10 listopada 2018

Jesienna codzienność


W ostatnim wpisie pokazałam Wam sukienkę z kolekcji William Morris & Co. x HM, a dziś kolejny jej element, który zakupiłam - plisowana spódnica.
......
Co ciekawe, w obu rzeczach z tej kolekcji czuję się, jak w drugiej skórze i dlatego bardzo często je noszę. Większość mojej jesiennej garderoby utrzymana jest w kolorach granatu, bordo i miodu, zatem nie mam większego problemu z dopasowaniem pozostałych elementów do tej spódnicy. Dzisiaj połączyłam ją z bordowymi dodatkami, a gościnnie wystąpiły moje jedyne buty na wysokim obcasie, chociaż już dawno odzwyczaiłam się od noszenia takowych - na co dzień preferuję wygodne mokasyny lub buty na płaskim koturnie.






(zdjęcia: Włóczykij)

19 października 2018

William Morris x H&M

 "Chodźmy do parku! Jest tak pięknie że można oszaleć!"

Nigdy szczególnie nie jarały mnie kolekcje H&M przygotowywane we współpracy ze znanymi markami modowymi. Pamiętam jednak, że prócz tego, iż płaciło się za nazwisko projektanta, ubrania były dość wysokiej jakości. I tak, rok temu, udało mi się kupić jedwabną apaszkę Erdem. Od tego czasu nie śledziłam specjalnie tych współprac, do momentu, kiedy w sierpniu natknęłam się na informację o kolekcji przygotowanej wspólnie z William Morris & Co., firmą znaną z produkcji doskonałej jakości tkanin obiciowych i tapet, i będącą raczej brytyjskim dziedzictwem narodowym, niż marką brylującą na tygodniach mody. Osobiście kocham wszystkie ich wzory, więc wpisałam datę premiery w kalendarz i czekałam.
......
Koniec końców zdecydowałam się na zakup trzech rzeczy. Sukni widocznej na dzisiejszych zdjęciach, plisowanej spódnicy, którą pokazałam już na instagramie oraz skórzanych, bordowych mokasynów. W tym miejscu muszę się przyznać, że mam ambiwalentny stosunek do tej akurat współpracy. Z jednej strony bardzo się cieszę, że kolekcja powstała i mogę się teraz otulać ulubionymi motywami w jesienne dni, z drugiej jednak, jest uszyta z bardzo kiepskich materiałów (głównie poliester*) przez globalną firmę i to wszystko przeczy całej idei Morrisa i założonego przezeń ruchu Arts and Crafts, który sprzeciwiał się właśnie masowej, zmechanizowanej produkcji na rzecz odrodzenia tradycyjnego rzemiosła i techniki oraz odnowienia sztuki graficznej. Pewnie jak to zwykle bywa, kasa musiała się zgadzać, stąd taka, a nie inna decyzja osób zarządzających firmą. Jednak sama bardzo chętnie wydałabym jeszcze raz tyle za te piękne wzory, nadrukowane na jakiejś szlachetnej tkaninie.
......
Myślę jednak, że miejscówka, w której udało się zrobić zdjęcia, rekompensuje częściowo słabą jakość tkanin i wprowadza trochę tradycyjnego, angielskiego klimatu. Jest to teren Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Gnieźnie, który szczególnie lubię odwiedzać jesienią, bo ta pora roku ma w sobie wiele mroku i sprawia, że można poczuć się tam, jak w wiktoriańskim psychiatryku z filmów lub gier komputerowych. Od mojej ostatniej wizyty wycięto trochę drzew, przez co zrobiło się nieco mniej ponuro, jednak nadal jest tam wiele zapuszczonych zakamarków ze świetną architekturą w tle, które idealnie nadają się do zdjęć.

*Z cyklu złote rady mojej mamy: "Dziecko, jeżeli już kupiłaś sobie sukienkę z poliestru, to dokup chociaż pod spód jedwabną halkę".






Już w przymierzalni świetnie poczułam się w tym kroju sukni. Jest dość luźna (więc spokojnie ukrywa nadprogramowe kawałki pizzy) i ma świetny, rozkloszowany dół, który fajnie powiewa przy chodzeniu. Do tego idealnie wpasowuje się w styl hippie, szczególnie w zestawieniu z futrzaną kamizelką i kozakami, z którymi będę nosić ją w zimne dni.




To nie są te nowe mokasyny, o których piszę wyżej. W dniu robienia zdjęć paczka z nimi była gdzieś w drodze (niestety, mój model można było kupić tylko on-line). Są jednak bardzo podobne i kupiłam je właśnie w zastępstwie za te - mają już trzy lata, wiele kilometrów za sobą i cóż... rozchodziłam je w taki sposób, że stały się niesamowicie wygodne, ale wyglądają nieestetycznie.

(zdjęcia: Włóczykij)

2 października 2018

Jesienne powroty


Jesień to moja ulubiona pora roku. Po gorącym słonecznym, ciężkim lecie, kiedy upały skutecznie odbierają mi chęć do robienia czegokolwiek konstruktywnego, z utęsknieniem wypatruję jesiennych dni. Poranne chłody, mgły nad łąką przy domu i szare chmury na horyzoncie sprawiają, że odzyskuję energię i chęć do działania. Chciałabym napisać, że także w kwestii prowadzenia bloga, jednak zdałam sobie sprawę, że nie jest on już moim priorytetem. Dawniej, kiedy tylko miałam wolny czas, w większości poświęcałam go na przygotowywanie nowych wpisów. Wymyślałam tematy, utrwalałam pomysły, wpisywałam to wszystko w kalendarz; starałam się czytać takie książki i oglądać takie filmy, które później mogłabym wykorzystać w swoich wpisach, a teraz - szczerze mówiąc - wcale mi na tym nie zależy. Co więcej, nie mam też wyrzutów sumienia związanych z brakiem treści na blogu przez dłuższy czas. Po prostu trochę zmieniły się moje priorytety i zdecydowanie bardziej wolę poleżeć w domu z jakąś powieścią, niż ganiać w plenerze i pozować do zdjęć, poza tym porządne prowadzenie bloga zajmuje naprawdę dużo czasu, ja mam wystarczająco dużo innych zajęć, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny.
Nie oznacza to, że nie będę publikować nowych wpisów, ale nie łudzę się już, że będą one regularne, a tym bardziej częste. Mam kilka pomysłów, które chciałabym zrealizować tutaj do końca roku (a nawet jeden na styczeń), ale nie będę się z tym jakoś specjalnie spinać. Jakby co - na co dzień jestem na Instagramie
......
Do rychłego zobaczenia!










(zdjęcia: Włóczykij)

18 sierpnia 2018

Plażing na przełomie wieków


Sezon wakacyjny trwa w najlepsze, pomyślałam więc, że ciekawie byłoby przyjrzeć się, jak czas nad morzem spędzano w dawnych czasach. Właściwie to pomyślałam o tym już rok temu i to wtedy powstał cały wpis... poza ostatnim akapitem, za którego dokończenie jakoś nie mogłam się zabrać, aż nadeszła jesień i temat nadmorskiego wypoczynku przestał być aktualny. Nic się jednak nie zmarnowało, dopisanie brakujących słów zajęło mi piętnaście minut i oto jest. Miłego czytania.
......
Zacznijmy może od tego, że na wakacyjny wyjazd na przełomie XIX i XX wieku, pozwolić sobie mogli nieliczni. Oczywiście liczba zażywających wypoczynku w nadmorskich kurortach rosła z roku na rok, ale była to jednak zabawa pociągająca za sobą dość wysokie koszta tym bardziej, jeżeli chciało się wypoczywać w zacnych warunkach. Najbogatsi, czyli arystokracja i burżuazja, jeździli za granicę do znanych w Europie uzdrowisk na Riwierze Francuskiej, Biarritz, Włoch (chociażby Lido), a także nad Bałtyk, do belgijskiej Ostendy, które to miejsca cieszyły się uznaniem i prestiżem od wielu lat. Mniej zamożni podróżowali w obrębie własnego kraju, w przypadku Polski, która była wówczas pod zaborami, decydowano się na wyjazdy do atrakcyjnych miejscowości w granicach państw zaborczych (Abacja, Lovarna, Raguza nad Adriatykiem dla mieszkańców zaboru austriackiego, uzdrowiska krymskie dla zaboru rosyjskiego i miejscowości nadbałtyckie, takie jak Kołobrzeg, Sopot czy Połąga dla mieszkańców zaboru niemieckiego). Jednocześnie w wielu nadmorskich miejscowościach infrastruktura turystyczna dopiero kiełkowała i te właśnie nieznane nikomu wioski rybackie położone nad morzem były celem ludzi najbardziej ubogich, ale jednocześnie posiadających tyle gotówki, że mogli w ogóle wziąć  pod uwagę wakacyjny wyjazd.

Plaża w Ostendzie (Belgia) ok. 1900 roku, na dolnym zdjęciu budka kąpielowa z bliska.


Przełom wieków był tym okresem, kiedy nadmorskie uzdrowiska przeżywały prawdziwy najazd turystów. Przyczyniła się do tego przede wszystkim budowa linii kolejowych, łączących duże miasta z małymi miejscowościami oraz regularne kursy pomiędzy nimi. Wcześniej zjeżdżało nad morze najwyżej kilkaset rodzin w sezonie, rezerwując pobyt na 2-3 miesiące i zabierając ze sobą większość domowego wyposażenia i służby.
Żeby ułatwić wybór najlepszego miejsca na terapię zdrowotną i wypoczynek, co sezon (lub co kilka sezonów) przygotowywano przewodniki w formie ulotek, broszur, a nawet albumów, które szczegółowo opisywały atrakcje danej miejscowości. Detale w nich podane były naprawdę imponujące, zważywszy na to, że te wszystkie informacje nie były dostępne w internecie :) A więc można było dowiedzieć się o wszystkich połączeniach komunikacyjnych do danej miejscowości wypoczynkowej i - jakby tego było mało - odnotowywano także przesiadki, standard wagonów, a nawet udogodnienia na dworcach mijanych po drodze. Szczegółowo wymieniano wszystkie atrakcje danej miejscowości (o tych zaś), właścicieli poszczególnych obiektów i ich standard, godziny otwarcia z uwzględnieniem podziału na płcie, gdyż większość kąpielisk i zakładów kąpielowych nie była koedukacyjna (ok. 1900 roku dopuszczono tzw. kąpiele rodzinne małżonków z dziećmi, co często skutkowało pożyczaniem obcych dzieci przez pary zakochanych). Ważny był także spis nazwisk wszystkich znamienitości goszczących w kurorcie podczas poprzednich sezonów, co w przypadku nazwisk arystokratycznych czy artystycznych podnosiło prestiż miejsca. Odnotowywano także ogólną liczbę letników, obiektów, urządzeń kąpielowych, ceny kuracji wodnych, koszty noclegów w zależności od pory roku, a nawet szacunkowe wartości wyżywienia w zależności od ilości osób.

Tymczasem w rodzimym niemieckim Sopocie...

Dom Zdrojowy w Ostendzie, około 1895 roku.

O największej atrakcji nadmorskich kurortów, czyli kąpielach, za chwilę, a teraz kilka słów o tym, jakie inne przyjemności czekały na letników, na plaży przebywano bowiem od rana, popołudnie rezerwując na spacery, przejażdżki konne, pływanie łódkami po morzu, a wieczór na spotkania towarzyskie, spektakle i bale (pamiętajmy, że wszystkie czynności wymagały odpowiednich strojów i kapeluszy, więc z reguły bagaży było bardzo dużo). Jednym z najważniejszych budynków w każdej większej nadmorskiej miejscowości był Dom Zdrojowy, który mieścił restaurację, kawiarnię, salę koncertowo-bankietową i czytelnię. W tej ostatniej można było przejrzeć najświeższą prasę międzynarodową (szczególnie w miastach do których zjeżdżało się towarzystwo), a także napisać listy, która to czynność była codziennym rytuałem ówcześnie żyjących ludzi. Wielką atrakcją było molo, mieszczące kawiarnie i miejsca odpoczynku, gloryfikowane dodatkowo przez medyków, którzy zwracali uwagę na "bezpośredni" kontakt z nasyconym morską wodą powietrzem. Innym miejscem służącym polepszeniu zdrowia były zakłady kąpielowe czy balneologiczne, w których prowadzono rozmaite kuracje z wykorzystaniem wody morskiej, leczniczego błota i wodorostów. Odpowiednie zabiegi przepisywali miejscowi lekarze, po zapoznaniu się ze stanem zdrowotnym pacjenta. Wiele z tych miejsc słynęło na całą Europę, a niektóre z nich działają do dziś, wykorzystując szczególnie bogate w minerały błota i wody w nowoczesnych ośrodkach SPA. W największych uzdrowiskach prócz luksusowych hoteli budowano hale plażowe, kasyna, tory wyścigów konnych, a także ogrody zimowe, które - w razie niepogody - pozwalały na miłe spędzenie wolnego czasu wśród tropikalnej roślinności. Na ich terenie organizowano też rauty i jarmarki dobroczynne, które zaspokajały nudę.
Życie na wakacjach, chociaż obfitowało w nowe atrakcje, toczyło się znanym rytmem, który wyznaczała siatka towarzyskich powiązań podporządkowana hierarchii towarzyskiej i wieczorne atrakcje, na których wypadało bywać. Należały do nich spotkania przy posiłkach, koncerty orkiestrowe, spektakle teatralne i wreszcie bale, na których - chociaż zakładano toalety skromniejsze od tych miejskich - trzeba było zrobić wrażenie!

Plaża gdzieś w angielskim hrabstwie Essex, rok 1919.

I znów belgijska Ostenda.

Największą atrakcją dla przybyłych do kurortu, było oczywiście plażowanie i wypoczynek bezpośrednio nad wodą, który różnił się jednak od tego znanego nam z czasów współczesnych. Wiklinowe kosze widoczne na zdjęciach są co prawda wypożyczane i dzisiaj, warto jednak pamiętać, że moda na nie rozpowszechniła się właściwie tylko w kurortach niemieckich. Tak jak dzisiaj na plażach możemy spotkać rzędy leżanek i parasoli, tak na przełomie XIX i XX wieku takim podstawowym sprzętem była zamykana drewniana budka-domek, którą letnicy wynajmowali na cały pobyt. W budce można było przebrać się w kostium do kąpieli, osłonić przed wiatrem, słońcem, napić herbaty, albo napisać listy, gdyż każda z nich wyposażona była w meble do wypoczynku. Pierwsze tego typu plażowe budowle widać już na XVIII-wiecznych rycinach z angielskiego Scarborough.
Jeżeli zaś chodzi o same kąpiele, służyły im wozy kąpielowe, a więc takie mobilne budki wciągane do morza przez konie, których używano powszechnie do I wojny światowej szczególnie w miejscowościach północnoeuropejskich. Każde uzdrowisko miało własne rozwiązanie konstrukcyjne takiej budki - niektóre służyły wyłącznie do transportu i przebierania się, inne miały otwory przez które woda wpadała do środka, tworząc coś na kształt prywatnej kabiny kąpielowej. W połowie XIX wieku, szczególnie w uzdrowiskach niemieckich, zaczęto budować bezpośrednio na plaży zespoły łazienkowe. Były do drewniane pomosty z mieszczącymi się na nich rzędami osobistych przebierani i schodkami prowadzącymi bezpośrednio do morza, połączone zagrodą chroniącą od fal.

Nie udało mi się znaleźć zdjęcia plażowych budek (mówimy o tych nie służących do kąpieli, ale osobistych przebieralniach opisanych w powyższym akapicie), więc posłużyłam się kadrem z filmu Śmierć w Wenecji. Swoją drogą, uważam ten film za najlepiej pokazujący ówczesne kurortowe życie (początek XX wieku), z niezwykłą dbałością o szczegóły i w niespiesznym rytmie leniwie upływającego czasu pełnego słońca. Bardzo polecam go waszej uwadze.

21 lipca 2018

To nie jest hobby dla starych ludzi


Moja przygoda z kwiatami trwa już dobrze ponad dekadę. Właściwie to wszystko zaczęło się w dzieciństwie (czym skorupka za młodu... i takie tam), bo w największym gościnnym pokoju mieliśmy przy oknie wielką wystawę kwiatów, o które dbał mój tata. Stał tam wysoki figowiec beniamina, szeflera, monstera, niżej maranta, aspidistra i inne kwiaty, a pomiędzy tym wszystkim fontanna w plastikowej misie na nóżce (proszę się nie śmiać - to były lata 90-te i taka fontanna to było coś!). Poza tym, że kąpałam w niej lalki Barbie, była świetnym nawilżaczem powietrza (a może jednak odwrotnie...) i razem z roślinami tworzyła taki mikro tropikalny klimacik. Dodatkowo, mieliśmy w domu dużo książek o roślinach, które bardzo lubiłam przeglądać, bowiem wydania z lat 90-tych obfitowały w kolorowe zdjęcia roślin, wykresy, tabelki i szkice, które krok po kroku prowadziły czytelnika przez trudną sztukę uprawy roślin. Do dziś są ze mną, a wpis o nich wkrótce pojawi się na blogu.
......
Ja sama zaczęłam przygodę z roślinami gdzieś tak na początku nauki w liceum. To były takie fantastyczne czasy, kiedy całkiem sporą dracenę można było dostać za 8 ziko, więc kupiłam sobie kilka różnych roślin, inne rozmnożyłam z tych, które były w domu i zaczęły się  e k s p e r y m e n t y (które tak naprawdę trwają do dziś). Wiedzy o roślinach nie da się nauczyć z książek, niestety. Trzeba je po prostu hodować - jedne z większym, drugie z mniejszym, a trzecie ze śmiertelnym dla nich "sukcesem", żeby zacząć łapać zależności, że np. im mają cieplej, tym większą wilgotność powinniśmy im zapewnić; że zimą to może jednak lepiej podlewać mniej niż latem, bo woda nie wyparowuje tak szybko z doniczki i sprzyja to gniciu korzeni etc. Cały czas się uczę - oczywiście, niektóre gatunki mam z grubsza opanowane, niektórych od kilku lat nie mogę rozgryźć, a nowe rośliny są dla mnie totalnym wyzwaniem, bo chociaż jest tak, że staram się im zapewnić warunki zbliżone do tych idealnych (naturalnych), to jednak czasem coś nie zagra. Czynników wpływających na rozwój roślin jest po prostu bardzo wiele, a dodatkowy kłopot sprawia w naszym klimacie zmiana pór roku, a więc także temperatury i ilości światła naturalnego. Do dzisiaj moja opieka nad roślinami (tak naprawdę to uważam, że one hodują się same, ja im tylko pomagam) to takie właśnie eksperymenty - z różnymi czynnikami wpływającymi na ich wzrost.
......
Kiedy zaczęłam dorabiać na studiach, moje roślinne hobby zdecydowanie poszło do przodu - miałam większe fundusze na doniczki, nowe roślinki, środki ochrony roślin, a nawet ukorzeniacz (yeah!). Nie skłamię, jeżeli napiszę, że w dzień wypłaty byłam w stanie wydać 2/3 pieniędzy na rośliny. Nie były to ogromne sumy, ale jednak. Niemniej, nie żałuję :) Kilka roślin z tamtych czasów jest ze mną do dziś, ot chociażby dracena z pierwszego zdjęcia dzisiejszego wpisu (pierwsza z prawej), która kiedyś była TAKA. Roślinne hobby, to nie tylko rośliny - nowo kupione kwiaty trzeba w większości wypadków przesadzać, a więc do ceny rośliny doliczyć cenę odpowiednio większej doniczki i ziemi (a dodatkowo: drenaż, piękna ceramiczna osłonka, drabinka do podtrzymania i takie tam), więc koszty rosną. Nie chcę demonizować, po prostu zwracam uwagę, że jest też sporo około roślinnych wydatków :)
......
A dzisiaj? No cóż... Najbardziej ukwiecony w moim domu jest salon i gabinet, a jedynym pomieszczeniem, w którym nie ma roślin jest łazienka (niestety, nie ma w niej okna). Ogółem mam 75 doniczek z kwiatami - 26 z nich na balkonie (14 różnych gatunków) i 49  w domu (36 różnych gatunków), ale przyznam, że to dane sprzed miesiąca. W międzyczasie udało mi się ukorzenić i posadzić hoyę oraz rozmnożyć sukulenta, którego Włóczykij kiedyś przywiózł z Tunezji. Także dzieje się! Wiem też, że Włóczykij szuka dla mnie kalatei odmiany network (obczajcie ten niesamowity wzór na liściach), no i modna ostatnio pilea peperomioides zwana potocznie "pieniążkiem", uśmiecha się do mnie ze zdjęć w necie, ale jakoś nie mogę na nią trafić w realu.

Męczennicę błękitną /Passiflora caerulea L./ kupiłam w tym roku po raz pierwszy. Niżej opisuję jej tragiczną historię, która jednak, uprzedzając, kończy się dobrze (póki co).

Dypsis lutescens, czyli palma z gatunku arekowców, po raz pierwszy zagościła u mnie trzy lata temu, kiedy dostałam od Włóczykija tę piękną secesyjną donicę. Pierwszy egzemplarz, który gościłam pod swoim dachem był testowy - uczyłam się na nim opieki nad palmami i powiem szczerze, że nie była ona łatwa. Największą trudność sprawiało mi zachowanie odpowiedniego nawilżenia podłoża (chodzi o to, żeby było ono raczej wilgotne, ale trzeba uważać, żeby nie przelać korzeni). Niedawno kupiłam nowy, drugi egzemplarz i mam nadzieję, że będzie się pięknie rozwijać. Tak przy okazji: palmy te kochają wysoką wilgotność, więc codziennie włączam swojej nawilżacz powietrza.

Pamiętajcie że rośliny najlepiej kupować w sprawdzonych centrach ogrodniczych, chociaż samej (mea maxima culpa) zdarza mi się robić kwiatowe zakupy w Ikei i marketach budowlanych.  Ostatnio, kiedy przesadzałam dracenę z Ikei, chciałam usunąć trochę ziemi z bryły korzeniowej, a kiedy rozpadła się ona na pół i okazało się, że korzeń, to jeden kikut. No, to tyle na temat marketowych roślin.

Bardzo lubię swojego skrzydłokwiata (spathiphyllum). Są to efektowne rośliny z białymi kwiatami, które nie sprawiają większych problemów w uprawie (lubią zraszanie), a do tego wspaniale oczyszczają powietrze. Badania przeprowadzone przez NASA potwierdziły, że rośliny z tego gatunku skutecznie usuwają z naszego otoczenia formaldehyd, benzen, ksylen, trójchloroetylen i tlenek węgla.

Chyba dekada minęła od momentu, kiedy storczyki stały się popularną rośliną domową, do czasu, kiedy zdecydowałam się zakupić swój pierwszy egzemplarz. Zawsze słyszałam, że są to rośliny bardzo trudne w uprawie i kapryśne, tymczasem okazało się, że u mnie rosną, jak na drożdżach. Obecnie mam trzy storczyki z gatunku phalaenopsis (w tym powyższy), zastanawiam się nad zakupem dendrobium, którego kwiaty wyrastają bezpośrednio z mięsistej łodygi, a najbliższym wyzwaniem będzie dla mnie przesadzenie dwóch storczyków, które czeka mnie po ich przekwitnięciu.

Sukulentowy ogródek zrobiłam sobie jakiś miesiąc temu, zainspirowana tutorialami w książkach i necie. Nie jestem fanką sukulentów i kaktusów (a szczególnie ich przesadzania), jednak w takiej kompozycji wyglądają naprawdę zachęcająco - do czasu, aż nie urosną, a niektóre z nich potrafią powiększać się bardzo szybko. Wszystkie potrzebne rzeczy (poza ziemią, różą pustyni i ametystem) zakupiłam w Ikei, a koszt takiego ogródka, to ok. 100 zł. Wiele z sukulentów wytwarza odnóżki, więc każda kolejna kompozycja tego typu (np. na prezent) będzie tańsza, bo roślinki będą już gotowe (#lifehack). Po posadzeniu wystarczy ustawić naczynie na słonecznym parapecie, raz po raz podlewać i jeszcze rzadziej nawozić.

Niestety, nie mam już tego wiszącego filodendrona- dostałam go od mamy, która notorycznie go zalewała i do dzisiaj nie wiem, czy zaszkodziło mu to, że nie przesadziłam go do nowej doniczki, czy stanowisko, które jest dość problematyczne w kwestiach oświetlenia. Aeschynanthus zmarniał mi tam zupełnie i teraz regeneruje się na dobrze doświetlonym parapecie, a ja myślę nad kolejną rośliną na to miejsce.

Dwa z trzech moich storczyków oraz figowiec (ficus benjamina), którego rozmnożyłam z półtorametrowego egzemplarza, stojącego w gabinecie.

Bardzo lubię to zestawienie zdjęć, pokazujących mój balkon w połowie maja i na koniec czerwca. W ogóle ten rok jest przełomowy, ponieważ po raz pierwszy założyłam taki kwiatowy balkon z prawdziwego zdarzenia. W minionych latach czasem kupiłam jakąś doniczkę z bratkami albo pelargoniami, ale brakowało mi motywacji, żeby zrobić coś więcej. W tym roku zaczęłam już w maju od zakupu donic, zamówienia 200 litrów ziemi, nawozów, drenażu i łopatki, a później stopniowo zaczęłam znosić kupować rośliny. Jak pisałam wyżej - eksperymentuję - obserwuję tempo wzrostu, zapotrzebowanie na wodę i warunki środowiska moich kwiatów po to, by w kolejnych latach udoskonalać tę wizję. Marzy mi się sufit obrośnięty pnączami i dużo różnorodnych kwitnących roślin, które nie będą specjalnie problematyczne, bo nie chciałabym bardzo fatygować osób, które doglądają ich w czasie kiedy nie ma mnie w domu, a wierzcie (lub wiecie) że jest co robić przy takiej ilości  :)

Pamiętajcie, że najważniejsze jest poznanie naturalnego środowiska rośliny. Dokładne poznanie, bo hasło: roślina lasu tropikalnego jest bardzo ogólne. To środowisko jest bardzo zróżnicowane - na dole, w poszyciu, gdzie jest ciemno i bardzo wilgotno rosną zupełnie inne rośliny niż w górze, gdzie jest mnóstwo bezpośredniego słońca i zdecydowanie bardziej sucho. Tak więc przed zakupem kolejnej rośliny, warto poznać jej świat (w jakim żyje klimacie, jaka temperatura jest dla niej optymalna, ile potrzebuje wody i wilgoci wokół siebie, czy toleruje inne rośliny i jak szybko rośnie, co jest dość istotne w przypadku małych mieszkań), a potem iść do sklepu i wybrać nasz egzemplarz.

Nie zdawałam sobie sprawy, że pielęgnacja kwiatów balkonowych wymaga poświęcenia aż takiej ilości czasu. Jednak prócz usuwania przekwitłych kwiatostanów, obrywania zżółkniętych liści i podlewania, najważniejsze jest baczne przeglądanie roślin pod kątem szkodników. 
......
Pierwszy w tym roku zaskoczył mnie wciornastek (nie rozpoznałam, niestety, który dokładnie). Zaatakował moje fuksje oraz werbenę, na której znajduję pojedyncze egzemplarze do tej pory. Wiele sztuk zdusiłam na liściach, nie obyło się jednak bez oprysków (moja sąsiadka twierdzi, że "dzisiaj bez oprysków nic nie ma" i im dłużej prowadzę swój balkon, tym bardziej muszę przyznać jej rację), które powtarzam co jakiś czas, bo prócz wciornastka aktualnie przerabiam przędziorki na kilku roślinach, a prócz tego miałam mączniaka prawdziwego (to akurat grzyb) na surfiniach i dalii (dalię musiałam wyrzucić). Najważniejsze jest wczesne wykrycie szkodnika i zastosowanie odpowiedniego środka, ale żeby tak się stało trzeba regularnie i często dokładnie oglądać rośliny ze wszystkich stron - także pod liśćmi.

To już zdeaktualizowane zdjęcie - papryki rosną obecnie w większych donicach, a inkarwillę wysadziłam przed dom. Reszta roślin też znacznie urosła.

Moja pierwsza passiflora! Mam szczególną słabość do tych roślin (nazwałam tak nawet swój telefon), jednak dopiero w tym roku kupiłam pierwszy egzemplarz (a raczej dwa - Passiflora caerulea i Lavender Lady). Niestety, widoczna na powyższym zdjęciu caerulea zaczęła w którymś momencie marnieć. Najpierw obumarł jeden pęd, później zauważyłam, że więdną kolejne dwa. Kiedy wyjęłam ją z doniczki okazało się, że rosła w jakiejś dziwnej mieszance ziemi, która cały czas była bardzo mokra i po prostu zgniły jej korzenie. Przycięłam je, zostawiłam jeden, najsilniejszy pęd i posadziłam na nowo, niestety, po kilku dniach passiflora nadawała się do wyrzucenia. Jednak nie poddałam się tak łatwo - kawałek pędu z ostatnim trzymającym się jako tako liściem (bardziej już żółtym niż zielonym) odcięłam i włożyłam do wody, w której po upływie dwóch tygodni trochę odżył. Kiedy na pędzie pojawił się młody listek, posadziłam go w doniczce, gdzie rośnie do tej pory (są już 4 listki) i wszystko wskazuje na to, że się udało :)