27 lutego 2015

Lutowy. Mix #7


Uzbierało mi się znów kilka nowości wszelakich, zapraszam więc na wpis z miksowej serii. Na zdjęciu powyżej stylizowane buty, które udało mi się upolować na Allegro. Trochę bałam się je kupić, bo zdjęcia były strasznie niskiej jakości, a same buty wyglądały na mocno zniszczone. Zaryzykowałam jednak, bo kosztowały tylko dwadzieścia parę złotych z przesyłką, poza tym takie same, w oryginalnym sklepie kosztują 70 funciaków (jakby co, to jest to firma Hotter, model Valetta). No i się mile zaskoczyłam, bo buty wyglądają naprawdę dobrze. Prawidła zrobiły swoje, skórzana wkładka sprawiła, że buty nie są za luźne, więc teraz nie mogę już tylko doczekać się wiosny i pierwszego w nich spaceru.

 Kolorowe sukienki też już czekają na wiosnę.

W poprzednim wpisie pisałam o trzech sukienkach, które jakiś czas temu udało mi się zakupić w ciucholandzie. Oto ostatnia z nich wraz z lisełem Anatolem - moim nowym futrzakiem, który idealnie pasuje do sukienek dziennych, gdyż - cytując międzywojenny poradnik dobrego ubierania się: "lisy zwykłe, w naturalnym kolorze żółto-rudym, nie nadają się jako uzupełnienie sukien wieczorowych; można je nosić tylko do kostiumów i płaszczy, lub sukien spacerowych i sportowych. Przy sukni wizytowej i wieczorowej ślicznie za to wygląda lis srebrny lub niebieski". Teraz, mając taką wiedzę, na pewno uniknę towarzyskiego fopa.

Rajstopy wyszukałam niedawno w jakimś koszu wyprzedażowym z rzeczami za piątaka, w Auchan Komorniki. Nie wiem, pewnie już o tym wspominałam, ale właśnie tam najbardziej lubię kupować majtasy, skarpety, rajstopy, podkolanówki i inne tego typu użyteczności. Z reguły Auchan ma duży wybór dobrych jakościowo rzeczy, a i ceny bywają nieraz wyśmienite (szczególnie, jak trafi się na wyprzedaże).
......
Mam już nawet pomysł na orientalną stylizację z tymi rajstopami. Jak wszystko się uda, to pokażę ją w przyszłotygodniowym wpisie.

A teraz czas na dwie nowości kosmetyczne. Pierwsza to podkład w sztyfcie z wkładem pudrującym Fit Me! od Maybelline (120 Classic Ivory - Vanille), który przypadkowo znalazłam w Rossmannie. Nie jestem fanką typowych podkładów, gdyż czuję się w nich sztucznie, dlatego swój codzienny makijaż zwykle ograniczałam do zamaskowania kilku niedoskonałości korektorem, a potem lekkiego przypudrowania się. Niestety, konsystencja używanych przeze mnie korektorów pozostawiała wiele do życzenia - albo były twarde i musiałam naciągać twarz, żeby je nałożyć, albo tak płynne, że nie dawały żadnego efektu krycia. Ten mały sztyfcik jest miękki i kremowy, wspaniale się rozprowadza i pozostaje matowy, więc ostatnio nawet zrezygnowałam z pudru. Jeśli lubicie takie kompaktowe kosmetyki, to koniecznie po niego sięgnijcie.
......
Drugim moim odkryciem jest szminka z Lidla (31 Bordeaux). Otóż szukałam szminki, która będzie dość wyrazista, ciemna i długo obecna na ustach (kończy mi się moja najulubieńsza, której już nigdzie nie kupię). Żaden ze standardowych kolorów w drogeriach nie przypadł mi do gustu, a jedyna szminka, która jako tako mi "podeszła" kosztowała prawie 50 zł. Nie mając jednak gwarancji co do jej trwałości, nie zdecydowałam się na zakup, a później trafiłam do Lidla, gdzie postanowiłam dać szansę produktowi za szóstkę. Jestem bardzo zadowolona - pomadka, jak na swoją cenę jest trwała i ma piękny, ciemny odcień.

Obraz z powyższego zdjęcia oraz lampę widoczną poniżej wyhaczyliśmy z Włóczykijem dwa tygodnie temu w Starej Rzeźni (to taki poznański targ antyków i rupieci). Zawsze marzyłam o jakimś takim stylowym portrecie, a że dawni członkowie mojej rodziny poskąpili na fotografa i ramy, teraz muszę wspomagać się ujęciami cudzych twarzy (jednak do obcych zdjęć umiem się nie tylko przywiązać, ale nawet nadaję imiona obecnym na nim osobom. Do tej pani pasuje mi Stasia, ale jeszcze nie wiem :)). W każdym razie, kiedy zobaczyłam ten portret, wiedziałam, że nie odejdę bez niego. Zdjęcie jest piękne, rama jeszcze bardziej, więc nie było nad czym się zastanawiać. Włóczykija skarbem z tej wycieczki jest poniższa lampa. Zdjęcie nie oddaje w pełni jej absyntowej poświaty, ale wierzcie mi na słowo, że wieczorem wygląda prześlicznie.


A takie piękności wypatrzyłam w Bijou Brigitte. Do orientalnych stylizacji.

Nowość w mojej biblioteczce. Wstyd przyznać, ale totalnie nie znam twórczości Olgi Tokarczuk. Znajomi polecają mi ją od kilku ładnych lat, ale jakoś nie mogłam się przekonać. Teraz, kiedy dostałam jej książkę w prezencie, głupio byłoby odstawić ją na półkę nie przeczytawszy.
......
Poniżej chiński żakiecik, czyli kolejna w mojej szafie rzecz, która czeka na swoją wielką wiosenną premierę.

14 lutego 2015

Emnildowy mix modowy #4


Zajrzałam ostatnio do folderu, w którym przechowuję pojedyncze zdjęcia swoich codziennych stylówek i pomyślałam, że czas najwyższy na kolejny emnildowy mix modowy. W końcu robi się coraz cieplej, za chwilę pokazywanie płaszczy i zimowych odzień nie będzie miało najmniejszego sensu.
......
Powyżej moja ulubiona ostatnimi czasy sukienka, którą zdobyłam w ciucholandzie. Jest ręcznie szyta i idealnie na mnie pasuje. W związku z tym, że jej przód jest mocno zabudowany, mam pomysł, żeby podszyć zapięcie na plecach tak, aby stworzyć duży dekolt. Nie mam chyba żadnego odzienia z dekoltem na plecach a myślę, że takie wycięcie jest zdecydowanie bardziej ciekawe, niż tradycyjny dekolt pokazujący cycki.

Pokazywanie własnych nóg raczej mnie nie kręci (podobnie, jak wspomnianych wyżej cycków i jeszcze kilku rzeczy), dlatego mam w szafie tylko dwie miniówki i jeżeli już najdzie mnie ochota na włożenie którejś, to tylko do kryjących rajstop.



Mój pierwszy - tej zimy - romans ze spodniami.

Zieloną sukienkę kupiłam w ciucholandzie razem z tą widoczną na pierwszym zdjęciu (ok... w sumie kupiłam trzy, ale tę ostatnią pokażę w innym wpisie). Jest uszyta ze strasznie miłej dzianiny, ma idealną długość i fajny dekolt, a dodatkowym plusem jest jej "gładkość". Niestety, większość rzeczy w mojej szafie ma rozmaite wzorki, przez co trudno mi je nieraz razem zestawić. Ta sukienka stanowi więc idealne tło dla wzorzystych rajstop, kolorowych torebek i biżuterii, która na jej tle jest widoczna w pełnej krasie.

Zimowy zestaw ze spodniami - odsłona druga i jak na razie ostatnia (Serio! Spodnie tej zimy miałam na sobie tylko dwa razy).



7 lutego 2015

Włoska robota


Z włoskimi cudami biżuteryjnymi miałam już okazję spotkać się w swoim życiu kilkukrotnie, ale tak naprawdę zaistniały one w mojej świadomości na początku 2013 roku, kiedy Dolce & Gabbana zaprezentowali swoją zimową kolekcję inspirowaną kulturą Bizancjum (zresztą... do tej pory wzdycham skrycie do tej kolekcji i jestem pod wrażeniem jej kunsztowności). Na szczegółowych zdjęciach można zobaczyć nie tylko misterne haftowania, tysiące ręcznie przyszywanych koralików, ale także motywy wykonane techniką mikro mozaiki, wkomponowane w torebki i buty.
......
Nie tak całkiem dawno, sama stałam się szczęśliwą posiadaczką dwóch mikro mozaikowych cudnych broszek oraz jednego weneckiego wisiorka i dlatego zainteresowałam się bliżej historią tych wyrobów, o czym chciałabym dziś napisać.


Jak wiadomo, sztuka mozaiki znana była od czasów starożytnych. Rzymianie, a potem ich spadkobiercy ze Wschodu doskonalili tę technikę; Ci ostatni przedstawiali w tej formie głównie  sceny związane z religią. W tamtych czasach były to wytwory niezwykle ekskluzywne, niedostępne szerszemu gronu odbiorców. Zaczęło się to zmieniać w okresie renesansu, kiedy to we Włoszech powstawały warsztaty rzemieślnicze zajmujące się produkowaniem mozaik, a także mikro mozaik, które jako swoiste dzieła sztuki zaczęły cieszyć się coraz większą popularnością i rozgłosem, a co za tym idzie - zaczęły budzić pożądanie arystokratów, którzy koniecznie chcieli posiadać takie cudeńka w swoich kolekcjach.
......
Mikro mozaika była szczególną formą mozaiki, w której wykorzystywało się małe elementy szkliwa zwane tessera, a cechą charakterystyczną włoskich wyrobów było to, że używano tesser podłużnych i często barwionych na kilka kolorów. Precyzja rzemieślników bywała tak ogromna, że na jednym calu kwadratowym, potrafili oni zmieścić nawet do 5 tysięcy elementów, dlatego niektóre mikro mozaiki są widoczne dopiero pod mikroskopem, z bliska sprawiając wrażenie malunku lub emalii.


Szczyt popularności mikro mozaiki przypadł na XIX wiek, kiedy to stała się ona popularną pamiątką z Grand Tour, była bowiem mała i łatwa do spakowania, a przy tym jeszcze dość oryginalna. Często też wysyłano je rodzinie tak, jak dzisiejsze pocztówki lub noszono je przy sobie jako pamiątki z podróży (coś jak dzisiejsze t-shirty I love Sharm el Sheikh) . Poza tym istniało przekonanie o tym, że taka pamiątka świadczy nie tylko o dobrym guście, ale też wskazuje na znajomość włoskiej sztuki i kultury.
W XIX-wiecznych warsztatach produkowano więc takie ozdoby na masową skalę, powielając widoki rzymskich pejzaży, ruin i motywów religijnych zaczerpniętych ze znanych obrazów. Prócz typowych obrazków, techniką tą ozdabiano tabakierki, a nawet wykonywano małe panele w meblach. W tym okresie wykonywano również najpiękniejszą mikro mozaikową biżuterię, na której najczęściej przedstawiano zabytki Rzymu (Koloseum, Bazylikę św. Piotra) oraz sceny mitologiczne. Tylko najbogatszych stać było na własne projekty mozaik, wśród których dominowały wizerunki zwierząt oraz słynne dzieła sztuki o charakterze niereligijnym.


Inną, słynną na cały świat, włoską techniką jest millefiori, czyli jedna z kilku technologii obróbki szkła, która polega - krótko mówiąc - na wytwarzaniu i łączeniu prętów szklanych z umieszczonym wewnątrz nich wzorem, który całe swoje piękno pokazuje w przekroju. Najbardziej znane są wyroby szklarzy z weneckiej wysepki Murano, która od czasów średniowiecznych stała się ostoją rzemieślników (z powodu ryzyka pożarów wywołanych w hutach szkła, przeniesiono ich na wyspę - w zasadzie 7 małych wysepek - i nadano liczne immunitety), doskonalących swoje techniki, a także wykorzystujących patenty szklarskie ze Wschodu, wielu rękodzielników było bowiem uciekinierami z obszaru Cesarstwa Bizantyńskiego.
Chociaż w dzisiejszych czasach liczba mistrzów szklarskich ciągle spada (z ok. 6 tys. w 1990 roku, do 1 tys. obecnie), a świat zalewają azjatyckie podróbki wątpliwej jakości, to symbol Murano stał się zastrzeżonym znakiem towarowym, który wciąż świadczy o autentyczności i wykonywaniu przedmiotów tradycyjnymi metodami.
......
A na koniec kilka zbliżeń na kolekcję, o której wspominałam we wstępie. Au revoir.


31 stycznia 2015

Zimowy spacer, czyli o cieple w XIX wieku


Że zimową porą trzaska mrozem wszyscy wiemy. Chociaż jest to trochę upierdliwe, to jakoś tam człowiek sobie zawsze poradzi - nieraz wystarczy włożyć wełniane skarpety lub podkręcić ogrzewanie. Niestety, 150 lat temu tak fajnie nie było. Właściwie przez długi czas nawet nie zastanawiałam się, jak sobie wówczas radzono. Dopiero kiedy przeczytałam, że zadowalającą temperaturą w domu było ówcześnie 12 stopni Celsjusza, dotarło do mnie, jak dobrze mamy w dzisiejszych czasach.


Podstawą radzenia sobie z niskimi temperaturami był oczywiście strój. Ubierano się więc ciepło, pod strój codzienny wkładając kaftaniki wykonane z flaneli lub dziergane na drutach - z wełny. (Takie kaftaniki ówczesne poradniki zalecały też wkładać pod koszule nocne. Natomiast same koszule były szyte ze śnieżnobiałej bawełny, gdyż takie uważano za najbardziej eleganckie). Zimowe suknie, podobnie jak kaftaniki, szyte były z ciepłych tkanin, takich jak flanela czy różne rodzaje wełny (kaszmir, cheviot, merynosy), a dodatkowo watowane, dzięki czemu właścicielce było w nich względnie ciepło, choć zapewne trochę niewygodnie i ciężko. Z kolei suknie balowe szyte były z grubych aksamitów i atłasów. XIX-wieczne poradniki odradzały przykrywanie się szalami, które wg ich autorów były niefunkcjonalne, ponieważ utrudniały wykonywanie codziennych obowiązków.


O ile można przyjąć, że zimowe suknie były w miarę ciepłe, o tyle ochrona stóp przed mrozem pozostawiała wiele do życzenia. Chociaż bawełniane pończochy zastępowano na czas chłodów wełnianymi, buty noszono zbyt lekkie. Z reguły były to półbuty z cienkiej skóry, które tylko podczas wielkich śniegów zastępowano ciepłymi walonkami lub kaloszami. Zupełnie skrajnie podszedł do tematu jeden z ówczesnych poradników dotyczących wychowania, który zalecał, aby hartować dzieci każąc im chodzić boso przynajmniej po domu!


Niezbędnym odzieniem w zimowej garderobie, były oczywiście futra (w garderobie ziemiaństwa i burżuazji rzecz jasna, bo niestety chłopi i ubogie warstwy miejskie rzadko mogły pozwolić sobie na taki wydatek). Rozróżniano futra codzienne do których należały barany, lisy, rysie, bobry, zające oraz futra wyjściowe czyli karakuły i wszelkie rasy o mniej popularnym umaszczeniu, jak np. białe lisy. Na naprawdę srogie mrozy zarówno kobiety jak i mężczyźni odziewali się w dachy - długie do kostek peleryny z kołnierzem, szyte z dwóch warstw futra, z czego wierzchnią stanowiło futro renifera lub źrebaka, doskonale izolujące przez zimnym wiatrem. Były one popularne jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, później zostały wyparte przez dużo tańsze kożuchy baranie.
Dachy stosowane były również podczas zimowych podróży saniami, dodatkowo okrywano się wówczas jeszcze futrzanymi kocami, natomiast dzieci przewożono w specjalnych workach szytych z króliczej sierści, które wiązano pod szyją aby do środka nie dostało się mroźne powietrze.


XIX wiek to okres, w którym najpopularniejszą metodą grzewczą były kominki i piece kaflowe. Niestety, kominki dawały względne ciepło tylko w ich pobliżu, dlatego nie była to skuteczna metoda ogrzewania ogromnych nieraz i wysoko sklepionych pomieszczeń. W takich miejscach kominki były oczywiście większe, niż np. w łazience, mimo to - mówiąc kolokwialnie - nie dawały rady. Kolejnym minusem tego ogrzewania była potrzeba stałego dostępu do drewna, co sprawiało, że dla ludzi mieszkających daleko od lasów i innych źródeł taniego opału, utrzymanie ciepła w kominku wiązało się z wysoką ceną.


Drugą metodą na utrzymanie ciepła w domu było palenie w piecach kaflowych, które były praktyczniejsze, szczególnie, że w II poł. XIX wieku ogromnie rozwinęło się wydobycie węgla kamiennego, dzięki czemu stał się on najpopularniejszym i przystępnym cenowo materiałem opałowym. Piece były budowane na granicy ścian, tak ażeby jeden mógł ogrzewać dwa pokoje. Dodatkowo wykańczano je zdobionymi kaflami, a nawet rzeźbami oraz budowano w różnych kształtach, dlatego bywały ozdobą pomieszczenia. Przez cały XIX wiek udoskonalano technikę stawiania pieców, więc dzięki nowatorskim rozwiązaniom mogły one utrzymywać ciepło przez wiele godzin.


Poza ogrzewaniem, stosowano także różne patenty, które miały zatrzymać ciepło w domu. Przede wszystkim już w czasie samej budowy myślano o tym, aby mury były grube i podwójne tzn. budowano dwie ściany, pomiędzy którymi zostawiano odstęp. Taka izolacja sprawiała, że latem w domu było chłodno, zimą zaś dom nie wychładzał się. Drzwi wejściowe obijano słomą, stosowano również podwójne okna z okiennicami, a przestrzeń między szybami używano, jako podręczną lodówkę. Niekiedy jednak (podobno była to częsta praktyka), zalepiano okna na całą zimę papierem, co oznaczało, że wcale ich nie otwierano i nie wietrzono izb!


W dużych dworkach, w któych było wiele pomieszczeń, część z nich na zimę po prostu zamykano, prowadząc życie rodzinne na mniejszej przestrzeni, którą łatwiej było ogrzać. W oknach i przy drzwiach wejściowych zawieszano ciężkie zasłony, które zatrzymywały napór zimnego powietrza, a na podłogach rozkładano dywany, które w rogach pomieszczeń przybijano gwoździami lub zawieszano na specjalnych kółkach. Po sezonie zimowym dywany wietrzono, skrapiano terpentyną i chowano w suchym miejscu, gdzie czekały na kolejne przymrozki.



(zdjęcia: Włóczykij)
/Tekst wpisu w oparciu o książkę "W ziemiańskim dworze" Mai Łozińskiej/

23 stycznia 2015

Lubię kropki


Prawda jest taka, że na co dzień preferuję klimaty trochę inne niż chociażby te zaprezentowane w poprzednim wpisie*. Powodem jest, niestety to, że w ciągu tygodnia mam mało czasu na przemyślne ubranie się; dziesięć minut na makijaż i jeszcze mniej na upięcie włosów, dlatego wybieram raczej wygodne rozwiązania ubraniowe - dokładnie takie, jak w dzisiejszym poście. 

* ja określam je jako hard retro :)







(zdjęcia: Włóczykij)