7 lutego 2018

Italia - podsumowanie stycznia


Jak wiecie z jednego z poprzednich wpisów, w styczniu zaczęłam prowadzić Zmysłownik - coś na kształt kalendarza kulturalnego, w którym codziennie uzupełniam kronikę, a na koniec miesiąca podsumowuję wszystkie swoje osiągnięcia związane z kulturą i poszerzaniem wiedzy; w formie spisów, tabelek i kolaży zdjęć. Styczeń okazał się być bardzo płodnym miesiącem. Dużo czytałam, obejrzałam rekordową w ostatnim czasie ilość filmów oraz zrobiłam kolaż, z którego jestem bardzo dumna. Zaczęłam styczeń bez większego planu, jednak po kilku dniach wyklarował mi się motyw miesiąca, a została nim Italia. Nigdy specjalnie nie lubiłam Włoch, myślę jednak że niesprzyjająca aura za oknem sprawiła, że wszystkie te słoneczne motywy szczególnie do mnie przemówiły, w związku z czym, od połowy miesiąca, świadomie już sięgałam tylko po to, co związane z Italią. Dodatkowo na koniec stycznia kupiłam sobie książkę kucharską z włoskimi przepisami i moje styczniowe dolce vita mogłam odbierać wszystkimi zmysłami, jak na projekt o tej nazwie przystało.
......
Chciałabym podzielić się z Wami swoimi styczniowymi odkryciami. Skupię się tylko na tych, które dotyczą Włoch, chociaż jak widzicie na poniższym zdjęciu, było kilka rzeczy niezwiązanych z tym krajem.


Śmierć w Wenecji. Moje pierwsze spotkanie z obrazem Viscontiego (ponad dekadę temu) było ciężkie. Właściwie po 20 minutach chciałam wyłączyć komputer, jednak tym, co kazało mi oglądać ten fascynujący spektakl dalej, były niezwykle malownicze kadry, impresjonistyczne ujęcia plaży i niezwykle niespieszne (co było jednocześnie moim zarzutem wobec filmu) ukazywanie nadmorskiego życia w typowym kurorcie dla dobrze sytuowanych. Główny wątek filmu - fascynacja Gustawa von Aschenbacha Tadziem, zeszła wówczas na dalszy plan i dopiero drugi (i kolejne) seanse, oszołomiły mnie wielością interpretacji, głębią tego, czego jesteśmy świadkami śledząc pozornie błahe gesty bohaterów (genialna gra Dirka Bogarde) i ich stopniowe zanurzanie się w niszczycielskiej sile uczucia i epidemii, ale o tym napiszę niżej, gdzie omawiam książkę. Porównując tę warstwę wizualną Śmierci w Wenecji do książki, uważam że jest to niezwykle dobra ekranizacja. Visconti w niezwykle przenikliwy sposób ukazał to, o czym czytamy w noweli Manna, oddając w obrazie całą istotę jej treści.
La grande bellezza. Tak jak powiedzieć o Śmierci w Wenecji, że jest to film o dojrzałym mężczyźnie wzdychającym do chłopca, tak powiedzieć o La grande bellezza, że jest to obraz o poszukiwaniu piękna, jest zarazem dyletanckim uproszczeniem, jak i - w związku z tym, że trudno w kilku słowach oddać ducha obu filmów - bardzo ogólnym streszczeniem fabuły, które, pomimo tej płytkiej interpretacji, w jakiś sposób nakreśla podstawowy i najbardziej charakterystyczny wątek filmu. Otóż tak, Wielkie piękno jest filmem o trwającym wiecznie (w wiecznym mieście zarazem) poszukiwaniu. Znów więc, jak w Śmierci... mamy motyw upływającego czasu i Artystę - tym razem bohaterem jest pisarz jednej książki, 65 letni Jep Gambardella - który zabiera nas w symboliczną podróż po Rzymie. Wędrujemy więc przez skąpane w słońcu wąskie ulice, zielone przyklasztorne ogrody, katolickie świątynie pełne złota i dawnej sztuki, trwające do rana imprezy pod gołym niebem, odwiedzamy opustoszałe włoskie pallazzo, oświetlone jedynie blaskiem świecy, by wraz z naszym cicerone odpocząć na jego nadzwyczajnym tarasie z widokiem na Koloseum. Wieczne miasto jest jednak pełnym rozmachu, ale tylko tłem, do postawienia ważnych pytań o przeżywanie sztuki i jej kryzys, o snobizm i współistniejącą z nim ignorancję, wreszcie o duchowość, która kontrastuje ze zmysłowością. Wszystko to w pełnych doskonałości kadrach, które usatysfakcjonują wszystkich estetów.
Utalentowany Pan Ripley. W tym filmie wszystko jest zjawiskowe. Począwszy od pięknych, niezwykle sugestywnych bohaterów (genialna, "amerykańska" rola Philipa Seymoura Hoffmana), przez obrazy Rzymu, Wenecji, małego miasteczka nad morzem pełnego lokalnego kolorytu; piękno renesansowych pałaców zestawione z jazzowymi klubami lat 50-tych, aż po wspaniale skonstruowany scenariusz, który sprawia, że film do ostatniej sceny ogląda się z niesłychaną ciekawością. Na tym tle z całą mocą rozbrzmiewa historia zręcznego manipulatora, Toma Ripleya, który bardzo przypadkowo dołącza do grupy bogatych rówieśników, chłonących włoskie życie pełnymi garściami. Nieśmiały, bardzo inteligentny bohater, który obserwuje to życie z mieszaniną zazdrości i fascynacji, postanawia stać się jednym z nich, co ostatecznie prowadzi do tragedii. I to niejednej.
Malena. Ten film, w przeciwieństwie do pozostałych trzech, oglądałam po raz pierwszy. Słyszałam o nim wiele razy od znajomych, chociaż żadna z tych opinii nie zachęciła mnie do sięgnięcia  po niego wcześniej. W Malenie włoskie widoki ograniczają się do małego, nadmorskiego, sycylijskiego miasteczka, któremu brakuje nieco urody, szczególnie kiedy porównuje się je z malowniczymi lokacjami z pozostałych filmów. Dzięki temu jednak świetnie odgrywa ono rolę neutralnego tła dla filmowej bohaterki, której sposób bycia i uroda zdecydowanie wybijają się na tle pospolitych mieszkańców i przyprawiają wszystkich okolicznych młodzieńców o szybsze bicie serca oraz innych części ciała, co - jak na film o dojrzewaniu przystało - zajmuje dość poczesne miejsce w całej historii. Jednak nastoletni chłopcy w sennym, gorącym miasteczku marzą nie tylko o Malenie. Równie ważne są długie spodnie i strzyżenie na fotelu "dla dorosłych", co równa się wkroczeniu do świata prawdziwych mężczyzn. Chociaż do filmu raczej nie powrócę, uważam go za jeden z odważniejszych obrazów ukazujących proces chłopięcego dojrzewania i polecam Waszej uwadze. 


Śmierć w Wenecji /Thomas Mann/ - audiobook. Nowela Manna jest niesamowicie wymagającą lekturą, szczególnie kiedy dawkuje się ją w formie audiobooka (tym bardziej, że był to mój pierwszy audiobook od czasów Pana Tadeusza, którego słuchałam w liceum, nie skupiając się jednak zbytnio), w zamian dostarczając niesamowitych wrażeń estetycznych. W ogóle forma noweli - szczególnie że dzisiejsza literatura przesycona jest gadaniną i rozwlekaniem wątków na wiele, wiele stron - działa dobrze na umysł, podając mu bardzo konkretne informacje, nie stroniąc jednocześnie od wyrafinowanej formy wypowiedzi. Długo by pisać o genialności tej książki, powstały na jej temat nawet prace naukowe, które bardzo polecam (np. Marcin Wołk, Późne wtajemniczenie. O "Śmierci w Wenecji" Tomasza Manna, i inne, dostępne w necie), gdyż okrojona współcześnie edukacja sprawia, że bez małych podpowiedzi nie jesteśmy w stanie dostrzec wszystkich znaczeń i niuansów, jakie autor wykoncypował na tych kilkudziesięciu stronach pozornie zwyczajnej opowieści. Osobiście najbardziej lubię ewolucję narracji, ukazującą stopniowy upadek Gustawa von Aschenbacha. Spokojna początkowo, choć z elementami zapowiadającymi tragizm wydarzeń, opowieść o Sztuce, duchowym pięknie wielbionym przez bohatera w osobie jasnowłosego Tadzia, opowieść o obowiązku społecznym, o fundamentach kultury, przyzwoitości, dochodzi w pewnym momencie do punktu kulminacyjnego, jakim jest nieudane opuszczenie Wenecji przez Aschenbacha. Niby nic się nie zmienia, bohater zostaje, a jednak zmienia się wszystko, bowiem od tej chwili poddaje się szaleństwu uczucia, a jego dotychczasowe zasady zostają odsunięte na bok, zatraca się w swoich obsesjach i snuje po mieście wleczony na błazeńskim pasku namiętności.
Książęta kościoła, artyści i kurtyzany. Opowieści rzymskie /Josef Imbach/. Tytuł tej książki w dużej mierze podsumowuje jej treść, na którą składa się kilkadziesiąt bardzo ciekawych, osadzonych w historii, gawęd o wiecznym mieście. Przemierzamy rzymskie dzielnice, by przystanąć na chwilę przed godnym uwagi budynkiem, zatrzymujemy się przed tablicami pamiątkowymi poznając historie papieży, ich nałożnic, a nawet rzeźb Maryi Dziewicy będących podobizną tych drugich. Wchodzimy do włoskiej lodziarni Giolitti (48 smaków do wyboru!), zaglądamy do latryn starożytnego Rzymu, przyglądamy się zabytkom lub pozostałym po nich śladom, by na koniec kupić sobie papieskie błogosławieństwo, wykaligrafowane za kilkadziesiąt euro. W czasie tej przechadzki, warto mieć pod ręką smartfona, żeby na bieżąco oglądać wszystkie wymienione w książce miejsca.
Improwizator /Hans Christian Andersen/. Jeden z rozdziałów swojej pracy magisterskiej poświęciłam powieściom odcinkowym, które ukazywały się w pewnej XIX-wiecznej gazecie. W dużym skrócie mówiąc, historie te konstruowane były według czarno-białego schematu, w którym najważniejszy był cel dydaktyczny, czyli ukazanie moralnego (i niemoralnego) postępowania bohaterów, potwierdzenie jakiejś tezy postawionej przez autora i ugruntowanie tradycyjnej roli kobiety. Taka właśnie jest ta książka. Spodziewałam się XIX-wiecznej historii - że posłużę się takim wyrażeniem - z gatunku płaszcza i szpady. Zapowiedzi obiecywały epickie opisy Włoch i wspaniałe przygody. O ile opisom nie mogę odmówić rozmachu i plastycznego ujęcia, o tyle przygody są tak niesamowite, że ich liczba zdołałaby zapełnić trzy książki o podobnej tematyce. Dodatkowo, bohaterowie narracji natrafiają na siebie w najbardziej niesamowitych momentach i najodleglejszych miastach Italii, zupełnie jak w taniej telenoweli, a ich losy są z góry określone. Na szczęście nawet Ci, którzy zeszli na złą drogę, mają szansę przedśmiertnego nawrócenia, z której ochoczo korzystają, a główny bohater - który wydaje się przed podjęciem każdej decyzji zapytywać: Co w tej sytuacji zrobiłby Chrystus? - jest wzorem cnót i nigdy nie myli namiętności z miłością.



Italia do zjedzenia /Barek Kieżun/. Kiedy zobaczyłam tę marmurowo-złotą okładkę po raz pierwszy, na zdjęciu w internecie, pomyślałam że jest to z pewnością jedna z tych bardzo pretensjonalnych współczesnych książek kucharskich, w których przepisy wymagają bądź wydania milionów monet na poszczególne składniki dań, bądź ich bezpośredniego sprowadzenia z jakichś zapomnianych regionów, są bowiem tak przesiąknięte lokalnością, że poza miejscem ich wytwarzania, nigdzie nie można ich znaleźć. Otóż nie, moi drodzy. Italia do zjedzenia oprócz posiadania pretensjonalnej  - i jakże włoskiej - okładki, pełna jest świetnych, prostych przepisów na dania, które w kilkanaście minut wyczarujemy w naszej kuchni, używając Parmigiano-Reggiano z najbliższego Lidla. Jedynym przepisem z górnej półki, jaki do tej pory namierzyłam w książce, jest tagliatelle z czarną truflą. Poza przepisami, książka pełna jest opowieści o regionach, miastach i miejscach, napisanych z lekkością i humorem oraz zdjęć, które zachęcają do rzucenia wszystkiego i wybrania się do tego słonecznego świata, gdzie cytrusa zerwiemy sobie prosto z drzewa. Polecam także blog autora, gdzie już teraz możecie poczuć ten klimat.
Jedynym minusem książki, jest wspomniane złoto na okładce, które ściera się przy użytkowaniu. Może trochę marudzę, jednak przy tak niezwykle estetycznym wydaniu, przydałoby się coś trwalszego.




Od dłuższego czasu myślałam nad tym, by zrobić kolaż. Mam taki specjalny kartonik, w którym zbieram ciekawe wycinki z gazet (szczególnie te w stylu retro, o które dość ciężko we współczesnych pismach), jednak dopiero kolaże ze Zmysłownika zainspirowały mnie na tyle, że postanowiłam zrobić własny. Początkowo myślałam że będzie to taki mini kolaż bezpośrednio na jego kartach, jednak wstępna wizja zaczęła się rozszerzać, w związku z czym kolaż ma wymiar nieco większy niż klasyczne A4. Długo by pisać jak powstawał. Najpierw w Piśmie znalazłam Tadzia, który jest tak naprawdę biblijnym Tobiaszem z obrazu Andrei del Verrocchio i od niego wszystko się zaczęło. Do tej postaci zaczęłam dobierać pozostałe elementy i tworzyć w głowie wypełnioną nimi przestrzeń. Musiałam też wydrukować morskie tło (obraz Courbeta), postać lekarza w masce oraz bohatera kolażu - Gustawa von Aschenbacha, gdyż to bezsprzecznie jemu poświęcony jest kolaż. Wszystkie elementy wyklejanki mają swoje znaczenie - jeżeli znacie książkę i film (gdyż kolaż łączy oba dzieła), możecie pobawić się w interpretację. Podpowiem dwa pierwsze dolne elementy: secesyjny ornament ma symbolizować europejską kulturę w początkach XX wieku, która stanowi niejako fundament całej opowieści, natomiast dwa fragmenty pisane niemieckim gotykiem nad nim, odnoszą się bezpośrednio do pisarskiego fachu Aschenbacha, osadzonego głęboko w niemieckości, naznaczonego rutyną codzienności, w którym nastąpił jednak pewien wyłom, na co wskazuje dłoń umieszczona pośrodku. Życząc Wam udanej zabawy, napiszę jeszcze, że najbardziej morderczą dla mnie częścią wykonania kolażu było klejenie, które zajęło mi równe 2 godziny.


Jeżeli jeszcze nie macie dość (a wierzcie mi, że ja już trochę mam, bo tworzę ten wpis trzeci dzień z rzędu), to chciałabym polecić Wam trzy dodatkowe inspiracje związane z Italią, które nie znalazły się w Zmysłowniku. Pierwszą z nich jest Koncert na dwie mandoliny i orkiestrę Vivaldiego, którego słucham w ostatnim czasie co najmniej kilka razy dziennie. 
Drugi w kolejności jest link do świetnego instagrama i bloga Annalisy P. Cignitti, który śledzę odkąd powstał (no prawie). Jak sama pisze: Dzisiejsze czasy, skierowane ku zapomnieniu przeszłości, grożą zabiciem Piękna. Ten, który żyje dla Piękna, Esteta, uczestniczy w spektaklu ruiny i dostrzega swoją dekadencję. Dekadencja jest świadomością końca, momentem, w którym wszystko się zapada, ostatnim splendorem przed otchłanią. To, co umiera, jest piękne, jednak piękno tego jest tragiczne, ponieważ jest przemijające, a przez to śmiertelne. To właśnie przed tym poczuciem końca esteta buntuje się, szukając tego, co jest do uratowania.
Na koniec coś dla zmysłu smaku i węchu, a więc szybki obiad w stylu włoskim, który wymyśliłam naprędce pewnego styczniowego dnia. Potrzebujmy: ugotowany al dente makaron (ja miałam spaghetti, jednak myślę, że muszelki czy świderki lepiej oblepią się sosem), puszkę tuńczyka w oleju, kilka-naście plasterków prosciutto, dwa ząbki czosnku pokrojone w plasterki, dymkę i oliwę z oliwek. Na oliwie podsmażamy szynkę z czosnkiem, dokładamy tuńczyka, makaron, dymkę, dolewamy więcej oliwy, chwilę wszystko mieszamy i gotowe. Buon appetito!
......
A na koniec końców, dwa moje ulubione obrazy stycznia. Caravaggio, zaraz za marmurową okładką, otwiera Italię do zjedzenia. Wybornie.

/Adriaen van der Spelt, Trompe-l'Oeil Still Life with a Flower Garland and a Curtain, 1658/

/Caravaggio, Basket of Fruit, ok. 1599/

30 stycznia 2018

Karnawałowe przebranie w starym stylu


W dzisiejszych czasach nie świętuje się już karnawału z jakimś szczególnym zapałem. W świadomości społecznej początkowe miesiące roku nie są traktowane jako natężony okres zabaw, rzadko słyszy się o organizowanych z tej okazji spotkaniach, balach czy imprezach. Powiedziałabym, że przebierane spotkania to raczej taka ciekawostka w konkretnych środowiskach i grupach, a jedyną bardziej powszechną tego typu okazją jest Sylwester. Już długo, długo przed końcem/początkiem roku pojawia się mnóstwo ofert, można więc wybrać zarówno rodzaj imprezy, jak i możliwość bawienia się z zupełnie obcymi osobami.
Ale ja nie o tym... Powiedzmy, że to taka mała dygresja tytułem wstępu do dzisiejszego wpisu, w którym chciałam Wam pokazać swoje sylwestrowe przebranie, które jednocześnie może zainspirować kogoś z Was, wybierającego się na jakieś przebierane spotkanie z okazji karnawału.
......
Sylwestra świętowałam w gronie znajomych z pracy (i w pracy przy okazji :) Najpierw wpadłam na pomysł wystylizowania się na rosyjską arystokratkę, jednak z tego stylu korzystam niekiedy w codziennych stylizacjach, a chciałam poczuć się zupełnie inaczej niż zwykle, jednocześnie nie wydając ani grosza na strój (w końcu jestem z Poznania). Wymyśliłam więc, że gdybym mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabym supermenem eleganckim dandysem w szlafroku i zaczęłam kompletowanie stroju, który ostatecznie składał się z następujących elementów:
  • szlafrok - kupiony w ciucholandzie, pożyczony od Włóczykija
  • czapeczka - też z ciucholandu, w dzień Sylwestra na szybko dorobiłam do niej chwościk z muliny
  • fajka i jedwabny szalik - pożyczyłam od taty
  • chwost do zasłon - jako ozdobny element przy pasku od szlafroka
  • czarne rurki - moje codzienne zwykłe spodnie
  • haftowane buty typu loafers - aksamitne kapcie, które kupiłam w ciucholandzie, noszę je na co dzień w bezdeszczowe dni :)
  • skarpety - ja włożyłam bordowe w prążki, które kolorystycznie pasowały do pozostałych elementów. Bardzo fajne męskie skarpety w stylu dandy widuję w TkMaxx
  • pierścień - powinien to być sygnet, jednak jak się nie ma, co się lubi...
  • okulary - zazwyczaj leżą sobie na stole jako ozdoba, stwierdziłam, że fajnie uzupełnią przebranie
  • wąs - wycięty z kawałka futrzanego skrawka, przyklejony na taśmę dwustronną
Moją inspiracją był XIX-wieczny domowy strój męski, którego podstawowymi elementami były właśnie: szlafrok w orientalne wzory oraz czapeczka z chwostem. Nie udało mi się znaleźć informacji czy rodowód podobnego odzienia - bonżurki, z angielskiego zwanej smoking jacket, czyli marynarki do palenia (szyta z aksamitu, z szerokim kołnierzem, zazwyczaj dwurzędowa, przewiązywana plecionym jedwabnym paskiem z chwostami) wywodzi się bezpośrednio ze szlafroka, jednak wszystko na to wskazuje. Odzienia te, prócz walorów wizualnych, spełniały też rolę praktyczną, chroniły bowiem włosy i ubranie spodnie przed niezbyt miłym zapachem tytoniu.
Kolejnym źródłem inspiracji były dla mnie instagramowe profile współczesnych dandysów, które pełne są rewelacyjnych stylizacji i połączeń kolorystycznych. Szczególnie polecam stronę @mr.fabio_trombini - dandysa z Londynu, u którego znajdziecie nie tylko piękne ubrania, lecz także trochę sztuki, poezji, architektury i wszystkiego tego, co sprawia, że życie jest piękne. Jestem jego totalną fanką!
......
Jakość zdjęć pozostawia wiele do życzenia, jednak były robione na szybko - bezpośrednio przed wyjściem - dokładnie w tym momencie, kiedy człowiek będąc już jedną nogą poza domem, zaczyna sobie przypominać, co jeszcze trzeba ze sobą zabrać.






9 stycznia 2018

Szczęśliwi czasu nie liczą. Ponoć.


Nowy rok - stara ja, czy jak to się tam mówi... Tak czy inaczej, początek każdego roku to - prócz obszernej listy postanowień z 2016 roku, prawie zrealizowanej w 2017 i przepisanej na 2018 - czas, kiedy sięgam po nowy kalendarz. I zawsze jest tak samo - piękny, pachnący, ilustrowany obficie egzemplarz, tak uwielbiany i zadbany w styczniu i na początku lutego, w marcu staje się notesem do wszystkiego: spotkań, obowiązków, planów finansowych, jadłospisu na kolejny tydzień, filmów do obejrzenia, nowości kosmetycznych do przetestowania itd. I zawsze tak samo - pięknie kaligrafowany prowadzony w styczniu i na początku lutego, w marcu staje się zeszytem ćwiczeń mojego najbrzydszego pisma, miejscem bazgrołów z pokreślonymi stronami i powyrywanymi kartkami. 
......
Postanowiłam temu jakoś zaradzić i w związku z tym, że uwielbiam mieć wszystko wypisane, uporządkowane i dokładnie zaplanowane, a jednocześnie bywam dość kreatywna, pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie dla mnie bullet journal. Może spotkaliście się z tym określeniem, może nie. Generalnie jest to idea kalendarza i notatnika w jednym, który zakładamy w czystym zeszycie i projektujemy od podstaw. W zależności od potrzeb i umiejętności może to być minimalistyczny kalendarz z rozpiską najważniejszych zadań, albo - przeciwnie - bogato ozdabiany rysunkami i naklejkami dziennik z naszego życia, a najczęściej połączenie jednego i drugiego, gdyż taka jest właściwie idea bujo - połączenie kalendarza i wszystkich innych rozpisek w jednym. No więc, kiedy już poczytałam o co w tym chodzi, napaliłam się mnóstwem pięknych inspiracji z Pinteresta i kupiłam sobie jedyny słuszny notes Leuchtturm 1918 (tak czy inaczej, to jest naprawdę świetny notes; papier jest cienki i nieprzebijający, idealny nawet do mokrych atramentów, więc polecam go wszystkim, którzy uwielbiają pisać piórem) i mnóstwo kolorowych pomocy na Aliexpress - zabrałam się wreszcie do dzieła. Bajeczna strona tytułowa miesiąca października, kalendarz tygodniowy, tabelki z nawykami, rozpiska z treningami (tak, miałam taki chory pomysł), miejsce na codzienne podsumowanie dnia i podziękowanie za coś tam dobrego, co danego dnia miało miejsce, rubryka blogowa, która miała pomóc mi planować wpisy w social mediach i... no kurczę, wytrzymałam niecały miesiąc. 
Po pierwsze, zawsze kiedy przypominałam sobie o uzupełnianiu bujo, nie miałam go akurat przy sobie, a kiedy już trzymałam go w rękach, nie pamiętałam, co przydarzyło się trzy dni wstecz. Jednak najbardziej denerwowało mnie to, że wszystko musiałam tworzyć sama od podstaw, że wszystko musiałam wpierw wyrysować, a dopiero później uzupełnić. To było naprawdę frustrujące, kiedy chcąc wpisać jakąś aktywność na kolejny tydzień, trafiałam na pustą kartkę. Ja wiem - jest to kwestia organizacji i nawyku, jednak, w gruncie rzeczy, szkoda mi czasu na rysowanie kalendarza - w czasie przeznaczonym na mechaniczne kreślenie tabelek wolę poćwiczyć kaligrafię.
......
No dobrze, nadszedł nowy rok, trzeba było przedsięwziąć jakieś działania w kwestii papierowej organizacji czasu. I tak, moim podstawowym narzędziem do spraw bieżących stał się mały kalendarz z Muchą, który Włóczykij kupił mi w Pradze (o Pradze będzie wkrótce wpis na blogu, zaraz to zanotuję). Tam wpisuję wszystkie rutynowe sprawy: spotkania, zadania, plany, bieżące finanse itd. Tam bazgrolę, bo i tak ten kalendarz wyrzucę (nigdy nie zostawiam starych kalendarzy) - wycinając uprzednio reprodukcje Muchy. Natomiast moją totalną nowością organizacyjno-wspomnieniową, wyrosłą z zafascynowania możliwościami, jakie jednak daje bullet journal, jest Zmysłownik Kukbuka*, na który trafiłam kilka dni przed Świętami Bożego Narodzenia i gdy tylko zobaczyłam tę oprawę graficzną, wiedziałam że muszę go mieć! Jak widzicie na zdjęciach, każdy miesiąc otwiera półprzejrzysta strona z jakimś motywem i kolaż (autorstwa Aleksandry Morawiak), a dalej jest kilkanaście stron w linie do dowolnego uzupełnienia. Zmysłownik nie jest więc moim najważniejszym kalendarzem lecz najistotniejszym. Jest to księga, pomyślana przeze mnie jako kronika kulturalna i emocjonalna, zaplanowana tak, żeby zostawić ją jako pamiątkę, ale też i do niej wracać.
......
Każdy miesiąc podzieliłam na kilka stałych rubryk, które uzupełniam na bieżąco, bądź będę uzupełniać zbiorczo wstecz. A więc - idąc po kolei - każdy miesiąc zaczyna się od strony podsumowującej moje blogowanie w danym czasie (ze zdjęciami), dalej coś co zaistniało już w bullet journalu, czyli kronika każdego dnia i podziękowanie za jedną, bądź kilka dobrych rzeczy, które w danym dniu miały miejsce. Kolejne strony zajmie foto-kronika z formie kolażu (postaram się być wierną tej przyjętej formie), a dalej kulturalne podsumowanie miesiąca, w którym wypisuję wszystkie przeczytane książki, obejrzane filmy (oprócz tych różnych głupot z You Tuba), świetną muzykę i wydarzenia z szeroko rozumianej kultury, w których brałam udział (też częściowo ze zdjęciami). Następne strony poświęciłam na to, do czego chcę wrócić w przyszłości, a więc wypisuję na nich wyimki z książek, cytaty, wiersze itd. W styczniu jest to cudowny Król Olch, którego przepisałam nawet w oryginale (fajnie jednak znać słowa, kiedy się słucha schubertowskiej wersji), cytaty o tworzeniu świata za pomocą języka z Madame Antoniego Libery, fragment II pieśni Raju z Boskiej Komedii Dantego (który to fragment pojawia się jako słowa jednego z utworów ścieżki dźwiękowej filmu Podwójne życie Weroniki)  i dekalog tkliwego nihilisty - polecam, jeśli nie znacie.
Na razie tyle. Jest nieźle, zważywszy na to, że to dopiero drugi tydzień stycznia. W każdym razie bardzo się cieszę, że piękna forma Zmysłownika zainspirowała mnie do jednego z postanowień noworocznych - by wolny czas w większej niż do tej pory ilości, przeznaczyć na kulturę. Mam nadzieję, że kiedy za dwanaście miesięcy go otworzę i kartka po kartce przewertuję, będę mogła powiedzieć: "To był dobry rok!". No ale teraz już dość tej kultury przez duże K, Ą i Ę - ja wbijam na kanał do Niekrytego Krytyka, a Wam życzę miłego oglądania zdjęć :)

* przy okazji Zmysłownika, zakupiłam też czasopismo Kukbuk i jest to najgorzej wydane 19 złotych w minionym roku. Serio, spodziewałam się fajerwerków, tym bardziej, że obserwuję ich na facebooku i zawsze czekam na świetne felietony o jedzeniu, tymczasem w wydaniu papierowym nie znalazłam kompletnie NIC, co by mnie zajęło. 











31 grudnia 2017

Blogowe podsumowanie roku 2017

Ostatni dzień roku, to dobry czas na blogowe podsumowania i przypomnienie wpisów, które udało mi się zamieścić w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. W tym roku nie było ich wiele. Brak czasu, czy raczej kiepska organizacja tegoż, sprawiły, że miesiące wiosenne i wakacyjne pozostały bez wpisów, a pozostałe robiłam od przypadku do przypadku. Pełną parą udało mi się ruszyć dopiero jesienią i zaprezentować Wam kilka ulubionych jesiennych zestawów ubraniowych. Jakby nie było, pomimo poruszania innych tematów, moda wciąż jest na blogu motywem przewodnim - przynajmniej dla mnie. A co w nowym roku? Nie znikam, wręcz przeciwnie - mam nadzieję, że uda mi się publikować co najmniej dwa wpisy miesięcznie (chociaż mam różne pomysły i cichą nadzieję, że będzie tego więcej), a ponadto być wciąż obecną na Facebooku i Instagramie, gdzie was bardzo serdecznie zapraszam. W ostatnim czasie zaczęłam się nawet przekonywać do instagramowych relacji i chociaż nie prowadzę nagrań na żywo, ani żadnych nagrań z udziałem swojej osoby (nie wiem, może kiedyś się odważę), to jednak doceniam fakt tych krótkich, ulotnych (bo znikających po 24 godzinach) zdjęć i filmów, które pozwalają mi dzielić się z wami bieżącymi chwilami, ciekawostkami i tym wszystkim, co nie zasługuje na dłuższy ślad pozostawiony w internecie.
......
Korzystając z okazji, chciałabym złożyć wam najserdeczniejsze życzenia noworoczne. Niech wszystkie Wasze postanowienia (zwłaszcza te przepisywane od kilku lat) spełnią się z nawiązką, a poza tym - jak to się dawniej mówiło - niech się Wam darzy!
......
A teraz czas na przegląd moich ulubionych wpisów z tego roku. Kliknięcie w zdjęcie przekieruje Was do konkretnego posta.
......
Dobrej zabawy!

http://emnilda.blogspot.com/2017/06/ulubiona-sukienka-w-kwiatki.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/11/jesien-w-lesie.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/06/orientalny-szlafrok-w-wersji-wieczorowej.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/10/znow-nadesza-jesien-czyli-kilka-mysli-o.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/02/sia-detalu-akcesoria-w-hasztagach.html
Prócz mody, pojawiło się na blogu także kilka wpisów o innej tematyce. W jedym z postów pokazałam Wam swoje akcesoria, takie jak biżuteria, torebki, buty, nakrycia głowy czy rajstopy, które mogą w pomysłowy sposób uzupełnić codzienne stylizacje.

http://emnilda.blogspot.com/2017/06/co-u-mnie-sychac-tej-wiosny-instamix-12.html

W minionym roku na blogu znalazły również  miejsce wpisy związane z remontami mojego mieszkania i chociaż łazienkę pokazałam bardzo pobieżnie (dopiero w nadchodzących miesiącach mam zamiar przygotować o niej osobny post), to sypialni poświęciłam cały wpis, do którego oglądania zapraszam.

http://emnilda.blogspot.com/2017/10/sypialniana-szczypta-klasyki.html

http://emnilda.blogspot.com/2017/05/zycie-w-xix-wiecznej-kamienicy-1.html
Życie w XIX-wiecznej kamienicy #1 to wpis, który cieszył się ogromną popularnością i uzyskał najwięcej wyświetleń w skali całego 2017 roku. Możecie w nim wyczytać mnóstwo ciekawostek o typowej kamienicy mieszczańskiej - jak wglądał jej układ architektoniczny, kto zajmował poszczególne kondygnacje, a także jak przedstawiał się układ pomieszczeń w mieszkaniu i co to jest berlinerzimmer. Jak widzicie w tytule, jest to pierwsza część wpisu. Kolejna, tym razem traktująca o wnętrzach i wyposażeniu poszczególnych pomieszczeń, pojawi się ma blogu już niedługo.

http://emnilda.blogspot.com/2017/10/spirytyzm-i-wirujace-stoliki.html
Z okazji Halloween mogliście poczytać o tym, jak tajemnicza doktryna stworzona w poł. XIX wieku przez francuskiego naukowca, rozeszła się po Europie. Mowa oczywiści o spirytyzmie - dla niektórych zabawa, dla innych religia, dla wszystkich ówczesnych trend, który wpisał się w życie towarzyskie.

http://emnilda.blogspot.com/2017/01/azjatycka-pielegnacja-5-ulubionych.html
Na początku stycznia, zachwycona odkryciem nowej metody dbania o swoją skórę, popełniłam wpis o 5 ulubionych rytuałach kosmetycznych, zaczerpniętych prosto z Azji. Nie powiem że wpis ten się zdeaktualizował, jednak czas pokazał, że nie potrzebuję aż tylu kosmetyków żeby wyglądać pięknie (a co!), poza tym warto je miksować - nasze polskie kosmetyki i są równie skuteczne i tańsze. Wkrótce o tym napiszę, gdyż ostatni rok był dla mnie bardzo przełomowy w kwestii dbania o cerę. Dobranie odpowiednich składników aktywnych sprawiło, że nie mam żadnego problemu z wypryskami, ktore były moją zmorą od czasów nastoletnich!
......
Ostatni wpis, który chcę Wam przypomnieć, to relacja z przygotowań kalendarza adwentowego dla Włóczykija. Warto było.
http://emnilda.blogspot.com/2017/11/kalendarz-adwentowy-pomys-na-prezent-od.html

8 grudnia 2017

Grudzień. Instamix #2


Mamy grudzień, a więc najlepszy czas w roku (osobiście lubię każdy tydzień, miesiąc i porę roku, jednak grudzień, a więc: wczesne wieczory, przystrojone ulice i grzane wino na jarmarkach, mają w sobie najwięcej magii i uroku), dlatego dzisiaj zaserwuję Wam wpis tematyczny z grudniowymi zdjęciami z bloga i Instagrama. Kilka pochodzi z zeszłego roku, ale są tak fajne, że postanowiłam je przypomnieć. 
Powoli szykuję się do Świąt - w Mikołajki przypomniałam sobie Kevina (chociaż znam obie części na pamięć, to jest kilka scen, które za każdym razem śmieszą mnie tak samo, jak kilkanaście lat temu), dzisiaj wybieram się na poznański Weihnachtsmarkt - w tym roku z własnym kubkiem grzańca, bo ceny są wysokie (12 zł za szklaneczkę), no a poza tym bycie Poznanianką zobowiązuje :) W najbliższy weekend będę jeść robić pierniki, a potem już tylko błogie lenistwo w szlafroczku w kratę. Żartuję, nie mam szlafroczka w kratę - kiedyś pożałowałam kilkunastu złotych w ciucholandzie i do dzisiaj mam z tego powodu koszmary. Jakby ktoś widział gdzieś taki szlafroczek, to uprzejmie proszę o informację.

Dziadek do orzechów, zwany przeze mnie Ludwigiem Bawarskim (bo kojarzy mi się z niemieckim leśniczym - nie pytajcie :P), jest honorowym gościem każdego Bożego Narodzenia.

Zimowa pora i wcześnie zapadający zmierzch to tradycyjnie pora na dodatkowe oświetlenie, sprawia dużo radości.

Grudzień to miesiąc, w którym nałogowo słucham Dziadka do orzechów (naprzemiennie ze ścieżką dźwiękową z Kevina i innymi świątecznymi przebojami), a jeżeli czas pozwala, oglądam też wersję baletową - na żywo lub na You Tube, gdzie można znaleźć spektakle z najbardziej prestiżowych teatrów świata.

Moja mama zamienia się przed świętami w prawdziwą fabrykę pierniczków. Ma zapisane wszystkie kombinacje kształtów i zdobień, które co roku powtarza i w określonej liczbie chowa do pojemników. Ja nie mam tyle cierpliwości i chociaż korzystamy z tego samego przepisu, swoje gotowe pierniki oblewam po prostu roztopioną czekoladą i zjadam nie czekając nawet aż zastygnie.

Wstyd przyznać (szczególnie, że jestem psychofanką Dziadka do orzechów), ale w tym roku po raz pierwszy przeczytałam pierwowzór wszystkich innych opowieści, spektakli, filmów i bajek tworzonych na kanwie historii stworzonej przez E.T.A. Hoffmanna. A wszystko przez to piękne wydanie z wydawnictwa MG, z reprodukcjami drzeworytów autorstwa Charlesa Alberta d'Arnouxa, z których dwa  możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.


O zeszłorocznym kalendarzu adwentowym dla Włóczykija, możecie poczytać w osobnym wpisie. W tym roku mamy tam kilka bombonierek z czekoladkami i jeden kalendarz herbaciany.

Rynek Jeżycki w Poznaniu, przed świętami zawsze staje się choinkowym zagłębiem. Uwielbiam tam chodzić i wdychać świeży zapach świerkowej żywicy.

Jednym z moich nieosiągalnych marzeń jest spędzenie świąt Bożego Narodzenia w czasach wiktoriańskich. Mam ogromny sentyment do wszystkich dekoracji, które nawiązują do tego okresu i takie też ozdoby sukcesywnie kupuję do swojego domu. Papiery do decoupage'u wykorzystałam w tym roku do ozdobienia słoików z domowymi zaprawami, które rozdam w święta rodzinie i znajomym (tak, prezenty już mam i - co więcej - spakowane!).

Moja zeszłoroczna choinka, która na wiosnę trafiła do gruntu i pomału rośnie w górę.

W zeszłym roku postanowiłam, że co roku kupię jedną lub dwie (zależy ile wpadnie mi w oko) rzeczy do świątecznego ozdobienia domu, tak żeby nie odczuć tego finansowo i corocznie mieć przyjemność z posiadania nowej rzeczy. Tym razem padło na tę przepiękną poduszkę z dziadkiem do orzechów, która jako ostatnia czekała na mnie na półce. Przypadek? Nie sądzę.
A na pierwszym planie moje tegoroczne kalendarze adwentowe. Zawsze miałam kłopot z dotrwaniem do 24 i zazwyczaj w okolicach Mikołajek bombonierkę wyjadałam do cna. W tym roku znalazłam dobry lifehack: kupiłam sobie 4 kalendarze i codziennie mam 4 czekoladki. Tyle wygrać!

Prócz wspaniałego wydania Dziadka do orzechów, które pokazałam Wam wyżej, przypadkowo natknęłam się także na to przepiękne, trzytomowe wydanie Opowieści wigilijnych Dickensa. Prócz tej najbardziej znanej, o trzech duchach, które nawiedzają Ebenezera Scrooga, znajdują się inne, równie ciekawe i fantastycznie oddające świąteczny klimat wiktoriańskiej Anglii. Książki zostały wydane bardzo starannie z dbałością o takie szczegóły, jak tytuły rozdziałów i fajna numeracja stron, ale ich głównym atutem są ilustracje pochodzące z pierwszych angielskich wydań Opowieści z 1843 i 1848 roku. Nie mogę przestać na nie patrzeć.

Zeszłoroczny wystrój mojego domu na Święta możecie dokładnie zobaczyć w odrębnym wpisie, a poniżej tematyczny talerz, który kupiłam w zeszłym roku.