18 sierpnia 2018

Plażing na przełomie wieków


Sezon wakacyjny trwa w najlepsze, pomyślałam więc, że ciekawie byłoby przyjrzeć się, jak czas nad morzem spędzano w dawnych czasach. Właściwie to pomyślałam o tym już rok temu i to wtedy powstał cały wpis... poza ostatnim akapitem, za którego dokończenie jakoś nie mogłam się zabrać, aż nadeszła jesień i temat nadmorskiego wypoczynku przestał być aktualny. Nic się jednak nie zmarnowało, dopisanie brakujących słów zajęło mi piętnaście minut i oto jest. Miłego czytania.
......
Zacznijmy może od tego, że na wakacyjny wyjazd na przełomie XIX i XX wieku, pozwolić sobie mogli nieliczni. Oczywiście liczba zażywających wypoczynku w nadmorskich kurortach rosła z roku na rok, ale była to jednak zabawa pociągająca za sobą dość wysokie koszta tym bardziej, jeżeli chciało się wypoczywać w zacnych warunkach. Najbogatsi, czyli arystokracja i burżuazja, jeździli za granicę do znanych w Europie uzdrowisk na Riwierze Francuskiej, Biarritz, Włoch (chociażby Lido), a także nad Bałtyk, do belgijskiej Ostendy, które to miejsca cieszyły się uznaniem i prestiżem od wielu lat. Mniej zamożni podróżowali w obrębie własnego kraju, w przypadku Polski, która była wówczas pod zaborami, decydowano się na wyjazdy do atrakcyjnych miejscowości w granicach państw zaborczych (Abacja, Lovarna, Raguza nad Adriatykiem dla mieszkańców zaboru austriackiego, uzdrowiska krymskie dla zaboru rosyjskiego i miejscowości nadbałtyckie, takie jak Kołobrzeg, Sopot czy Połąga dla mieszkańców zaboru niemieckiego). Jednocześnie w wielu nadmorskich miejscowościach infrastruktura turystyczna dopiero kiełkowała i te właśnie nieznane nikomu wioski rybackie położone nad morzem były celem ludzi najbardziej ubogich, ale jednocześnie posiadających tyle gotówki, że mogli w ogóle wziąć  pod uwagę wakacyjny wyjazd.

Plaża w Ostendzie (Belgia) ok. 1900 roku, na dolnym zdjęciu budka kąpielowa z bliska.


Przełom wieków był tym okresem, kiedy nadmorskie uzdrowiska przeżywały prawdziwy najazd turystów. Przyczyniła się do tego przede wszystkim budowa linii kolejowych, łączących duże miasta z małymi miejscowościami oraz regularne kursy pomiędzy nimi. Wcześniej zjeżdżało nad morze najwyżej kilkaset rodzin w sezonie, rezerwując pobyt na 2-3 miesiące i zabierając ze sobą większość domowego wyposażenia i służby.
Żeby ułatwić wybór najlepszego miejsca na terapię zdrowotną i wypoczynek, co sezon (lub co kilka sezonów) przygotowywano przewodniki w formie ulotek, broszur, a nawet albumów, które szczegółowo opisywały atrakcje danej miejscowości. Detale w nich podane były naprawdę imponujące, zważywszy na to, że te wszystkie informacje nie były dostępne w internecie :) A więc można było dowiedzieć się o wszystkich połączeniach komunikacyjnych do danej miejscowości wypoczynkowej i - jakby tego było mało - odnotowywano także przesiadki, standard wagonów, a nawet udogodnienia na dworcach mijanych po drodze. Szczegółowo wymieniano wszystkie atrakcje danej miejscowości (o tych zaś), właścicieli poszczególnych obiektów i ich standard, godziny otwarcia z uwzględnieniem podziału na płcie, gdyż większość kąpielisk i zakładów kąpielowych nie była koedukacyjna (ok. 1900 roku dopuszczono tzw. kąpiele rodzinne małżonków z dziećmi, co często skutkowało pożyczaniem obcych dzieci przez pary zakochanych). Ważny był także spis nazwisk wszystkich znamienitości goszczących w kurorcie podczas poprzednich sezonów, co w przypadku nazwisk arystokratycznych czy artystycznych podnosiło prestiż miejsca. Odnotowywano także ogólną liczbę letników, obiektów, urządzeń kąpielowych, ceny kuracji wodnych, koszty noclegów w zależności od pory roku, a nawet szacunkowe wartości wyżywienia w zależności od ilości osób.

Tymczasem w rodzimym niemieckim Sopocie...

Dom Zdrojowy w Ostendzie, około 1895 roku.

O największej atrakcji nadmorskich kurortów, czyli kąpielach, za chwilę, a teraz kilka słów o tym, jakie inne przyjemności czekały na letników, na plaży przebywano bowiem od rana, popołudnie rezerwując na spacery, przejażdżki konne, pływanie łódkami po morzu, a wieczór na spotkania towarzyskie, spektakle i bale (pamiętajmy, że wszystkie czynności wymagały odpowiednich strojów i kapeluszy, więc z reguły bagaży było bardzo dużo). Jednym z najważniejszych budynków w każdej większej nadmorskiej miejscowości był Dom Zdrojowy, który mieścił restaurację, kawiarnię, salę koncertowo-bankietową i czytelnię. W tej ostatniej można było przejrzeć najświeższą prasę międzynarodową (szczególnie w miastach do których zjeżdżało się towarzystwo), a także napisać listy, która to czynność była codziennym rytuałem ówcześnie żyjących ludzi. Wielką atrakcją było molo, mieszczące kawiarnie i miejsca odpoczynku, gloryfikowane dodatkowo przez medyków, którzy zwracali uwagę na "bezpośredni" kontakt z nasyconym morską wodą powietrzem. Innym miejscem służącym polepszeniu zdrowia były zakłady kąpielowe czy balneologiczne, w których prowadzono rozmaite kuracje z wykorzystaniem wody morskiej, leczniczego błota i wodorostów. Odpowiednie zabiegi przepisywali miejscowi lekarze, po zapoznaniu się ze stanem zdrowotnym pacjenta. Wiele z tych miejsc słynęło na całą Europę, a niektóre z nich działają do dziś, wykorzystując szczególnie bogate w minerały błota i wody w nowoczesnych ośrodkach SPA. W największych uzdrowiskach prócz luksusowych hoteli budowano hale plażowe, kasyna, tory wyścigów konnych, a także ogrody zimowe, które - w razie niepogody - pozwalały na miłe spędzenie wolnego czasu wśród tropikalnej roślinności. Na ich terenie organizowano też rauty i jarmarki dobroczynne, które zaspokajały nudę.
Życie na wakacjach, chociaż obfitowało w nowe atrakcje, toczyło się znanym rytmem, który wyznaczała siatka towarzyskich powiązań podporządkowana hierarchii towarzyskiej i wieczorne atrakcje, na których wypadało bywać. Należały do nich spotkania przy posiłkach, koncerty orkiestrowe, spektakle teatralne i wreszcie bale, na których - chociaż zakładano toalety skromniejsze od tych miejskich - trzeba było zrobić wrażenie!

Plaża gdzieś w angielskim hrabstwie Essex, rok 1919.

I znów belgijska Ostenda.

Największą atrakcją dla przybyłych do kurortu, było oczywiście plażowanie i wypoczynek bezpośrednio nad wodą, który różnił się jednak od tego znanego nam z czasów współczesnych. Wiklinowe kosze widoczne na zdjęciach są co prawda wypożyczane i dzisiaj, warto jednak pamiętać, że moda na nie rozpowszechniła się właściwie tylko w kurortach niemieckich. Tak jak dzisiaj na plażach możemy spotkać rzędy leżanek i parasoli, tak na przełomie XIX i XX wieku takim podstawowym sprzętem była zamykana drewniana budka-domek, którą letnicy wynajmowali na cały pobyt. W budce można było przebrać się w kostium do kąpieli, osłonić przed wiatrem, słońcem, napić herbaty, albo napisać listy, gdyż każda z nich wyposażona była w meble do wypoczynku. Pierwsze tego typu plażowe budowle widać już na XVIII-wiecznych rycinach z angielskiego Scarborough.
Jeżeli zaś chodzi o same kąpiele, służyły im wozy kąpielowe, a więc takie mobilne budki wciągane do morza przez konie, których używano powszechnie do I wojny światowej szczególnie w miejscowościach północnoeuropejskich. Każde uzdrowisko miało własne rozwiązanie konstrukcyjne takiej budki - niektóre służyły wyłącznie do transportu i przebierania się, inne miały otwory przez które woda wpadała do środka, tworząc coś na kształt prywatnej kabiny kąpielowej. W połowie XIX wieku, szczególnie w uzdrowiskach niemieckich, zaczęto budować bezpośrednio na plaży zespoły łazienkowe. Były do drewniane pomosty z mieszczącymi się na nich rzędami osobistych przebierani i schodkami prowadzącymi bezpośrednio do morza, połączone zagrodą chroniącą od fal.

Nie udało mi się znaleźć zdjęcia plażowych budek (mówimy o tych nie służących do kąpieli, ale osobistych przebieralniach opisanych w powyższym akapicie), więc posłużyłam się kadrem z filmu Śmierć w Wenecji. Swoją drogą, uważam ten film za najlepiej pokazujący ówczesne kurortowe życie (początek XX wieku), z niezwykłą dbałością o szczegóły i w niespiesznym rytmie leniwie upływającego czasu pełnego słońca. Bardzo polecam go waszej uwadze.

21 lipca 2018

To nie jest hobby dla starych ludzi


Moja przygoda z kwiatami trwa już dobrze ponad dekadę. Właściwie to wszystko zaczęło się w dzieciństwie (czym skorupka za młodu... i takie tam), bo w największym gościnnym pokoju mieliśmy przy oknie wielką wystawę kwiatów, o które dbał mój tata. Stał tam wysoki figowiec beniamina, szeflera, monstera, niżej maranta, aspidistra i inne kwiaty, a pomiędzy tym wszystkim fontanna w plastikowej misie na nóżce (proszę się nie śmiać - to były lata 90-te i taka fontanna to było coś!). Poza tym, że kąpałam w niej lalki Barbie, była świetnym nawilżaczem powietrza (a może jednak odwrotnie...) i razem z roślinami tworzyła taki mikro tropikalny klimacik. Dodatkowo, mieliśmy w domu dużo książek o roślinach, które bardzo lubiłam przeglądać, bowiem wydania z lat 90-tych obfitowały w kolorowe zdjęcia roślin, wykresy, tabelki i szkice, które krok po kroku prowadziły czytelnika przez trudną sztukę uprawy roślin. Do dziś są ze mną, a wpis o nich wkrótce pojawi się na blogu.
......
Ja sama zaczęłam przygodę z roślinami gdzieś tak na początku nauki w liceum. To były takie fantastyczne czasy, kiedy całkiem sporą dracenę można było dostać za 8 ziko, więc kupiłam sobie kilka różnych roślin, inne rozmnożyłam z tych, które były w domu i zaczęły się  e k s p e r y m e n t y (które tak naprawdę trwają do dziś). Wiedzy o roślinach nie da się nauczyć z książek, niestety. Trzeba je po prostu hodować - jedne z większym, drugie z mniejszym, a trzecie ze śmiertelnym dla nich "sukcesem", żeby zacząć łapać zależności, że np. im mają cieplej, tym większą wilgotność powinniśmy im zapewnić; że zimą to może jednak lepiej podlewać mniej niż latem, bo woda nie wyparowuje tak szybko z doniczki i sprzyja to gniciu korzeni etc. Cały czas się uczę - oczywiście, niektóre gatunki mam z grubsza opanowane, niektórych od kilku lat nie mogę rozgryźć, a nowe rośliny są dla mnie totalnym wyzwaniem, bo chociaż jest tak, że staram się im zapewnić warunki zbliżone do tych idealnych (naturalnych), to jednak czasem coś nie zagra. Czynników wpływających na rozwój roślin jest po prostu bardzo wiele, a dodatkowy kłopot sprawia w naszym klimacie zmiana pór roku, a więc także temperatury i ilości światła naturalnego. Do dzisiaj moja opieka nad roślinami (tak naprawdę to uważam, że one hodują się same, ja im tylko pomagam) to takie właśnie eksperymenty - z różnymi czynnikami wpływającymi na ich wzrost.
......
Kiedy zaczęłam dorabiać na studiach, moje roślinne hobby zdecydowanie poszło do przodu - miałam większe fundusze na doniczki, nowe roślinki, środki ochrony roślin, a nawet ukorzeniacz (yeah!). Nie skłamię, jeżeli napiszę, że w dzień wypłaty byłam w stanie wydać 2/3 pieniędzy na rośliny. Nie były to ogromne sumy, ale jednak. Niemniej, nie żałuję :) Kilka roślin z tamtych czasów jest ze mną do dziś, ot chociażby dracena z pierwszego zdjęcia dzisiejszego wpisu (pierwsza z prawej), która kiedyś była TAKA. Roślinne hobby, to nie tylko rośliny - nowo kupione kwiaty trzeba w większości wypadków przesadzać, a więc do ceny rośliny doliczyć cenę odpowiednio większej doniczki i ziemi (a dodatkowo: drenaż, piękna ceramiczna osłonka, drabinka do podtrzymania i takie tam), więc koszty rosną. Nie chcę demonizować, po prostu zwracam uwagę, że jest też sporo około roślinnych wydatków :)
......
A dzisiaj? No cóż... Najbardziej ukwiecony w moim domu jest salon i gabinet, a jedynym pomieszczeniem, w którym nie ma roślin jest łazienka (niestety, nie ma w niej okna). Ogółem mam 75 doniczek z kwiatami - 26 z nich na balkonie (14 różnych gatunków) i 49  w domu (36 różnych gatunków), ale przyznam, że to dane sprzed miesiąca. W międzyczasie udało mi się ukorzenić i posadzić hoyę oraz rozmnożyć sukulenta, którego Włóczykij kiedyś przywiózł z Tunezji. Także dzieje się! Wiem też, że Włóczykij szuka dla mnie kalatei odmiany network (obczajcie ten niesamowity wzór na liściach), no i modna ostatnio pilea peperomioides zwana potocznie "pieniążkiem", uśmiecha się do mnie ze zdjęć w necie, ale jakoś nie mogę na nią trafić w realu.

Męczennicę błękitną /Passiflora caerulea L./ kupiłam w tym roku po raz pierwszy. Niżej opisuję jej tragiczną historię, która jednak, uprzedzając, kończy się dobrze (póki co).

Dypsis lutescens, czyli palma z gatunku arekowców, po raz pierwszy zagościła u mnie trzy lata temu, kiedy dostałam od Włóczykija tę piękną secesyjną donicę. Pierwszy egzemplarz, który gościłam pod swoim dachem był testowy - uczyłam się na nim opieki nad palmami i powiem szczerze, że nie była ona łatwa. Największą trudność sprawiało mi zachowanie odpowiedniego nawilżenia podłoża (chodzi o to, żeby było ono raczej wilgotne, ale trzeba uważać, żeby nie przelać korzeni). Niedawno kupiłam nowy, drugi egzemplarz i mam nadzieję, że będzie się pięknie rozwijać. Tak przy okazji: palmy te kochają wysoką wilgotność, więc codziennie włączam swojej nawilżacz powietrza.

Pamiętajcie że rośliny najlepiej kupować w sprawdzonych centrach ogrodniczych, chociaż samej (mea maxima culpa) zdarza mi się robić kwiatowe zakupy w Ikei i marketach budowlanych.  Ostatnio, kiedy przesadzałam dracenę z Ikei, chciałam usunąć trochę ziemi z bryły korzeniowej, a kiedy rozpadła się ona na pół i okazało się, że korzeń, to jeden kikut. No, to tyle na temat marketowych roślin.

Bardzo lubię swojego skrzydłokwiata (spathiphyllum). Są to efektowne rośliny z białymi kwiatami, które nie sprawiają większych problemów w uprawie (lubią zraszanie), a do tego wspaniale oczyszczają powietrze. Badania przeprowadzone przez NASA potwierdziły, że rośliny z tego gatunku skutecznie usuwają z naszego otoczenia formaldehyd, benzen, ksylen, trójchloroetylen i tlenek węgla.

Chyba dekada minęła od momentu, kiedy storczyki stały się popularną rośliną domową, do czasu, kiedy zdecydowałam się zakupić swój pierwszy egzemplarz. Zawsze słyszałam, że są to rośliny bardzo trudne w uprawie i kapryśne, tymczasem okazało się, że u mnie rosną, jak na drożdżach. Obecnie mam trzy storczyki z gatunku phalaenopsis (w tym powyższy), zastanawiam się nad zakupem dendrobium, którego kwiaty wyrastają bezpośrednio z mięsistej łodygi, a najbliższym wyzwaniem będzie dla mnie przesadzenie dwóch storczyków, które czeka mnie po ich przekwitnięciu.

Sukulentowy ogródek zrobiłam sobie jakiś miesiąc temu, zainspirowana tutorialami w książkach i necie. Nie jestem fanką sukulentów i kaktusów (a szczególnie ich przesadzania), jednak w takiej kompozycji wyglądają naprawdę zachęcająco - do czasu, aż nie urosną, a niektóre z nich potrafią powiększać się bardzo szybko. Wszystkie potrzebne rzeczy (poza ziemią, różą pustyni i ametystem) zakupiłam w Ikei, a koszt takiego ogródka, to ok. 100 zł. Wiele z sukulentów wytwarza odnóżki, więc każda kolejna kompozycja tego typu (np. na prezent) będzie tańsza, bo roślinki będą już gotowe (#lifehack). Po posadzeniu wystarczy ustawić naczynie na słonecznym parapecie, raz po raz podlewać i jeszcze rzadziej nawozić.

Niestety, nie mam już tego wiszącego filodendrona- dostałam go od mamy, która notorycznie go zalewała i do dzisiaj nie wiem, czy zaszkodziło mu to, że nie przesadziłam go do nowej doniczki, czy stanowisko, które jest dość problematyczne w kwestiach oświetlenia. Aeschynanthus zmarniał mi tam zupełnie i teraz regeneruje się na dobrze doświetlonym parapecie, a ja myślę nad kolejną rośliną na to miejsce.

Dwa z trzech moich storczyków oraz figowiec (ficus benjamina), którego rozmnożyłam z półtorametrowego egzemplarza, stojącego w gabinecie.

Bardzo lubię to zestawienie zdjęć, pokazujących mój balkon w połowie maja i na koniec czerwca. W ogóle ten rok jest przełomowy, ponieważ po raz pierwszy założyłam taki kwiatowy balkon z prawdziwego zdarzenia. W minionych latach czasem kupiłam jakąś doniczkę z bratkami albo pelargoniami, ale brakowało mi motywacji, żeby zrobić coś więcej. W tym roku zaczęłam już w maju od zakupu donic, zamówienia 200 litrów ziemi, nawozów, drenażu i łopatki, a później stopniowo zaczęłam znosić kupować rośliny. Jak pisałam wyżej - eksperymentuję - obserwuję tempo wzrostu, zapotrzebowanie na wodę i warunki środowiska moich kwiatów po to, by w kolejnych latach udoskonalać tę wizję. Marzy mi się sufit obrośnięty pnączami i dużo różnorodnych kwitnących roślin, które nie będą specjalnie problematyczne, bo nie chciałabym bardzo fatygować osób, które doglądają ich w czasie kiedy nie ma mnie w domu, a wierzcie (lub wiecie) że jest co robić przy takiej ilości  :)

Pamiętajcie, że najważniejsze jest poznanie naturalnego środowiska rośliny. Dokładne poznanie, bo hasło: roślina lasu tropikalnego jest bardzo ogólne. To środowisko jest bardzo zróżnicowane - na dole, w poszyciu, gdzie jest ciemno i bardzo wilgotno rosną zupełnie inne rośliny niż w górze, gdzie jest mnóstwo bezpośredniego słońca i zdecydowanie bardziej sucho. Tak więc przed zakupem kolejnej rośliny, warto poznać jej świat (w jakim żyje klimacie, jaka temperatura jest dla niej optymalna, ile potrzebuje wody i wilgoci wokół siebie, czy toleruje inne rośliny i jak szybko rośnie, co jest dość istotne w przypadku małych mieszkań), a potem iść do sklepu i wybrać nasz egzemplarz.

Nie zdawałam sobie sprawy, że pielęgnacja kwiatów balkonowych wymaga poświęcenia aż takiej ilości czasu. Jednak prócz usuwania przekwitłych kwiatostanów, obrywania zżółkniętych liści i podlewania, najważniejsze jest baczne przeglądanie roślin pod kątem szkodników. 
......
Pierwszy w tym roku zaskoczył mnie wciornastek (nie rozpoznałam, niestety, który dokładnie). Zaatakował moje fuksje oraz werbenę, na której znajduję pojedyncze egzemplarze do tej pory. Wiele sztuk zdusiłam na liściach, nie obyło się jednak bez oprysków (moja sąsiadka twierdzi, że "dzisiaj bez oprysków nic nie ma" i im dłużej prowadzę swój balkon, tym bardziej muszę przyznać jej rację), które powtarzam co jakiś czas, bo prócz wciornastka aktualnie przerabiam przędziorki na kilku roślinach, a prócz tego miałam mączniaka prawdziwego (to akurat grzyb) na surfiniach i dalii (dalię musiałam wyrzucić). Najważniejsze jest wczesne wykrycie szkodnika i zastosowanie odpowiedniego środka, ale żeby tak się stało trzeba regularnie i często dokładnie oglądać rośliny ze wszystkich stron - także pod liśćmi.

To już zdeaktualizowane zdjęcie - papryki rosną obecnie w większych donicach, a inkarwillę wysadziłam przed dom. Reszta roślin też znacznie urosła.

Moja pierwsza passiflora! Mam szczególną słabość do tych roślin (nazwałam tak nawet swój telefon), jednak dopiero w tym roku kupiłam pierwszy egzemplarz (a raczej dwa - Passiflora caerulea i Lavender Lady). Niestety, widoczna na powyższym zdjęciu caerulea zaczęła w którymś momencie marnieć. Najpierw obumarł jeden pęd, później zauważyłam, że więdną kolejne dwa. Kiedy wyjęłam ją z doniczki okazało się, że rosła w jakiejś dziwnej mieszance ziemi, która cały czas była bardzo mokra i po prostu zgniły jej korzenie. Przycięłam je, zostawiłam jeden, najsilniejszy pęd i posadziłam na nowo, niestety, po kilku dniach passiflora nadawała się do wyrzucenia. Jednak nie poddałam się tak łatwo - kawałek pędu z ostatnim trzymającym się jako tako liściem (bardziej już żółtym niż zielonym) odcięłam i włożyłam do wody, w której po upływie dwóch tygodni trochę odżył. Kiedy na pędzie pojawił się młody listek, posadziłam go w doniczce, gdzie rośnie do tej pory (są już 4 listki) i wszystko wskazuje na to, że się udało :)


3 lipca 2018

Życie w XIX-wiecznej kamienicy #2 - strefa oficjalna


Pierwszy wpis o życiu w XIX-wiecznej kamienicy popełniłam rok temu. Odsyłam Was do niego w tym miejscu; przeczytacie tam o architekturze tych niesamowitych budynków, ich roli w ówczesnej tkance miejskiej oraz zobaczycie zdjęcia i rzuty, które pokazują schemat, według którego dzielono przestrzeń mieszkania na część publiczną i prywatną. W dzisiejszym wpisie przyjrzymy się natomiast aranżacji wnętrz mieszkalnych bogatego mieszczaństwa (to koniecznie trzeba mieć na uwadze, gdyż wnętrza należące do mniej zamożnych były zdecydowanie mniejsze i skromniej wyposażone) i śmiało wkroczymy na salony XIX-wiecznej kamienicy (czy raczej kilku, bo zdjęcia są z różnych lokacji). 
......
Podzieliłam ten wpis na trzy części. Dzisiejsza traktuje, jak wspomniałam, o publicznej części domu, czyli dostępnej (oczywiście) domownikom, ich gościom, osobom postronnym i przychodzącym do domu w interesach. Pomieszczenia, które dzisiaj zwiedzimy to: korytarz, główny salon, jadalnia, gabinet, pomniejsze saloniki i pokój tematyczny (orientalny). W kolejnym wpisie z tej serii (tu pojawi się link), zajrzymy do strefy prywatnej, dostępnej tylko domownikom i służbie. Będą to: sypialnia, pokój dziecięcy, pokój dla panny, pokój gościnny, łazienka i kuchnia, natomiast w ostatniej części napiszę kilka słów o modnych meblach i dodatkach oraz gdzie je kupowano.
Materiału jest sporo, więc nie przedłużając, zapraszam do lektury.
......
KORYTARZ
Dawniej i dziś korytarz pełni tę samą funkcję. Jest pierwszym pomieszczeniem, które oglądamy po przekroczeniu mieszkania, miejscem, gdzie możemy przygotować się do wizyty w dalszej części domu - odwiesić okrycia wierzchnie, przejrzeć w lustrze, odsapnąć. W mieszczańskich kamienicach przełomu wieków funkcję korytarza pełniło obszerne pomieszczenie zwane hallem, podkreślające status majątkowy mieszkańców (nie wszyscy odwiedzający dopuszczani byli do kolejnych pokoi, więc już w tym miejscu musieli zostać zapewnieni, że właściciel domu, to człowiek majętny i posiadający). Najczęściej występującym meblem była tu mała garderoba (na zdjęciu poniżej) z wieszakami na płaszcze, półkami na kapelusze i akcesoria, miejscem na laski i parasole oraz ławka na której mogli usiąść wizytujący, zanim zostali poproszeni do kolejnych pomieszczeń. Zazwyczaj umieszczone w nim podwójne drzwi albo ciężka kotara oddzielały pokoje gościnne od tych dostępnych tylko mieszkańcom.


POKÓJ GOŚCINNY / SALON / BAWIALNIA
Był to największy i najbardziej reprezentacyjny pokój w całym domu, który stanowił miejsce przyjmowania gości, ekspozycji najbardziej drogocennych ozdób i pamiątek. W zależności od statusu majątkowego rodziny mógł być reprezentacyjnym salonem pałacowym i pełnić rolę sali balowej (kiedy zaszła taka potrzeba) lub też być wygodnie umeblowanym pokojem, w którym spotykali się wieczorami i w święta goście oraz domownicy. Tak czy inaczej, jak wspomniałam, był to pokój reprezentacyjny, często połączony amfiladą z kolejnymi pomieszczeniami, dlatego jego umeblowanie było starannie przemyślane. Zazwyczaj dążono do utrzymania jednolitego stylu oraz takiej samej bądź zbliżonej kolorystyki ścian, portier i tapicerki meblowej, żeby zrobić na gościach jak największe wrażenie. W XIX wieku modne było ustawianie mebli pod ścianami i tego schematu trzymano się w większości domów.
Najpopularniejszym stylem był biedermeier, który kładł nacisk na użyteczność i wygodę mebli, podporządkowując temu ich wzornictwo. Dodatkowo, wnętrza mieszkalne w typie biedermeier cechowała intymność i zaciszność, a także częste użycie jasnych obić, zdobionych rysunkiem kwiatów lub pasami. Z kolei w bardzo zamożnych domach, wzorem rezydencji burżuazyjnych, sięgano do modnej od lat 70 XIX wieku stylistyki empirowej lub neorokokowej, nawiązującej do ojczyzny salonów – Francji. Do podstawowych sprzętów, które należało mieć w salonie (poza, oczywiście, kompletem mebli do wypoczynku) należały: pianino, sekretarzyk do prowadzenia korespondencji, stolik z zegarem, konsola z popiersiami znanych osobistości oraz serwantki, za których przeszklonymi szybami, wystawiano miśnieńską porcelanę i inne wyroby znanych europejskich manufaktur. Na początku XX wieku popularnym "meblem" stał się gramofon. Całości wyposażenia wnętrz dopełniały obrazy. Zgodnie z obowiązującym kanonem były to przede wszystkim martwe natury, a także pejzaże i portrety.

Atmosferę salonu w jednej katowickich kamienic (i siedzibie Muzeum Historii Katowic zarazem) podkreśla architektoniczna żardiniera,  czyli miejsce na kwiaty, która tworzy wraz z wykuszem w ścianie "iluzję pałacowego ogrodu i zarazem intymne miejsce na romantyczne tête-à-tête". Pierwotnie żardinierą zwano wymyśloną we Francji półkę lub wydłużony stolik z zagłębionym blatem, przeznaczoną na prezentację roślin we wnętrzu. Drewniana konstrukcja widoczna powyżej, to wersja o rodowodzie niemieckim, która stała się charakterystycznym dla niemieckiego kręgu kulturowego, drogim meblem, wykonywanym na zamówienie do konkretnego wnętrza.

Zbliżenie na fragment salonu z poprzedniego zdjęcia. Widać na nim serwantkę wypełnioną porcelaną, stół przykryty modnym wówczas, pluszowym obrusem w kwiatowe wzory, oraz detale wnętrza, które nadają mu niepowtarzalny klimat. Salon sytuowany był na ogół w bezpośrednim sąsiedztwie jadalni, zawsze w części frontowej, tak aby okna wychodziły na ulicę.

Przed ciepłem emitowanym przez piec kaflowy lub kominek, chronił specjalny ekran ustawiony obok źródła ciepła. Obicie ścian materiałem (w tym przypadku żakardem) pokazywało wysoki status majątkowy właścicieli domu.


JADALNIA/ POKÓJ STOŁOWY
Drugie najważniejsze pomieszczenie reprezentacyjne, często połączone z salonem dużymi drzwiami. W  niemieckim kręgu kulturowym lokowano ją przeważnie na styku części frontowej i oficyny (tzw. berlinerzimmer), przez co oświetlona była jednym dużym oknem, umieszczonym na skośnym odcinku ściany od podwórza, co ograniczało dostęp światła, czyniąc pomieszczenie mrocznym. Od początku wieku XIX, modne stało się wykładanie ścian jadalni meblaturą, czyli boazerią lub pokrywanie ich materiałami lub tapetami w stonowanych kolorach, co jeszcze to wrażenie mroczności pogłębiało.
Najważniejszym meblem w pokoju stołowym był, oczywiście, owalny stół. Na co dzień nakryty dla kilkorga domowników, w świąteczne dni mógł pomieścić nawet kilkunastu (kilkudziesięciu) gości, dlatego jadalnia zazwyczaj była bardzo dużym pokojem. Krzesła  tapicerowano skórą lub wyplatano, by łatwiej było utrzymać je w czystości. Obok stołu najważniejszymi sprzętami były: kredens i pomocnik. Kredens stanowił o zamożności i luksusie mieszczańskiej rodziny, dlatego był to często jeden z najbardziej okazałych mebli w całym domu - bogaty w dekoracje rzeźbiarskie, zdobne okucia i lustrzane szybki. Taki rozmach wpisywał się w ówczesny sposób kształtowania oficjalnego oblicza wystroju jadalni. Prócz funkcji dekoracyjnych, mebel ten pełnił wraz z pomocnikiem (czyli mniejszym kredensem bądź szafką od kompletu) funkcje magazynowe, gdyż przechowywano w nim porcelanową i szklaną zastawę, sztućce oraz srebra stołowe, których jakość odzwierciedlała zamożność i tradycje familijne. Pomocnik był meblem, na który przynoszono gotowe potrawy bezpośrednio przed podaniem ich na stół.



GABINET / POKÓJ PANA DOMU
Żaden poważny dom nie mógł obyć się bez gabinetu. Jeżeli pozwalały na to możliwości lokalowe, pokój ten urządzano od strony ulicy, często prowadziły do niego drzwi z korytarza i salonu. Zwyczajowo było to męskie pomieszczenie, w którym pan domu pracował, prowadził interesy i przyjmował swoich gości. Wyposażenie pokoju musiało być więc tak dobrane, aby spełniając praktyczną funkcję, świadczyło jednocześnie, o statecznym charakterze jego właściciela.
W tym pomieszczeniu najważniejszym meblem było duże biurko z wygodnym fotelem. Im kunsztownej dekorowane, tym bardziej podkreślało prestiż zasiadającego za nim mężczyzny. Na blacie, prócz teczek na dokumenty i notesów funkcję praktyczną, a zarazem dekoracyjną, pełniły różne zestawy akcesoriów do pisania, składające się z kałamarza, suszki zbierającej z kartki nadmiar atramentu i przycisku do papieru. Poza tym gabinet był miejscem, w którym przechowywano cenny domowy księgozbiór (czy go czytano, to już inna sprawa) dodatkowo podkreślający wykształcenie i polityczne obycie pana domu.
Prócz tego podstawowego wyposażenia, mogły się w pokoju znajdować inne rzeczy potrzebne męskiej rozrywce: wygodna kanapa sprzyjająca udanej drzemce, stół do gry w karty czy szachy, a także akcesoria do palenia tytoniu.




INNE POKOJE
Mieszkania w XIX-wiecznych kamienicach liczyły od kilku do kilkunastu pokoi, dlatego im więcej pomieszczeń liczył dom, tym funkcje mieszkania były bardziej rozbudowane. Osobna biblioteka, pokój muzyczny, dodatkowa jadalnia, mniejsze i większe saloniki, buduar...

Często życie rodzinne organizowano według codziennie przestrzeganych schematów, a więc podobnie wyposażone pomieszczenia mogły pełnić różne funkcje w zależności od rodzinnych tradycji. Z różnych pomieszczeń korzystano więc w zależności od pory dnia lub roku (na zimę zamykano część pomieszczeń ze względu np. na koszty ogrzewania) lub funkcji. W jednych pomieszczeniach zwyczajowo zbierano się wieczorem, żeby słuchać jednego z domowników czytającego książkę, w innych jedzono popołudniowy posiłek. Salon na powyższym zdjęciu mógłby służyć jako miejsce do robótek ręcznych, co sugeruje stolik typu niciak, w którym przechowywano przybory do szycia.

Na zdjęciu dodatkowa mała jadalnia. Mogła służyć popołudniowym przekąskom, poobiedniej herbacie lub niezobowiązującym posiłkom jedzonym w towarzystwie bliskich gości.

A tak mógł wyglądać buduar - salonik przeznaczony głównie dla pani domu - znajdujący się najczęściej gdzieś między sypialnią, a salonem. Był miejscem wypoczynku, oddawania się lekturze, pisania listów, czasem stała w nim gotowalnia - mebel-toaletka, w którym przechowywano przybory toaletowe, kosmetyki i drobne akcesoria garderobiane. Poza tym buduar wyposażony był w wygodne meble do wypoczynku, kasetki do przechowywania biżuterii, sekretarzyk. Znajdowały tu miejsce także różne części kobiecej garderoby. Jest to właściwie przykład pokoju będącego na granicy formalnej i prywatnej części mieszkania, bo mieli tu wstęp tylko nieliczni goście, bardzo blisko związani z domem i ich mieszkańcami. W niektórych mieszkaniach buduar posiadał boczne wejście, które umożliwiało dyskretne udanie się do toalety.
......
Na koniec zostawiłam salon/ik tematyczny, orientalny. Zdjęcie pochodzi akurat z pałacu Herbsta w Łodzi, a więc domu w typie rezydencjonalnym, aczkolwiek moda na chińszczyznę, która szczególnie rozprzestrzeniła się w 2. poł XIX wieku sprawiła, że majętni mieszkańcy kamienic chętnie powtarzali takie dalekowschodnie motywy w swoich domach. Mogły być to całe pokoje, wyposażone w meble (zazwyczaj produkcji europejskiej, które powtarzały konstrukcyjne formy znane Europejczykom, ale z orientalną dekoracją), statuetki, figury, szkatuły zdobione laką (czyli żywicą z drzewa sumaka japońskiego) tapety w typowe dla Azji motywy: kwiaty peonii, chryzantem,sylwetki żurawi czy owoce granatu oraz kolekcje rożnych przedmiotów, które nadawały pomieszczeniom orientalizujący charakter.

(zdjęcia pochodzą z Muzeum Historii Katowic, białostockiej kamienicy Cytronów (Muzeum Historyczne) oraz willi Edwarda Herbsta w Łodzi).

20 czerwca 2018

Szlafrok w tropikach


Jeżeli śledzicie mnie w mediach społecznościowych (w obliczu dość długich przerw między wpisami na blogu polecam Wam mój fanpejdż i Instagram, gdzie na bieżąco pokazuję swoją jaśniejszą stronę życia) wiecie, że totalnie pochłonęła mnie roślinność. Od wielu lat czerpię dużo przyjemności z zajmowania się kwiatami, jednak tej wiosny postanowiłam zrobić w tym temacie coś nowego i zakupiłam zupełnie nowe gatunki (w końcu jakieś wyzwanie uprawowe) oraz zorganizowałam sobie prawdziwy, zielony balkon (to jest dopiero wyzwanie! Nie dość, że większość gatunków jest dla mnie nowa i muszę poznać ich upodobania, to jeszcze dochodzą szkodniki, z którymi w chwili obecnej jestem w stanie wojny). O moich roślinach napiszę w którymś z kolejnych postów, a dzisiaj - w końcu! - wpis ubraniowy, jednak w roślinnej scenerii poznańskiej palmiarni.
......
Mam na sobie ulubiony szlafrok z Zary. Właściwie jest to płaszcz - ma podszewkę, kieszenie i uszyto go z dość grubej tkaniny (poliestrowej, niestety). Często noszę go w domu razem z piżamą, albo tak jak dziś - koszulą nocną, która pełni u mnie także rolę sukienki letniej. Jest dość prześwitująca, więc osłaniający wszystko szlafrok sprawdził się tu idealnie. Do tego kilka eleganckich dodatków i ubiór do spania gotowy na salony, czy raczej do dżungli.
......
Poznańska palmiarnia generalnie robi na mnie duże wrażenie, od ostatniej wizyty minęło jednak sporo czasu i nie myślałam, że znajdę tu aż tyle atrakcji. Trafiłam akurat na czas kwitnienia rośliny Aristolochia grandiflora, o bordowych kwiatach, wielkich jak głowa i pachnących owocami cytrusowymi. Poza tym zachwycałam się (jak zawsze) gigantycznymi bananowcami i monsterami, z liśćmi wspinającymi się do światła kilkanaście metrów nade mną oraz roślinami, które hoduję w domu, a które w palmiarni osiągają imponujące rozmiary (pachira wodna, grubosz owalny, fikusy i inne). Ostatnie sale z sukulentami i pomieszczenia z akwariami zwiedziłam bardzo pobieżnie (niestety, bilet parkingowy sam się nie przedłuży), ale niedługo znów odwiedzę palmiarnię. W nowej stylówce, oczywiście.

W końcu moje włosy urosły na tyle, że mogę zaplatać koronę z jednego warkocza (do tej pory plotłam dwa i łączyłam je gdzieś na środku głowy). Przyznam jednak, że trochę wprawy wymaga takie upięcie tej fryzury, żeby nie było widać różnicy w objętości włosów (końcówka warkocza jest jednak zawsze nieco węższa niż jego początek).

Pierścionek dostałam niedawno w wakacyjnym prezencie od Włóczykija. Bardzo go lubię i często noszę.

Ulubione sandały, które mają już prawie dekadę. W tym roku kupiłam podobne (beżowy kolor; płaskie, jednak na podwyższeniu), ale te i tak lubię najbardziej. Torebkę z aligatora czy innego krokodyla dostałam w prezencie od czytelniczki bloga. Rzadko ją noszę, bo torebka do ręki jest niezbyt funkcjonalnym rozwiązaniem na co dzień, kiedy chodzę do pracy i biegam po mieście. Co za szczęście, że Włóczykij wciąż zaprasza mnie na randki :)

Proszę zauważyć, że moja dolna kończyna pozuje :)

Platycerium /płaskla / paproć łosie rogi, to roślina, która pojawia się w kilku miejscach w poznańskiej palmiarni. Duże egzemplarze robią odpowiednio duże wrażenie.


Gdzie jest Wally?

Zbliżenie na szczegóły. Kolczyki zamówiłam wiosną na Alieexpress za kilka dolarów. Jak się okazuje, bardzo dobrze wyglądają w zestawie z tym pierścionkiem i inną klasyczną, srebrną biżuterią.

(zdjęcia: Włóczykij)

28 kwietnia 2018

Emnildowy mix modowy #8



Tym razem na blogu kolejny wpis z moimi codziennymi zestawami (tak się złożyło, że drugi pod rząd). Myślę że w najbliższym czasie zrobimy z Włóczykijem kilka fajnych ujęć w plenerze, w tej chwili nie mam na to czasu, więc staram się regularnie fotografować to, co noszę na bieżąco. 
......
Nie wiem czy wspominałam o tym na blogu - sprawiłam sobie pierwsze w swoim życiu typowo sportowe buty Adidas Superstar, o których marzyłam od... 2002 roku. Byłam wtedy w drugiej klasie gimnazjum i kupiłam chińskie podróbki tego modelu za 40 zł (właściwie dopiero później dowiedziałam się, że były to podróbki, chociaż to działo się w takich czasach, a my byliśmy w takim wieku i na tyle nie interesowaliśmy się tzw. markami produktów, że nie było żadnym faux pas nosić tego typu rzeczy). W każdym razie, buty wytrzymały rok, ale przez ten czas zdążyłam je polubić na tyle, że kiedy zobaczyłam oryginały, wiedziałam, że kiedyś je kupię. Zdecydowałam się w tym roku, na wersję ze srebrnymi paskami. Noszę je przede wszystkim do sukienek i srebrnej biżuterii, więc wszystko się ładnie uzupełnia.

Tak sobie myślę, że te buty na stałe zagoszczą w mojej szafie. Są bardzo wygodne i świetnie wyglądają (choć z początku trochę bałam się tej mocnej bieli).

Jeansową kurtkę wygrzebałam kiedyś w szafie Włóczykija - czasem pyta mnie, czy może już mi się znudziła, ale odpowiedź jest zawsze taka sama: nie.

Ta kurtka z kolei pamięta czasy pierwszych "superstarów", o których piszę we wstępie. Nie wiem, jak się w nią mieszczę po szesnastu latach, najważniejsze, że nic się z nią nie dzieje, a żeby była biała jak dawniej, raz na dwa sezony piorę ją w wybielaczu.

Mój szlafrok-płaszcz z Zary wyszedł w końcu na ulicę.

Spodnie kupiłam w minionym tygodniu na wyprzedaży w H&M. Właściwie, za pierwszym podejściem wyszłam ze sklepu z pustymi rękoma, ponieważ materiał, z którego zostały uszyte spodnie był odwrócony (ptaki wisiały dziobami w dół). Sprawdziłam stronę internetową firmy, tam również było zdjęcie odwróconych spodni, więc po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że trudno, kupię takie, jak są, przecież nikt się nie będzie przyglądał. Na szczęście, kiedy mierzyłam już swoją parę okazało się, że została uszyta prawidłowo, z czego się bardzo, bardzo ucieszyłam. Pamiętajcie, że zawsze warto sprawdzić wszystkie sieciówkowe ciuchy przed zakupem - zmierzyć czy obie strony są równe, czy wzór materiału nie ucieka na którąś ze stron, czy wszystko jest dobrze przeszyte etc.


Bardzo polubiłam apaszki, które dodają uroku codziennym strojom. Bawełniany sweterek to mój niedawny ciucholandowy łup za kilka złotych.
......
Poniżej mała zapowiedź lata w postaci najnowszych, czwartkowych łupów z ciucholandu - srebrnego sweterka i plisowanej spódnicy, które zestawiłam z nowymi sandałami. Kupiłam je przez internet - bałam się, czy będą pasować, bo moje wcześniejsze próby zakupu obuwia kończyły się niepowodzeniem. Szczęśliwie wszystko gra.