8 lipca 2016

Letnie nowości. Mix #11


Serwus, dzisiaj zaczynamy od razu, bez zbędnych wstępniaków. Witają Was dwie piękności z mojej szafy w gabinecie (czy też, jak go powinnam nazwać go właściwie, pokoju dalekowschodnim), których twarze i odzienia są wyrzeźbione w różnych kamieniach naturalnych. Takich kompozycji kamiennych postaci z malowanym krajobrazem w tle jest w sumie osiem - w tym połowa na tylnej stronie drzwi (czyli widocznej wtedy, kiedy drzwi od szafy są otwarte). Przy tych postaciach można spędzić naprawdę sporo czasu, studiując wszystkie szczegóły i kolory ich strojów. Dodatkowo na bokach szafy znajdują się kolorowe płaskorzeźby ptaków i roślinności, które najlepiej wyglądają, kiedy patrzy się na nie przez liście fikusa stojącego obok.

Moje odkrycie sezonu - sieciówka Medicine everyday therapy. Nazwę tę zarejestrowałam już dawno temu, kiedy Radzka robiła tam jakąś serię filmów, jednakże wyszłam z założenia, że sieciówka nie jest w stanie zaoferować czegoś, co by mnie zachwyciło (co innego ciucholand). Ponownie na jej ślad natknęłam się na Facebooku; weszłam na ich stronkę i przepadłam w momencie, kiedy zobaczyłam topy inspirowane malarstwem prerafaelitów. Zaopatrzyłam się w tunikę z nadrukiem Snu na jawie Dantego Gabriela Rossettiego, granatową bluzkę z kolażem wykorzystującym dzieło Boticellego, oraz bluzkę z wzorem Williama Morrisa. O ile dwie pierwsze są naprawdę przyjemne w noszeniu (bawełna, wiskoza), o tyle ostatnia jest nadrukowana na poliestrze i nosi się fatalnie. No, ale nie miałam wyboru - Morris był tylko w wersji poliestrowej - może jesienią będzie w tej bluzce znośniej. Niemniej polecam sieciówkę waszej uwadze - ja z niecierpliwością czekam na kolekcje jesienne i kolejne artystyczne inspiracje na ubraniach.

Dużą torbę kupiłam w TK Maxx. Bardzo lubię ten sklep, bo można w nim znaleźć naprawdę oryginalne rzeczy za przyzwoitą cenę. Rzadko kiedy szukam w nim ubrań. Pomimo tego, że kojarzy mi się z gigantycznym ciucholandem (ubóstwiam ciucholandy!), to jednak przekopywanie się przez taką ilość ciuchów przekracza moje siły.  Do TK Maxx zwyczaj wpadam, kiedy mam chwilę do odjazdu autobusu i zawsze kieruję się w rejon butów, torebek, dodatków do domu i naczyń kuchennych.
Od jakiegoś czasu szukałam takiej właśnie, pojemnej torby, która idealnie sprawdzi się jako codzienna torba do pracy (laptop, jedzenie i wszystkie inne szpargały), ale też opcja na jedno czy dwudniowe wyjazdy. Nie jest to może wzór marzeń, ale pasuje mi do wielu rzeczy i jest naprawdę ładnie wykonana, a kosztowała jedynie 65 złotych, więc uznałam, że w tym miejscu kończą się moje poszukiwania.

Udało mi się ostatnio wpaść do kilku ciucholandów i kupić klika fajnych ciuszków. Większość z nich to odzież basicowa, której najbardziej mi w szafie brakuje (chociaż niedawno przy robieniu porządków stwierdziłam, że moja szafa w zasadzie niczego już nie potrzebuje. Serio.), ale znalazłam też kilka wzorzystych rzeczy, jak ta bluzka w ptaszki. Ja tam do ptaków mam stosunek raczej obojętny, ale Włóczykij jest zapalonym miłośnikiem i fotografem ptasiego życia, więc - kto wie - może w tej bluzce częściej załapię się na zdjęcia?

Od dłuższego czasu mam pewnego rodzaju niechęć do ozdób jubilerskich, dlatego na co dzień zazwyczaj wybieram jeden element biżuteryjny i z reguły jest to wisiorek. Moje skrzynki z precjozami są pełne, więc nawet nie rozglądam się za nowymi rzeczami, raczej ciągle myślę, jak tu wykorzystać to, co już mam i jak przekonać siebie samą do noszenia tych wszystkich świecidełek. Niemniej jednak z uśmiechem przyjęłam do swojej kolekcji kolejny pierścionek, który dostałam od mamy (to ten duży, srebrny). Jest o tyle sympatyczny, że ma matowy kamyk w neutralnym kolorze i przez to pasuje do większości rzeczy, które aktualnie noszę.

Jakiś czas temu znalazłam dla siebie mega fajne adidasy (Uwierzycie? Adidasy!). Kupiłam je z myślą o wakacyjnym bieganiu po mieście (wybieram się do Budapesztu), licząc się jednak z tym, że być może będę musiała je oddać, bo wydawały mi się lekko przyciasne. I faktycznie - kiedy przymierzyłam je na spokojnie w domu zdecydowałam o zwrocie. Los chciał, że w dniu, w którym oddałam adidasy, weszłam do TK Maxx (znowu...) i znalazłam powyższe, bardzo wygodne, skórzane buty z efektownym srebrnym połyskiem i sportową podeszwą, które na pewno sprawdzą się na wyjeździe. Z kolei buty w tle to zdobycze z TK Maxx z zeszłego roku. Są bardzo wygodne, a dzięki szaremu odcieniowi nie widać na nich ewentualnego brudu i pasują do większości letnich stylizacji.

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że robię robiłam remont w kuchni. Z niecierpliwością wyczekuję chwili, kiedy będę się Wam mogła nią pochwalić, ale wiele elementów czeka na wykończenie (jak chociażby ta półka w tle, która musi zostać zabejcowana i polakierowana), także póki co uchylam tylko rąbka tajemnicy gdzieś tam na Instgramie bądź Facebooku. Z nowej kuchni już w pełni korzystam i intensywnie gotuję (chcecie jakiś fajny przepis?), jednak we wpisie o nowościach na uwagę zasługuje absolutnie rewelacyjna kawiarka do cappuccino Bialetti Mukka, która wyręcza mnie w większości czynności, które trzeba wykonać, żeby przygotować pyszną kawę. Zarówno ja jak i Włóczykij nie jesteśmy kawoszami i traktujemy kawę bardziej jako deser niż napój (ach te syropy i kakałko i bita śmietana!), więc taka niewielka kawiarka jest fajną alternatywą dla ekspresu, który zajmuje sporo miejsca i wymaga więcej uwagi. Niestety, kawiarka ma jeden zaczący minus - nie myje się sama :)

W opozycji do kawowych rozkoszy przedstawiam herbaciane. Choć z herbaty nie można wyczarować tak spektakularnych słodkich deserów jak z kawy, to jednak dzięki rozmaitym dodatkom (mleko, konfitury, przyprawy korzenne) łatwo nawet zwykłą herbatę zmienić w fantastycznie smaczny napój, choć jako fanka herbaty uważam, że czarna jest tak samo warta uwagi jak aromatyzowana czy taka z dodatkami. Moimi ulubieńcami są czarne herbaty Basilur, które występują w rozmaitych smakach, jednak szczególnie lubię tę z dodatkiem kandyzowanych owoców ananasa i mango oraz Magic Nights z nutą truskawki. Niedawno odkryłam też czarną herbatę Mlesna z dodatkiem wanilii - niezwykle intensywną i aromatyczną.

Udało mi się kupić dla Włóczykija świetne kosmetyki Williama Morrisa. W skład zestawu wchodzi balsam do ciała, żel pod prysznic, małe mydło i sól do kąpieli o świeżym męskim zapachu. Wszystko zapakowane w ładne pudełko, które będzie ozdobą łazienki (nie ma to jak praktyczne myślenie przy kupowaniu prezentów, no nie?).

A na koniec największa moja zmora, czyli książki! Żeby nie było - książki kocham i uwielbiam, jednak cierpię na chroniczny brak miejsca na ich przechowywanie o czym pisałam tutaj. To jednak nie przeszkadza mi zamawiać kolejnych egzemplarzy czytadeł, które opanowały już wszystkie pomieszczenie w domu (choć są na tyle sprytnie poukrywane,że nie widać ich na pierwszy rzut oka). Na zdjęciu część ostatniego zamówienia. Na ten moment mogę polecić Wam przygody Flawii de Luce, 11-letniej dziewczynki, której największą pasją jest warzenie trucizn w laboratorium chemicznym odziedziczonym po wuju, przerywane raz po raz dziwnymi kryminalnymi wydarzeniami w pobliskim Bishop's Lacey, które wymagają rozwiązania. Introwertyczna Flawia, mieszka w doskonale angielskiej, wiktoriańskiej posiadłości, ulokowanej niedaleko typowego sennego angielskiego miasteczka, pełnego ciekawych mieszkańców i to właśnie owa angielskość oraz dyskretny humor jest jedną z głównych zalet tych opowieści. Jako kolejną wymieniłabym klimat - mimo iż akcja toczy się w latach 50-tych, ma się wrażenie, że cała okolica mentalnie tkwi w czasach przedwojennych (przykładowo, w domu Flawii, każde połączanie telefoniczne musi zostać zaaprobowane przez ojca). Poza tym  kryminały te są trochę creepy, a sama Flawia kojarzy mi się z Wednesday Adams.
......
A na koniec kawałek mojego biurka, które musiało przyjąć na siebie ciężar kolejnych książek. Wypatrzyłam już jednak odpowiedni regał (Ikea Billy), więc niedługo zostaną uporządkowane. Do szybkiego zobaczenia!