfumeriach, przy Amouage stają się mdłe. Pozbawione wyrazu i charakteru. Nawet Opium Yves Saint Laurenta - do tej pory uznawane przeze mnie za perfumy bardzo wielowymiarowe (od dawna zresztą jest było na mojej liście zakupowej) - straciło urok i teraz czuję w nim po prosu tylko i wyłącznie tytułowe opium. Za to Epic, Fate* i Interlude, czyli te moje próbki, posiadają taką głębię zapachu, że przy każdym użyciu mnie ona olśniewa i zaskakuje zarazem. W zależności od czasu interakcji ze skórą pachną raz to słodko, raz tajemniczo lub jeszcze jakoś tak niespodziewanie, ale zawsze przepięknie. 


Jeżeli chcielibyście przetestować zapachy Amouage, polecam zamówić próbki w perfumerii Quality Missala (poza tym poczytajcie na ich stronie opisy tych perfum - są mistrzowskie), aczkolwiek duże opakowania lepiej zamawiać w innych miejscach, gdyż są tańsze (choć, niestety, w przypadku Amouage cena zawsze jest zaporowa, to uważam że każdy powinien sobie od czasu do czasu pozwolić na odrobinę luksusu:)). Można też przetestować zapachy osobiście, a jedna z filii perfumerii Quality znajduje się również w Poznaniu - w Bazarze (wejście od Paderewskiego). Niedługo się tam wybieram, żeby powąchać coś z serii Amouage Library Collection, która mnie bardzo zaintrygowała.


Prócz wspomnianych wyżej wonności osobistych, cenię też ogromnie wszelkiego rodzaju aromaty mieszkaniowe, jak: kadzidełka, świece zapachowe, woski etc. Niedoścignionym wzorem idealnego aromatu o wielkiej sile rażenia, było dla mnie zawsze kościelne kadzidło, tak szczelnie wypełniające zapachem stare świątynie (o czym wspominałam kiedyś we wpisie o Jerozolimie), obecne pod postacią wszechogarniającej mgły lub ledwie tlące się z trybularza. Jest to ten rodzaj zapachu, który - niezależnie od mieszanki spalanych aromatów - wywołuje wrażenie podniosłości, tajemnicy i uroczystości danej chwili. Zapach żywicznego kadzidła jest po prostu piękny, niezwykle czysty, mocny, konkretny i obezwładniający.


Prawdziwe kadzidło to nic innego jak żywica, którą uzyskuje się z drzew rosnących tradycyjnie w rejonie Afryki i Bliskiego Wschodu, a umiejętne łączenie jej poszczególnych gatunków sprawia, że mamy do czynienia z różnymi kompozycjami zapachowymi. Aby żywica uwolniła swój aromat, należy ją spalić, czyli nasypać kilkanaście granulek na rozżarzony węgielek. W warunkach domowych wystarczy ich naprawdę niewiele, chociaż ja kiedy kadzę, to kadzę tak, że gęsta zasłona dymu utrzymuje się w mieszkaniu przez kilka dobrych godzin (a sam zapach przez trzy dni).


Zważywszy na to, że zapach kadzidła uwodził mnie od lat dziecięcych, dość sporo czasu minęło, zanim zamówiłam swoje własne słoiczki z kropelkami aromatycznych żywic. Zaopatrzyłam się w sklepie Prema, który jest importerem wysokogatunkowych kadzideł firmy Three Kings. Wielkim plusem jest możliwość zakupienia u nich małych opakowań (w sam raz na test i domowe warunki) oraz sympatyczny kontakt.
......
* Fate jest zapachowo dość bliski wspomnianemu Opium, ale o niebo od niego głębszy, cieplejszy, a mocny kadzidlany aromat oswojony został aromatem róży i jaśminu.
......
Wpis nie jest sponsorowany :)


10 maja 2015

Wiosenne nowości. Mix #8.


Ostatni wpis z nowościami umieściłam na blogu w lutym, czas więc zebrać do kupy to, co przybyło mi od tamtego czasu. A więc bez zbędnych wstępów - zaczynamy. Największą nowością jest to, że schudłam 8 kg. Nie stosuję żadnej specjalnej diety - po prostu jem zdrowiej, w mniejszych porcjach, ale jestem też wyrozumiała dla swoich słabości, więc kiedy mam apetyt wciągam kokainę, lody czekoladowe, pizzę i chińskie żarcie. Żeby nie było tak różowo - ćwiczę. Staram się dość regularnie wykonywać Skalpel i inne układy wymyślone przez Chodakowską. I chociaż przeklinam ją za każdym razem, kiedy mówi "wytrzymasz" lub "twoje ciało może więcej, niż podpowiada Ci Twój umysł", to jakoś się udaje. 
Moja utrata wagi sprawiła, że musiałam przejrzeć swoją szafę i pozbyć się fajnych, ale już zbyt luźnych rzeczy. Część z nich wystawiam na Olx, więc w razie czego zapraszam. Z tej racji, że pozbyłam się naprawdę sporej części rzeczy, w dzisiejszym wpisie dominują ciucho(lando)we zdobycze w moim nowym rozmiarze. Powyżej urocza kropkowana sukienka i słomiana torebeczka za które zapłaciłam kilka złotych.

Sezonowe buty kupiłam w Auchan. Szczególnie cieszę się z płóciennych espadryli, które - mam taką nadzieję - sprawdzą się na wakacyjnym wyjeździe. A teraz, niczym wiekowa babcinka wspomnę, że miałam kiedyś piękne espadryle: beżowe, wiązane na kokardkę, najwygodniejsze w świecie. No i pech chciał, że trafiłam w nich na tunezyjskie targowisko; pełne błocka i wody pozostałej z oczyszczania wnętrzności zwierząt i ryb. Moje arcy wygodne buty wchłaniały te zlewki przy każdym kroku i na koniec śmierdziały tak okrutnie nadgniłą rybą, że nie pozostało mi nic innego, jak się z nimi pożegnać.
Espadryle, jak i kilka zdjęć ze wspomnianego targu, możecie zobaczyć w tym wpisie.

O tym, jak spóźniony jest mój wpis z nowościami, może świadczyć książka z przepisami Pawła Małeckiego, którą można było zdobyć w Lidlu na Wielkanoc. Obiecałam sobie przetestować jedno ciasto w miesiącu, ale póki co nie zrobiłam żadnego, tak więc o samych przepisach trudno mi się wypowiadać. Tak samo zresztą, jak o książkach traktujących o spirytyzmie w epoce międzywojnia. Stwierdziłam, że temat wart jest uwagi, więc je kupiłam, ale myślę, że czytać będę dopiero jesienią przy zapalonych zniczach ^_^
Czytałam za to "Lolitę" i "Za ściną". "Lolita" cudowna. Kto nie czytał, koniecznie musi po nią sięgnąć. Jest to książka miejscami kontrowersyjna i niesmaczna ze względu na temat o jakim traktuje, ale ostatecznie Humberta nawet polubiłam (No co? Moja koleżanka kocha się w nim od kilku dobrych lat!), a cała historia opisana jest tak pięknym językiem, że momentami więcej radości sprawia samo obcowanie ze słowami, niż historia, która jest przez nie opowiadana.
Z kolei "Za ścianą" to dla mnie totalna porażka. Do tej pory uważałam powieści Sarah Waters za bardzo udane. Podziwiałam w nich kunszt wielowymiarowej opowieści, udane połączenie kilku wzajemnie przeplatających się wątków, niesamowite zwroty akcji, które sprawiały, że nagle na opisywaną w książce treść trzeba było spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. W "Za ścianą" tego  nie znalazłam. Owszem, historia komplikuje się, akcja zagęszcza, ale brakuje głębszego tła dla całej opowieści. Poza tym rozczarowały mnie - jak to się mówi - momenty, które w ogóle nie mają w sobie literackiego kunsztu, a momentami wręcz trącą tandetą.

Kolejne łupy z lumpeksu. Delikatna bawełniana bluzka z koronkowymi wstawkami będzie świetna na upalne dni, bardziej jednak cieszę się z tego wdzianka w stylu lat 20. Jest uszyte z aksamitu w odcieniu brudnego fioletu i obszyte cekinami. Muszę znaleźć fajną okazję, ażeby je w końcu włożyć i zrobić kilka zdjęć na bloga.

Do krawiectwa mam co prawda dwie lewe ręce, ale nawet te nieliczne przeróbki, którym poddaję swoją odzież, wymagają odpowiedniego sprzętu, dlatego się w takowy zaopatrzyłam. Niestety, brakuje mi jeszcze klasycznej puszki po duńskich ciasteczkach, ale z czasem mam nadzieję zdobyć i ją.

A taką fajną torebeczkę dostałam w prezencie od Włóczykija.

Powyżej moje ciucholandowe łowy z jednego dnia (co ciekawe, nie był to dzień dostawy). Możecie nie wierzyć, ale mam jakąś taką zdolność (pewnie jest to talent starej lumpeksowej wyjadaczki), że zazwyczaj kupuję w zestawach. Po prostu wchodzę i już po kliku minutach mam w rękach komplet ciuchów, które mogłabym ubrać razem i wyglądać... no może nie jak milion dolarów, ale bardzo fajnie. Tamtego dnia też udało mi się znaleźć rzeczy kolorystycznie pasujące do siebie, tak więc zaraz wszystkie zgarnęłam.

A tak wyglądam w gotowym zestawie (28 zeta za sukienkę, buty i rajstopy). Podszewkę od sukienki będę przedłużać, bo obecna ledwie zakrywa mi tyłek kiedy stoję. O schylaniu się, nawet nie wspomnę.

Kilka nowości kosmetycznych wyciągniętych z szafy. Jakiś czas temu zmieniłam swoje podejście do zakupów urodowych i po prostu ich nie robię. W mojej szafie pełno jest kremów, które kupiłam na promocjach (bo będą na zaś) czy specyfików przywiezionych z wakacji (takich jak widoczny wyżej olejek jojoba i krem wybielający), które muszę zużyć. Jedynym stale dokupowanym przeze mnie produktem są chusteczki do demakijażu Alterra, a nowością peeling enzymatyczny, który świetnie wygładza i pielęgnuje twarz, przy jednoczesnej minimalizacji tarcia ostrymi cząsteczkami, jakie zazwyczaj zawierają tego typu produkty.

Kolejne ciucholandowe znalezisko - czarna, skórzana torba za 25 zł. A teraz najważniejsze - mieści A4 :)
......
Poniżej moje nowe odkrycie doprowadzające do zapachowej ekstazy, ale ono zasługuje na osobny wpis, tak więc proszę Was o trochę cierpliwości.


3 maja 2015

W stylu lat trzydziestych


Lata trzydzieste nie były, i jak do tej pory nie są, epoką, która modowo czy architektonicznie jest mi bliska. Owszem, zachwycają mnie niektóre elementy damskiej garderoby i monumentalna architektura czy wzornictwo Art déco, ale zachwycają tak, jak może zachwycać średniowieczna gotycka katedra, której piękno, chociaż niezaprzeczalne, jest raczej zastygłe i trochę teatralne, patrząc z perspektywy dzisiejszych czasów.
......
Niemniej jednak, postanowiłam zorganizować sobie zestaw luźno nawiązujący do stylistyki tamtych lat, wykorzystując do tego znalezioną niedawno w lumpeksie szarą, plisowaną spódnicę do pół-łydki, rajstopy w geometryczne wzory oraz bluzkę w kolorze szmaragdowej zieleni (w rzeczywistości jest to piękny, soczysty kolor), którą kupiłam będąc na drugim roku studiów.
......
A teraz słów kilka o codziennej modzie lat trzydziestych, bo zasadniczo ten temat powinien być motywem przewodnim dzisiejszego wpisu.


Moda lat 30, to - krótko mówiąc - powrót kobiecości. W zapomnienie poszła figura chłopczycy, obniżona talia i krótko ścięte włosy obcięte na pazia, tak popularne w latach 20. Można wręcz powiedzieć, że moda trzeciego dziesięciolecia XX wieku, stała w opozycji do poprzedniej dekady. Duży wpływ na ówczesną estetykę miał Wielki Kryzys, który sprawił, że ubrania stały się praktyczniejsze (duża ilość kobiet do tej pory nie pracujących musiała sobie znaleźć źródło zarobkowania), dlatego bardzo popularnym strojem dziennym stały się - prócz sukienek - komplety złożone ze spódnicy i żakietu, bluzki i spódnicy lub bluzki i spodni, które w latach trzydziestych zyskiwały coraz więcej zwolenniczek. Praktyczność ubioru podkreślały również ówczesne poradniki ubioru, które szczegółowo opisywały, jakie materiały i kroje będą najlepsze, żeby odzież wytrzymała jak najdłużej, pozostając ciągle modną. 
......
Zasadniczą odmianą w stosunku do poprzedniego dziesięciolecia, była zmiana w akcentowaniu kobiecej sylwetki. Modne sukienki i komplety podkreślały ramiona, talię oraz biodra; które to części ciała zostały wyeksponowane: ukośnym cięciem materiału, dopasowaną górą stroju opinającą biust, paskiem w talii czy też bufiastymi rękawkami. Wydłużeniu uległa długość spódnicy, która sięgała połowy łydki, dodatkowo jej prosta do tej pory forma, zmieniła się w kształt odwróconej lilii, znanej z mody czasów secesji.
Autorki poradników modowych z tamtych czasów zachwalały komplety złożone ze spódnicy i bluzki, jako bardzo praktyczne, łatwiejsze w szyciu niż suknia (tanim kosztem można było bowiem przerobić starą sukienkę na spódnicę albo bluzkę bądź też lub zakupić resztki materiału, które akurat starczyły na uszycie bluzki), wielką popularnością cieszyły się też swetry (zarówno rozpinane, jak i wciągane przez głowę), które zalecano robić paniom na drutach samemu.
......
Również fryzury zyskały zupełnie inne formy, niż w drugiej dekadzie XX wieku. Popularne wówczas ciemne włosy - obcięte na pazia i przykryte kapeluszem w formie hełmu, zostały zastąpione jasną burzą loków, którą ówczesne kobiety uzyskiwały przez trwałą ondulację (bywała ona niebezpieczna, gdyż wykonywana przez niedoświadczonego fryzjera, mogła skutkować nawet częściową utratą włosów). Kapelusze natomiast, jako elegancki dodatek do stroju, były cały czas jak najbardziej na topie, zmieniła się jednak ich forma. Preferowano małe, asymetryczne kapelusiki, które pod koniec dekady stały się przede wszystkim zasłaniającą czubek głowy ozdobą. Zawsze jednak pilnowano, aby kapelusz współgrał z innymi dodatkami: butami, rękawiczkami, pończochami i torebką, które ówczesne panie dobierały do stroju bardzo starannie.



(zdjęcia: Włóczykij)

27 kwietnia 2015

Wnętrza: Sypialniane migawki #1


Zdjęcia swojej sypialni pokazywałam już kilka razy, ale postanowiłam zebrać je w jeden zbiorczy wpis, który jest zarazem postem początkującym nową, mieszkaniową serię (mam nadzieję, że zmobilizuje mnie ona do wykończenia dalekowschodniego pokoju na tyle, żeby w końcu pokazać go na blogu). Nie zakładam jakiejś szczególnej regularności, poza tym stali czytelnicy znają już miejsce w którym mieszkam, muszę więc wpisy jakoś urozmaicić, żeby nikt się nie nudził, oglądając ciagle to samo :)
......
Przy urządzaniu wnętrz kieruję się jedną prostą zasadą: Raz, a dobrze!  Znaczy to dla mnie mniej więcej tyle, że kupując coś zakładam, że kupuję to na zawsze. Staram się nie inwestować w rzeczy kiepskiej jakości i designerskie, będąc wierną raczej starym wzorcom. Krótko mówiąc, moje wnętrze ma wyglądać tak samo dobrze teraz i za dwadzieścia lat (oczywiście kryje się w tym element nudy, ale zawsze można zmienić kolor ścian i ustawienie mebli w danym pomieszczeniu). 
......
Sypialnia była pierwszym pokojem, który urządziliśmy z Włóczykijem. Lubię ją, chociaż jest pastelowa i zawiera kilka elementów, kojarzących się z XVIII-wiecznym buduarem, co pewnie w przyszłości trochę zmienię (a już koniecznie przyciemnię ściany!)

Na aktualnym stoliczku nocnym królują szkatułki i pudełka z najczęściej używaną biżuterią.

Gobelin z interpretacją Fragonarda kupiłam kilka lat temu w Starej Rzeźni w Poznaniu. Wpis poświęcony temu wydarzeniu możecie zobaczyć tutaj. Obecnie gobelin wisi sobie bezpośrednio nad łóżkiem, w towarzystwie baldachimu skleconego z długiej na 6 m tiulowej tkaniny, znalezionej kiedyś w ciucholandzie.

Koronki i pastelowe koszulki, które są tak ładne, że szkoda chować je w szafie, zdobią drzwi pokoju.

Jakiś czas temu zrobiłam sobie taki oto wieszak na koczyki, przyklejając ozdobną tasiemkę taśmą dwustronną (wystarczy w kilku miejscach) do szyby oprawionego obrazka. Sam obrazek natomiast, który znalazłam swego czasu na strychu, to ręcznie szkicowane w 1983 roku kwiaty, połączone z folią samoprzylepną na szafki kuchenne. Taki patent. Tak przy okazji: całość fajnie widać na pierwszym zdjęciu.

Pierwszy zakupiony antyk z naszej małej zbieraniny (wcześniej były tylko graty znalezione i otrzymane od kogoś). Głównym sprawcą tegoż zakupu jest Włóczykij, który nie tylko go wypatrzył, ale i namówił mnie na kupno. Z akceptacją było gorzej, bo przekonywałam się do tej toaletki ze dwa lata.

Mini graciarnia :)

W sypialni wiszą również eleganckie torebeczki, które noszę dość rzadko, ale które pięknie prezentują się, jako ozdoby.