15 kwietnia 2016

Nowości na wiosnę. Mix #10

Na początek małe ogłoszenie parafialne: postanowiłam nieco ułatwić Wam poruszanie się po blogu i pod nagłówkiem stworzyłam bardzo proste menu ze spisem treści bloga, w których znajdziecie odnośniki do większości z prawie 300 wpisów. Kilka postów nie załapało się, ponieważ albo ich tematyka jest "z dupy" i nie pasuje do żadnej kategorii, albo celowo wolę je ukryć (bywa niestety tak, że przypominając sobie po kilku latach niektóre wpisy, myślę sobie: "o-em-dżi, co za żenada!" Mogłabym je oczywiście usunąć, ale zostawiam, jako nagrodę dla wytrwałych poszukiwaczy :D
No nic, mam nadzieję, że spis treści poprawi i ulepszy Wasze wycieczki po blogu (dajcie znać w komentarzach, co o nim myślicie). Wpisy z modą i do poczytania są posegregowane od najnowszych do najstarszych, wpisy wnętrzarskie od najstarszych do najnowszych (ha!), także miłej zabawy.
Inną, bardziej szczegółową metodą zwiedzania bloga są etykietki w kolumnie po prawej lub wyszukiwarka, która jednak nie działa na hasło: Wpisy, których Emnilda nie chce pokazać.
......
Ad rem. Jakoś nie mam ostatnio ochoty na zdjęcia swojej osoby (chociaż mam parę fajnych nowych ciuszków i obiecuję, że wkrótce je pokażę). Zajęta jestem przede wszystkim remontem kuchni, który trwa już drugi miesiąc, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo się zakończy i wreszcie będę mogła posprzątać i zacząć znów gotować! Nie żebym była jakąś Perfekcyjną Panią Domu, ale organizacja życia domowego przy remoncie kuchni, kiedy właściwie da się tylko zagrzać wodę na herbatę jest - co tu dużo mówić - mało komfortowa. Nic to, najważniejsze, że remont dobiega końca. W czasie pomiędzy dopatrywaniem szczegółów, a wybieraniem dodatków, w mojej głowie krystalizuje się wizja kolejnych pomieszczeń, które będziemy z Włóczykijem odnawiać. Przygotowuję się do remontu sypialni, która docelowo nabierze bardziej secesyjnego charakteru tak, żeby była spójna z resztą mieszkania. Przez te pięć ostatnich lat, dodając kwiatki, baldachimy i obrazki z paniami w perukach, zrobiłam z niej trochę taki rokokowy buduar i sama nie wiem, jak to się stało, zważywszy na to, że nie lubię rokoka. Teraz zrobi się poważniej i ciemniej, a o postępach będę Was informować w kolejnych wpisach.
......
A więc remont i wystrój wnętrz to jest to, co mnie ostatnio zajmuje. Jak już pisałam, nie mam nowych zdjęć związanych z modą, dlatego dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami nowościami, których trochę się od ostatniego takiego tematycznego wpisu zebrało. Także zaczynamy.

Oprócz wspomnianych remontów postanowiłam sobie na wiosnę, że zajmę się wszystkimi niedoróbkami i prowizorkami, jakie królują u mnie w domu (no może większością, bo niektóre wymagają męskiej ręki i bez pomocy Włóczykija się nie obejdzie). Tak więc doszywam frędzle do leżących z tego powodu odłogiem serwet, maluję lampy i oprawiam nieoprawione obrazki, dzięki czemu m.in. mój piękny chiński pejzaż malowany na jedwabiu, może wreszcie godnie ozdabiać biurko.  

Kosmetyki Babuszki Agafii odkryłam przypadkowo dzięki koleżance z pracy, która bardzo zachwalała mydło syberyjskie (też zachwalam: jest bardzo wydajne i świetnie działa). Postanowiłam złożyć większe zamówienie i zaopatrzyłam się w cały zestaw produktów pielęgnacyjnych, które - co tu dużo mówić - są bardzo dobre. Fajnie działają, są ekologiczne, wydajne i bardzo atrakcyjne cenowo, co sprawia, że po zużyciu tej partii zamówię kolejną. Może nie są to kosmetyki, które gwarantują spektakularny efekt w pięć minut, ale stosowane regularnie, dają widoczne efekty.
Kolejną nowością jest oliwka firmy Palmer's, której dałam szansę ze względu na świetne działanie innego produktu tej firmy - balsamu do ciała z masłem kakaowym. Oliwka jest bardzo dobra, ale jednak po jej zużyciu wrócę do oliwki Hipp, której używam już od kilku dobrych lat. Ostatnim produktem pielęgnacyjnym, z którego jestem bardzo zadowolona, jest peeling do domowej mikrodermabrazji VitalDerm. To jest jeden z tych kosmetyków, który od razu robi efekt wow! Cera jest gładka i miękka - no po prostu marzenie.

Trochę nowości wyposażenia domowego. Sześcioosobowy komplet sztućców dostałam od mamy - plusem jest gładkie ostrze noży, które w przeciwieństwie do piłki będzie można łatwo naostrzyć. Z doświadczenia poradzę Wam też, że zdecydowanie lepsze są sztućce z jednego kawałka metalu niż takie z dorabianą rączką. Miałam (a właściwie mam jeszcze kilka sztuk takich właśnie) i przy twardej sztuce mięcha bywa, że nie dają rady. Poza tym do grona domowych utensyliów dołączył wiosenny talerzyk z motywem bratków, komplet podstakanników wraz ze spodkami oraz karafkowate naczynie, które pełni rolę podręcznej konewki do ziół.

Nowościom ubraniowym poświęcę wkrótce osobny wpis, dlatego że odkryłam uroki garderoby basicowej i w taką się teraz głównie zaopatruję, przeciwstawiając ją wzorom, które zbytnio rozpanoszyły się w mojej szafie. Dzięki temu jestem w stanie prawie bezproblemowo połączyć swoje ubrania w zestawy (oczywiście w teorii, z poranną praktyką bywa różnie). Jednak tego wzoru na bluzce, który widzicie na zdjęciu nie mogłam przepuścić. Od razu skojarzył mi się z Williamem Morrisem. Bluzka była niezbyt ciekawa - miała jakiś dziwny golf z kołnierzem, ale szczęśliwie udało mi się ją przerobić, z pomocą cioci Włóczykija, na bluzkę z dekoltem na plecach. Skórzaną torebkę z kolei, udało mi się wyłowić w ciucholandzie za 15 ziko.

Ostatnio przybyło mi też kilka nowości biżuteryjnych: pleciony naszyjnik i bransoletka w komplecie za 10 złotych (dają naprawdę fajny, elegancki efekt bez przesadnego błysku, za którym na co dzień nie przepadam), pierścionek od mamy oraz dwa srebrne naszyjniki, robione techniką wire-wrapping, która polega na formowaniu fantazyjnej biżuterii ze srebrnego drutu przy wykorzystaniu np. kamieni (w moim przypadku jest to chalcedon i perła). Naszyjniki są bardzo efektowne - mimo że wybrałam raczej mniejszy rozmiar i tak wyglądają zjawiskowo.

Kubek Tête-à-tête zaprojektowany przez Natalię Gruszecką i Jakuba Kwarcińskiego z duetu ENDE Ceramics zasilił moją (niewielką, lecz ciągle poszerzającą się) kolekcję. Zachwyciło mnie w nim połączenie porcelanowej, białej subtelności z niepokojącą, choć spokojną, twarzą przedwojennej lalki.  

3 kwietnia 2016

"Nie dla bydła", czyli o manii zbierania

Leon Wyczółkowski, Portret Feliksa Jasieńskiego w błękitnym kaftanie, 1911
"Lepiej byłoby, gdyby to Jasieński wisiał, a Chrystus grał" – miał powiedzieć Stanisław Wyspiański, widząc obraz przedstawiający późnogotycką rzeźbę Chrystusa na krzyżu z kościoła św. Wojciecha w Starym Wiśniczu oraz Feliksa Jasieńskiego (1861-1929), który pod ową rzeźbą gra na fisharmonii. Kim był bohater dzisiejszego wpisu, że budził takie emocje wśród współczesnych sobie artystów?
Kolekcjoner sztuki, krytyk, publicysta, mecenas, filantrop, jeden z najbarwniejszych przedstawicieli bohemy krakowskiej… Oszczędzę Wam typowej notki biograficznej, która, choć ciekawa - bo Jasieński wywodził się z rodzin o wielkich tradycjach - niepotrzebnie wydłużyłaby wpis. Fascynacja sztuką zaczęła się u Feliksa, kiedy miał dwadzieścia kilka lat i wyjechał na studia do Paryża. Tam odkrył kuszącą zawartość antykwariatów, przebogato wyposażonych w sztukę Dalekiego Wschodu, która wówczas budziła wielkie zainteresowanie mieszkańców Europy. Jasieński zaczął ją po prostu kolekcjonować - kupował różne piękne przedmioty, wydając na nie prawie wszystkie zaskórniaki przesyłane przez rodzinę z Polski, a po kilku latach wrócił do kraju z pokaźnym zbiorem 5 tysięcy eksponatów (głównie japońskiej proweniencji). Tak to się zaczęło.

Feliks Jasieński w samurajskim hełmie i japońskim kimonie na balkonie krakowskiego mieszkania, 1903-1904
Jednocześnie z maniakalnym zbieractwem, Jasieński poszerzał swoją wiedzę o sztuce w ogóle, poznawał twórców, nurty, powiązania, co w konsekwencji sprawiło, że stał się zbieraczem świadomym – wiedział jakich elementów szuka do swojej kolekcji, aby stanowiła całość i doskonale znał jej wartość. Ponadto zaangażował się w działalność rozmaitych instytucji i stowarzyszeń związanych ze sztuką Warszawy (po powrocie z zagranicy zamieszkał bowiem w tym właśnie mieście) oraz głosił radykalne poglądy w sprawach sztuki, potępiając artystów tworzących tradycyjne, zgodne z obowiązującym kanonem dzieła czy tzw. twórczość społeczną, nazywając ich wprost kłusownikami sztuki. Niestrudzenie głosił, że zmiany i ewolucje w sztuce są nieuniknione. Nie uznawał autorytetów, niezbywalnych nazwisk, tworzenia po to, aby zrealizować cele polityczne. Sztuka dla sztuki, dla idei – to było hasło, które przyświecało zarówno Jasińskiemu, jak i współczesnym mu artystom stawiającym głównie na jej funkcje estetyczne.

Feliks Jasieński wieszający w Sukiennicach grafiki ze swoich zbiorów, 1902
Feliks Jasieński swymi zbiorami lubił i chciał dzielić się z publicznością i ludźmi kochającymi piękno, doceniającymi kunszt wykonania artystycznych przedmiotów, których Jasieński był nabywcą i właścicielem. Prócz kameralnych wystaw, o których więcej za chwilę, człowiek ten cały czas myślał nad formą udostępnienia swojej kolekcji szerokiej publiczności "ku pożytkowi wspólnemu i edukacji rodaków", w ramach przekazania jej jako darowizny Narodowemu Muzeum w Warszawie, jednak nieudana wystawa w "Zachęcie" na tyle zraziła go do Warszawy, że nie tylko zrezygnował z przekazania zbiorów, ale nawet wyprowadził się do Krakowa (w którym mieszkał aż do śmierci). Co spowodowało taki zwrot akcji? Otóż w 1901 roku Jasieński zorganizował we wspomnianej "Zachęcie" wystawę sztuki japońskiej. Chciał pokazać jej piękno mieszkańcom Warszawy, liczył na to, że drzeworyty z odległego kraju, tworzone w zupełnie innej kulturze ich zachwycą. Stało się jednak inaczej. Wystawa wzbudziła kontrowersje, na jej temat opublikowano serię nieprzychylnych artykułów, nazywając sztukę Japonii „obrazkami ze skrzynek na herbatę”. Jasieński z kolei otwarcie zarzucił mieszkańcom i włodarzom miasta zaściankowe poglądy, a nawet umieścił przy swoich eksponatach napisy: "Nie dla bydła" oraz "Trzeba zrozumieć, że herbata chińska i sztuka japońska to są dwie rzeczy odmienne". A następnie zgarnął swoją kolekcję do kufrów i pojechał do Krakowa.

Małgorzata Łada-Maciągowa, Portret Feliksa Jasieńskiego, przed 1921
Kraków był wówczas miastem, w którym polscy artyści i ich dzieła mieli się bardzo dobrze, toteż nasz bohater, jako zwolennik nowoczesnych nurtów w sztuce szybko odnalazł się w środowisku bohemy krakowskiej, a jego dom przy Rynku stał się jednym z najbardziej znanych adresów w mieście. Osoby związane z krakowskim środowiskiem artystycznym, zbierały się tam by dyskutować z gospodarzem i podziwiać jego nieprzebrane zbiory, upchnięte po kątach w całym mieszkaniu. Japonika zgromadzone u Jasieńskiego olśniewały wielu artystów Młodej Polski, którzy inspiracje Dalekim Wschodem przenosili później na swoje płótna, żeby wymienić chociażby: Józefa Mehoffera, Leona Wyczółkowskiego, Juliana Fałata czy Józefa Pankiewicza. Polscy impresjoniści i przedstawiciele innych nowoczesnych wówczas nurtów sztuki byli grupą, w którą inwestował Jasieński. Wspierał utalentowanych artystów, był ich mecenasem, kupował i wystawiał dzieła, a z reguły po prostu wynosił je z pracowni artystów za ich przyzwoleniem i aprobatą, gdyż było powszechnie wiadomym, że Jasieński ma nosa i wybiera prace doskonałe - dostrzegając w nich blask artystycznego geniuszu – które rozsławią danego twórcę. Te "napaści" na pracownie były tematem żartów i karykatur, bo Jasieński nie ograniczał się tylko do obrazów. W domu Wyczółkowskiego wyciągnął szkice aż spod łóżka gospodarza, a innym razem wyniósł od niego XVIII wieczny zegar szafkowy, który wszak Wyczółkowski sam pomógł zarzucić mu na plecy. Słynny Szał uniesień Władysława Podkowińskiego - który dzisiaj można oglądać w krakowskich Sukiennicach - po nieudanym przyjęciu przez publiczność, uratował właśnie Jasieński, zabierając go gospodarzowi, kiedy ten zaczął ciąć go nożem. Płótno wisiało potem na honorowym miejscu w mieszkaniu Jasieńskiego.

Jacek Malczewski, Portret Feliksa Jasieńskiego, 1903
Przeprowadzka do Krakowa nie zmieniła jego planów, dotyczących powiększających się ciągle zbiorów. Chciał je godnie udostępnić potomnym, rozpoczął więc pertraktacje z władzami miasta, zabiegając o umieszczenie kolekcji w jednym miejscu jako nierozerwalnej całości. Jednocześnie chciał być jej kustoszem – mieć wpływ na nowe zakupy i usuwanie poszczególnych elementów w razie potrzeby. Rozmowy z miastem przeciągały się, tymczasem Jasieński niestrudzenie organizował wystawy kameralne, w udostępnionych przez miasto i rozmaite towarzystwa pomieszczeniach. Sam dobierał eksponaty (zazwyczaj były to wystawy monograficzne dotyczące twórczości konkretnego artysty lub wybranego zagadnienia z dziejów sztuki), on jeden ponosił koszty wystawy, a podczas jej trwania wygłaszał odczyty. W ciągu 20 lat zorganizował 40 takich pokazów, a w roku 1920 podpisał wreszcie umowę z miastem Krakowem, któremu podarował ponad 15 tysięcy zgromadzonych przez siebie eksponatów, w tym ponad 6,5 tysiąca japoników. Pozostał ich jedynym właścicielem aż do śmierci w 1929 roku. Cały czas uzupełniał kolekcję, a ostatnie przedmioty zakupił na tydzień przed śmiercią.

Kazimierz Sichulski, Karykatura Feliksa Jasieńskiego i Leona Wyczółkowskiego (Odwołuje się ona do słynnego grabienia pracowni artystów. Jasieński jako Żyd wynosi zawartość w orientalnym worze do swojego domowego muzeum)

Wnętrze krakowskiego mieszkania Feliksa Jasińskiego. (Mieszkałabym! ^_^)

Mieszkanie Feliksa Jasińskiego. Na ścianie obraz Szał uniesień Podkowińskiego.

Utagawa Hiroshige, Scena w śniegu z serii: "Wytworny książę Genji"
Zbiory zgromadzone przez Feliksa Jasieńskiego są przeogromne! Główny trzon jego niesamowitej kolekcji stanowią eksponaty pochodzenia japońskiego, w skład których wchodzi 4500 drzeworytów ( w tym światowe unikaty z okresu Edo, słynne drzeworyty Utagawy Hiroshige i Katsushika Hokusaia  - od których zresztą Jasieński zaczerpnął swój najsłynniejszy pseudonim – Manggha), kolorowe i monochromatyczne malarstwo japońskie przedstawiające sceny z życia codziennego, pejzaże, studia ptaków i kwiatów, na które składa się około 100 obrazów poziomych (emakimono) i pionowych (kakemono). Kolejną dużą, bo bogatą w około 700 sztuk, gałęzią zbiorów Jasieńskiego, są dalekowschodnie militaria, czyli długie (katana) i krótkie (wakizashi) miecze samurajskie, sztylety (tantō), ozdobne części mieczy kute w żelazie, hełmy, maski wojenne i zbroje. Liczną grupą zbiorów jest kilkaset wyrobów rzemiosła artystycznego pochodzących z okresu od XVII –XIX wieku. Są to przede wszystkim wyroby z laki, a więc wszelkiego rodzaju puzderka, szkatułki, przybory do pisania, ozdoby do włosów i duże przedmioty użytkowe, często dodatkowo malowane, inkrustowane perłowcem i metalami lub rzeźbione. Poza tym w skład tej grupy różności można wliczyć tkaniny dalekowschodnie, kimona, pasy do kimon (obi), wyroby ceramiczne, parawany, fajki, instrumenty muzyczne, maski aktorskie, rzeźby sakralne oraz netsuke. Poza tym udało się Jasieńskiemu zgromadzić przedmioty z Chin i innych krajów Dalekiego Wschodu oraz bogaty księgozbiór dotyczący kolekcji, który do dziś jest częściowo aktualny. 

Utagawa Hiroshige, Rozpogodzenie po śnieżycy w Kameyama, plansza 47 z serii Pięćdziesiąt trzy stacje na gościńcu Tokaido, ok. 1833-1834
Poza tym kolekcja obejmuje grafikę, rzeźbę, rysunek i malarstwo polskich artystów młodopolskich, a więc wspomnianego już Podkowińskiego, Pankiewicza, Fałata, Mehoffera, Wyspiańskiego, Jacka Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Olgę Boznańską, Konstantego Laszczkę, Wojciecha Weissa i innych; malarstwo i grafikę zachodnioeuropejską (w tym nazwiska takiej klasy jak: Francisco Goya, Pierre Bonnard, Paul Gauguin, Edouard Manet), tkaniny i ubiory polskie, europejskie i bliskowschodnie (w  jednym z nich Jasieński statystował nawet w wystawianej ongiś sztuce Kasprowicza Uczta u Herodiady), czy pasy kontuszowe, których ilość zgromadzona przez bohatera dzisiejszego wpisu szła w setki!

Wazon z sylwetką smoka, 2. poł. XIX w.
Zbiory Feliksa Jasieńskiego od 1934 roku można oglądać w kamienicy Szołayskich w Krakowie (choć część z nich wspiera też inne odziały Krakowskiego Muzeum Narodowego). W czasie II wojny Światowej zainteresowali się nimi naziści, którzy uznali kolekcję Jasieńskiego za trzeci pod względem wartości zbiór w Europie i wykorzystali ją na rzecz wzmocnienia stosunków dyplomatycznych z Japonią. W 1944 roku zorganizowali wystawę japoników Jasieńskiego w krakowskich Sukiennicach, którą to wystawę wiele lat później wspominał Andrzej Wajda, jako iskrę-inspirację na rzecz działań ku stworzeniu krakowskiego Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, które "wyrasta z ducha wielkiego polskiego kolekcjonera i znawcy sztuki Feliksa Jasieńskiego (…), zgodne z jego głębokim i wciąż aktualnym rozumieniem społecznej roli sztuki, która służy szerokiemu odbiorcy, kształtuje i wychowuje, jest łatwo dostępna i szeroko znana, a nie ukryta w magazynach".

Biurko składane, XIX w.

Watanabe Shotei , Lato, ok. 1891

16 marca 2016

Amouage. Zapach przeznaczenia.


Kolejne spotkanie z perfumami Amouage było tylko kwestią czasu i wiedziałam to od momentu, kiedy napisałam ten tekst. W chwili, kiedy poznałam tę manufakturę niezwykłych zapachów, stworzoną przez krewnego omańskiej rodziny królewskiej, przestały się dla mnie liczyć inne perfumy. Każdy jeden zapach, który do tej pory uważałam za bogaty, pełen głębi i niezwykłości, zbladł przy wytworach perfumiarzy z Amouage, a nic nie zapowiadało takiego rozwoju sytuacji. Próbki zamówiłam niecały rok temu z ciekawości, wiedziona raczej ich niezwykłymi opisami (trudno nie zachwycić się opisem zapachu zainspirowanego Traviatą; odzwierciedlającego kwiat kamelii, który nie pachnie w swojej naturalnej postaci), a okazało się, że odkryłam markę której - wiem to - pozostanę wierna.


W międzyczasie romansowałam jeszcze trochę z próbkami niszowych zapachów innych firm, chociaż wiedziałam że - koniec końców - kupię któreś z pachnideł Amouage. Zamówiłam jednak Avignon Comme des Garçons, który w założeniu ma być zapachem kościoła katolickiego. Czuć w nim woń zmurszałych schodów gotyckich katedr i drewnianych stuletnich ławek (co zawdzięcza m.in. zawartemu w perfumach drewnu cedrowemu), na pierwszy plan wybija się jednak kadzidło, które na tyle dominuje w kompozycji, że jak dla mnie jest zbyt dosłowne. Perfum jest piękny i dobrze się w nim czuję, jednak nie o taki efekt zapachowy - jakbym spędziła cały dzień przed ołtarzem, w oparach tlącego się trybularza - mi chodzi.
Zagorsk z tej samej serii od Comme des Garçons to zapach cerkwi. Wyczuwam w nim głównie zapach iglastego drewna, które kojarzy mi się nie tyle z prawosławną świątynią, ile z gorącym i suchym zapachem sauny fińskiej (być może przez to, że jednym z kilku "drewnianych" składników zapachu jest sosna). Nawet gdybym chciała tak pachnieć, nie do końca da radę, bo zapach jest dość nietrwały. 
Z ciekawszych woni, które niedawno prztestowałam, wspomnę jeszcze Sensei Piotra Czarneckiego, orientalno-drzewny zapach unisex, w którym wyczuwam bardzo intrygującą mieszankę suszonych śliwek, kawy i dobrego alkoholu. Jestem na tak, aczkolwiek mam pewne zastrzeżenia co do trwałości, którą jednakże będę jeszcze sprawdzać.

W końcu nadszedł ten czas, kiedy musiałam się skupić na wyborze swojego zapachu Amouage. Decyzja nie był prosta, bo chociaż nie znam wszystkich woni tej firmy (jeszcze tyle przede mną ^_^), to te, z którymi zdążyłam się zapoznać, skutecznie zamąciły mi  w głowie. W końcu na placu boju pozostały trzy, a w zasadzie dwa, bowiem Interlude od początku był moim pewniakiem, a dla własnej przyjemności postanowiłam zamówić dwie pełnowymiarowe butelki. O drugie miejsce walczyły kwiatowo-kadzidlany Fate i ziołowo-przyprawowy Opus IV. W końcu zdecydowałam, że moim (nomen omen) przeznaczeniem będzie Fate i ten właśnie zapach ubrany w piękny tęczowy flakon z pozłacanym korkiem, zamówiłam jako drugi.


O zapachach Amouage napisano wiele, ja jestem niezbyt biegła w przedstawianiu zapachowych niuansów i labiryntów nut głowy, serca i bazy, więc sobie podaruję. Poza tym jestem zdania, że te wonie trzeba poznać osobiście, gdyż są tak głębokie i wielowymiarowe, że próby opisania ich są zawsze niezdarne w stosunku do bogactwa zapachu, jaki prezentuje każdy z perfumów. Nie umiem ich też porównać do żadnych bardziej znanych, mainstreamowych zapachów z popularnych perfumerii - są po prostu wyjątkowe i, co tu dużo mówić, warto dać się tą wyjątkowością otulić.


Perfumy Amouage są produkowane wyłącznie z naturalnych składników co wpływa na ich niespotykaną trwałość. Bardzo intensywny zapach utrzymuje się kilka godzin, potem nieco łagodnieje zmieniając swój charakter, by nawet na następny dzień pozostać aromatem wyczuwalnym tuż przy skórze. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że nosząc na sobie te zapachy trzeba być pewnym siebie, mieć niezachwiane poczucie własnej wartości, jednak - paradoksalnie - ubranie się w jakikolwiek zapach Amouage daje właśnie pewność siebie i poczucie wyjątkowości, o czym możecie przekonać się testując je na sobie :)


3 marca 2016

Wiosenne zmiany na lepsze


Do nowej fryzury wciąż się przyzwyczajam. Cięcie włosów zawsze budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się, że pozbywam się ciężaru długich pasm, problemów z rozczesywaniem i wymyślaniem nowych fryzur; z drugiej, krótkie i rozpuszczone to nie do końca moja bajka (a grzywka to już zawsze poroniony pomysł). Niemniej, po raz kolejny spróbowałam i oswajam, a jeżeli będę się dobrze czuć, w maju planuję kolejne cięcie. 
Muszę też pomyśleć nad jakąś stylizacją włosów, bo zawsze zostawiam je po myciu na pastwę losu i nie zajmuję się nimi wcale, suszę naturalnie i widzę, że przydałaby się im (grzywce szczególnie) mała uwaga. W moim przypadku jest to jednak większa akcja, gdyż muszę zaopatrzyć się w piankę i poszukać końcówki od suszarki. Także tego. Na razie mi się nie chce.
......
Poza tym postanowiłam na wiosnę wprowadzić kilka innych zmian.
1. Być częściej obecną na blogu. Zima i noszenie w kółko jednego ulubionego płaszcza, nie sprzyjało zamieszczaniu wpisów. Poza tym, muszę przyznać, że bardzo wygodną formą dzielenia się z Wami nowościami, zdjęciami i fajnymi linkami stał się dla mnie Facebook i Instagram i tam też najczęściej się pojawiam. Nie ukrywam, że tego typu przekaz jest bardzo wygodny i pozwala w bardzo szybki i mało pracochłonny sposób o czymś Was poinformować. Jednak najważniejszym miejscem jest blog i dlatego (choć zachęcam oczywiście do odwiedzania portali społecznościowych) to jemu zamierzam teraz poświęcić najwięcej czasu.
2. Dbać o siebie. Nie żebym teraz o siebie nie dbała, ale w ostatnim - dajmy na to - półroczu, zauważyłam że najzwyczajniej w świecie się starzeję. Coraz więcej mam siwych włosów, kurzych łapek, a cera nie jest już taka sprężysta jak dawniej. Taka jest kolej rzeczy i zmiany te akceptuję (chociaż niekiedy oglądanie wyfotoszopowanych dziewczyn w internecie potrafi zdołować), ale uświadamiają mi one, że czas pędzi naprzód i warto po prostu zatroszczyć się o własne zdrowie oraz wygląd. W tym celu stawiam na takie banały, jak dobre kosmetyki pielęgnacyjne, ale przede wszystkim zdrową dietę, ruch i badania lekarskie (brrr!)
3. Dobre zakupy. Umiejętność, którą ciągle doskonalę i którą praktykuję też pod hasłem: "biednego nie stać na kupowanie tanich rzeczy", chociaż akurat nie na cenę bym tu zwróciła uwagę, a na jakość. Wolę kupić raz, a porządnie, a więc jak buty i torby to ze skóry, jak sweter to z wełny lub kaszmiru, jak bluzki to z naturalnych tkanin, jak kosmetyki to ekologiczne, a jak biżuterię to ze szlachetnych kruszców (co oczywiście nie przeszkodziło mi kupić tego uroczego zestawu biżuterii z dzisiejszych zdjęć za 10 zł). Przy tego typu świadomych zakupach zwracam uwagę na maksymalnie jak najbardziej klasyczny krój i wzór, tak żeby przedmiot jak najdłużej mi służył. 
Takie rozsądne kupowanie idzie mi coraz lepiej - potrafię odrzucać już prawie wszystkie poliestry, nawet te, które kosztują złotówkę na wyprzedaży w ciucholandzie. Ale o tej zakupowej "filozofii" napiszę niedługo trochę więcej.
......
No to niech ta wiosna wreszcie przyjdzie, co nie?





(zdjęcia: Włóczykij)

6 lutego 2016

Nie lubię makijażu


Właściwie na stwierdzeniu zawartym w tytule wpisu mogłabym zakończyć. Szczerze nie lubię makijażu, uważam go za kłamstwo, a widok kobiet z grubą warstwą tuszu, niestarannie podkreślonymi ustami lub podkładem przez który przebijają pryszcze sprawia, że dostaję bólu oczu. 
Moje pierwsze próby makijażowe przypadają gdzieś na okres późnego gimnazjum. Używałam wówczas tylko jakichś błyszczyków (teraz bardzo nie lubię błyszczyków bo kleją mi się usta i przylepiają włosy) i przezroczystej odżywki do rzęs i brwi, ale to było za mało, więc pożyczałam od mamy jej - zbyt ciemne dla mojej karnacji - podkłady, brązujące pudry, różowe szminki i wydawało mi się, że wyglądam jak milion dolarów. Nie wiem, mam nadzieję, że w kontakcie ze światem zewnętrznym młodość broniła się sama, nawet pod warstwą tych okropnych kosmetyków, w każdym razie jak milion dolarów nie wyglądałam. Ani wtedy, ani później.
......
Potem nadszedł czas, kiedy zaczęłam kupować własne kosmetyki, bardziej współgrające ze mną, testowałam je wzdłuż i wszerz, ale nigdy tak naprawdę nie nauczyłam się malować. Miałam oczywiście przelotne znajomości z kolorowymi cieniami do powiek i romanse z podkładami, by ostatecznie stwierdzić, że najbardziej kręci mnie naturalna twarz podkreślona tylko tu i ówdzie.


Nie używam więc wielu kosmetyków. Moim stałym elementem makijażu jest płynny korektor pod oczy, który wklepuję żeby zatuszować ewentualne cienie. Na konkretne wypryski (a niestety te zaskakują mnie dość często) punktowo nakładam korektor lub bazę Fit me! od Maybelline, która tuszuje zaczerwienione miejsca. Kiedyś codziennie nakładałam na twarz podkład, ale po kilku godzinach zaczyna on wyglądać niefajnie po prostu, więc schowałam go do szuflady.

Brązowym cieniem z Bell podkreślam brwi. Nie sprawdziły się u mnie miękkie kredki do brwi, które notorycznie wyrywały mi włoski.
W przypadku większych wyjść nakładam na twarz puder, a na powieki cienie z takiej zwykłej, neutralnej paletki Wibo. Trzymam się raczej jasnych kolorów, w tych ciemnych czuję się trochę jak w przebrana na Hallowen, ale czasem też je stosuję. Moim patentem na większe wyjścia (z racji tego, że nie używam różu, bo często mam wypieki na policzkach) jest używanie perłowego cienia na kości policzkowe, który je doskonale rozświetla.

Przy niewielkiej ilości kosmetyków, moja kolekcja szminek jest dość pokaźna. Jednak różnice między poszczególnymi kolorami są dość subtelne i tym też uzasadniam ich ilość (nie mówiąc już o tym, że niektóre są matowe, inne błyszczące itd.). W każdym razie usta w ciemnym kolorze, to podstawa mojego makijażu.
......
I to właściwie koniec mojego malowania. Nie ma w tym szaleństwa, jest konsekwencja, którą przedstawiam na obrazku poniżej (tak właśnie wygląda mój codzienny makijaż). Czasem dodaję do tego eyeliner, jednak często łzawią mi oczy i nawet ten wodoodporny wygląda wówczas nieestetycznie. A może znacie jakieś fajne, wodoodporne eyelinery?