15 stycznia 2017

Azjatycka pielęgnacja. 5 ulubionych rytuałów.


Tytułem małego wstępu, muszę trochę cofnąć się w czasie i napisać Wam, że nigdy jakoś przesadnie nie skupiałam się na swojej cerze. Wszystkie zabiegi pielęgnacyjne, dłuższe kąpiele połączone z peelingiem, smarowanie się balsamem, były dla mnie raczej przykrym obowiązkiem, który po prostu wypada raz na jakiś czas odbębnić. Nigdy też specjalnie nie zastanawiałam się nad kondycją swojej skóry. Kremy, których używałam, dobierałam dość przypadkowo (celowałam zazwyczaj w jakieś ekologiczne* do każdego rodzaju cery) albo dostawałam od mamy. Przez ostatnie dwa lata moje kosmetyki pielęgnacyjne mieściły się w jednej dłoni i nie było to złe, ale zauważyłam, że moja skóra potrzebuje czegoś więcej.
Wiek. W tym roku skończę trzydziestkę i uznałam, że czas podjąć prewencyjne działania, żeby moja twarz przez kolejne lata była w dobrej kondycji. Podoba mi się azjatyckie podejście do kosmetyków, których używa się nie patrząc na metrykę, a stan skóry, czyli w zależności od aktualnych potrzeb. Czasem nasza twarz potrzebuje intensywnego zastrzyku aktywnych składników, czasem wystarczy delikatna pielęgnacja. Warto obserwować swoją cerę i reagować na jej potrzeby.
Stan cery. Mam cerę mieszaną, ze skłonnością do pękających naczynek, dodatkowo borykam się z problemem dorosłego trądziku. Uświadomiłam to sobie niedawno, kiedy zagłębiłam się w tematykę pielęgnacji. Generalnie nigdy nie miałam jakiegoś mocnego wysypu, ale od czasów nastoletnich po prostu ZAWSZE mam na twarzy jakiegoś pryszcza i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że jestem już na tyle stara, że nie powinnam mieć tych ciągłych przyjaciół na twarzy. Azjatycka pielęgnacja w tym wypadku pomocna jest o tyle, że dokładnie oczyszczam twarz, dodatkowo jednak postanowiłam jeszcze intensywniej zadbać o swoją skórę pod kątem zaskórników i trądziku, stosując lek i dermokosmetyki (ale o tym będzie inny wpis). 
Przyjemność. Szukałam dla siebie takiego rytuału pielęgnacyjnego, dzięki któremu będę dbać o siebie z radością, a czasu spędzonego w łazience nie będę uznawać za stracony :) W azjatyckiej pielęgnacji podoba mi się holistyczne podejście do dbania o siebie. Nasza skóra jest takim zewnętrznym obrazem naszego trybu życia, w którym ważne powinno być nie tylko dbanie o cerę, ale także dbanie o siebie w ogóle - zarówno pod kątem żywienia, ruchu, czasu, który przeznacza się tylko dla siebie.
A teraz kończymy wstęp i przechodzimy do rzeczy.

*był taki czas, kiedy razem z koleżanką z pracy zwariowałyśmy na punkcie kosmetyków eko na tyle skutecznie, że ze swojej łazienki i kosmetyczki pozbyłyśmy się wszystkiego, co zawierało chociażby jedną zakazaną substancję. Miejsce parabenów i SLSów zajęły produkty z certyfikatami, niestety nasz zapał trwał do momentu, kiedy poczułyśmy (dosłownie) działanie eko dezodorantu w upalne letnie dni :)

Swoją przygodę z azjatyckimi kosmetykami rozpoczęłam od serum z witaminą C It's Skin oraz kremów ze śluzem ślimaka firmy Mizon. Aktualnie je odstawiłam (a serum używa Włóczykij), bo ich stosowanie nie współgrało z preparatami, którymi leczę trądzik i zaskórniki.

Z azjatycką pielęgnacją zetknęłam się po raz pierwszy kilka lat temu dzięki kanałowi Azjatycki Cukier na You Tube. Prowadzi go Polka mieszkająca w Singapurze, która przybliża azjatyckie metody dbania o skórę, pokazuje tamtejsze techniki masażu i makijażu. Bardzo mnie to interesowało, ale raczej w kategoriach ciekawostek. No bo po co myć twarz dwa razy, płukać ją metodą 100 (!) chluśnięć wodą i poświęcać czas na masaż? No i filtry zimą - jakiś totalny wymysł! Przy okazji trafiłam na różne informacje (artykuły, blogi, strony www) o azjatyckich sposobach dbania o siebie, aż w moje ręce wpadła książka Charlotte Cho Sekrety urody Koreanek, która tę wiedzę usystematyzowała i jednocześnie zrodziła chęć zmiany swojej pielęgnacji.
Sam termin azjatycka pielęgnacja jest bardzo obszerny i w tym wpisie zarysuję Wam tylko 5 najważniejszych dla mnie kroków, które sprawiły, że pokochałam azjatyckie sposoby dbania o siebie. Nie jestem jednak ortodoksyjną wyznawczynią tej metody pielęgnacji. Zauważyłam że moja nieprzyzwyczajona do dużej ilości kosmetyków twarz, nie zareagowała dobrze na taką bombę składników, jaką jej zaserwowałam, dlatego teraz stosuję azjatyckie wskazówki z dozą zdrowego rozsądku :)


1. Podstawą jest piękna cera. Masaże. Nasze europejskie podejście do pielęgnacji bardziej niż na cerze skupia się na zakrywaniu niedoskonałości i zauważmy, że większość porad w gazetach dla kobiet opiera się właśnie na tym, jak nałożyć na twarz centymetr tapety i wyglądać w miarę naturalnie. Azjatki traktują kosmetyki do makijażu jako wykończenie idealnej cery, a cera ta powinna być jasna, świetlista, zdrowo błyszcząca i bez skazy. To oczywiście ideał, ale generalnie zasada jest taka, aby zawsze dążyć do możliwie najlepszej kondycji swojej skóry. Piękna cera nie pojawi się ot tak, nie jest też kwestią genów - trzeba o nią po prostu zadbać i poświęcić jej czas, używając aktywnych składników na konkretne problemy skóry; odpowiadać na jej potrzeby, które bywają różne w zależności od np. pory roku. 
Masaże z kolei są świetnym sposobem na poprawienie kondycji swojej twarzy. Odpowiednio dobrane techniki potrafią zdziałać naprawdę wiele, wszystko zależy od naszej chęci i cierpliwości. Masażem możemy wpłynąć nawet na duże zmarszczki na czole i bruzdy przy nosie, poprawić kontur twarzy a także zminimalizować trochę codzienną siłę grawitacji, która ciągnie nasze policzki w dół. 
Techniki masaży (i jogę twarzy na kanale Fumiko Takatsu) to coś, w co  się dopiero zagłębiam, ale już zauważyłam lekką poprawę kształtu twarzy i wstąpienie się podbródka :)

Produkty koreańskiej firmy Purederm można kupić w drogeriach Hebe. Zaopatrzyłam się też w kolejną tubkę peelingu enzymatycznego (używam go już od kilku lat) oraz całą gamę masek w płachcie. Niektóre mają dodatkowo dołączony peeling lub esencję nawilżającą, którą stosuje się pod właściwą maskę. Jestem bardzo ciekawa ich działania - obecnie wykańczam maseczki od Babuszki Agafii, a po powyższe sięgnę w przyszłym miesiącu.

2. Layering - warstwowe nakładanie kosmetyków. Pewnie słyszeliście o pielęgnacji 10 kroków. O tym niekończącym się rytuale oczyszczania - złuszczania - nawilżania? Otóż wszystkie te czynności zajmują najwyżej kilkanaście minut dziennie i tylko w teorii wyglądają na przerażająco czasochłonne.
Oczyszczanie. Najpierw należy dokładnie oczyścić twarz - najlepiej dwa razy, używając do tego olejku, a następnie kosmetyku na bazie wody. Ja stosuję metodę OCM i domowo robiony olejek na bazie oleju lnianego, a następnie mydło Aleppo 5%. Ostatnim krokiem oczyszczania jest przemycie twarzy tonikiem, który wyrównuje ph.
Złuszczanie. A więc peeling, który pomaga usunąć z twarzy zalegające płatki martwego naskórka. Zalecane są tutaj raczej łagodne peelingi enzymatyczne, niż te zawierające ścierające drobinki. Wszystko jednak zależy od naszych preferencji i reakcji skóry.
Nawilżanie/ odżywianie. To dość rozbudowany etap, na który składa się użycie kilku kosmetyków dostarczających skórze różnych substancji aktywnych. O ile w Europie funkcję tę pełni przede wszystkim krem, pod który ewentualnie nakłada się serum, o tyle w Azji kosmetyków tych używa się więcej. Lotiony, sera, ampułki i esencje to wodne, lekkie kosmetyki, które są naszpikowane składnikami, mającymi rozwiązać konkretne problemy skóry. Krem nie jest kosmetykiem koniecznym.
Warto w tym miejscu wspomnieć o ogromnej popularności maseczek, które również stanowią istotny element codziennej pielęgnacji. Właściwie każda firma kosmetyczna oferuje całą gamę maseczek (szczególnie tych w płachcie) w wielu wariantach.

Jak napisałam we wstępie, do kosmetyków azjatyckich dołączyłam ostatnio dermokosmetyki i lek na trądzik, więc ślimaczych kremów teraz nie używam (co za dużo, to niezdrowo) . Za to często nawilżam swoją twarz żelem aloesowym Mizon. Można schłodzić go w lodówce i stosować jako zimny kompres - latem będzie to pewnie szczególnie przyjemne :)

3. Ochrona przeciwsłoneczna. To jest sprawa z którą miałam najwięcej problemów. Co prawda szczerze nie lubię opalenizny (uwielbiam mieć jasną skórę) i od paru lat nie opalam się wcale, a wręcz unikam słońca, zawsze chronię się w cieniu i używam kremów z najwyższym filtrem, ale jak to tak - codziennie? Zimą? Serio? Do tej pory moja wizja filtrów to były te tłuste, białe mazidła idealne na plażę, ale okazało się, że nowoczesne kremy z filtrami to po prostu szybko wchłaniające się emulsje, które nie bielą (ewentualnie minimalnie rozjaśniają skórę). O promieniowaniu UVA, które stanowi 95% całego promieniowania docierającego na naszą planetę poczytać możecie gdziekolwiek w necie. Na potrzeby tego wpisu wystarczy tylko wspomnieć, że jest ono najważniejszą przyczyną starzenia się naszej skóry, a także odpowiada za powstawanie raka skóry i przebarwień.
W chwili obecnej do twarzy używam kremu z filtrami Ziaja. Na lato planuję zakupić coś azjatyckiego - wiosną zrobię rozpoznanie w temacie :)

Te słodziaki to róż do policzków It's Skin Romantic Rose, który bardzo delikatnie barwi policzki (a ma wściekły, różowy kolor) i rozświetlacz o złotym wykończeniu. Najbardziej lubię nakładać go na środek policzków i bezpośrednio  nad usta.

4. Odpowiednie nawodnienie skóry w ciągu dnia. Nawodniona skóra, to zdrowa skóra, dlatego większość azjatyckich produktów, to lekkie wodniste kosmetyki, których celem jest optymalne nawilżenie twarzy. Jednym z najważniejszych kroków w codziennej pielęgnacji, jest użycie toniku, który wyrównuje ph, nawadnia naszą twarz i sprawia, że staje się ona chłonna jak gąbka, a więc bardziej podatna na przyswajanie substancji aktywnych znajdujących się w kosmetykach, które nakładamy na nią w dalszej kolejności. Dobrze nawodniona skóra jest pełna blasku, a drobne zmarszczki nie są na niej tak widoczne. Z nawilżeniem związana jest też olbrzymia popularność masek w płachcie. Nasączony aktywnymi substancjami materiał dłużej utrzymuje wilgoć, a ograniczony dostęp powietrza sprawia, że aktywnie nawilżające składniki głębiej wnikają w skórę.
Charlotte Cho w swojej książce pisze o tym, że większość mieszkańców Korei ma na swoim biurku w pracy nawilżacz. Ja całkiem niedawno odkryłam dobroczynne działanie wody termalnej Uriage (chyba jedynej na rynku, po użyciu której nie musimy wycierać twarzy). Planuję zakup mniejszego rozmiaru do pracy, a nawilżacza, póki co, używam w domu (moje rośliny są bardzo wdzięczne).

Tint do ust to mój osobisty hit. W tradycyjnych ciemnych szminkach zawsze denerwował mnie wyraźny kontur ust, który wygląda sztucznie i jest trudny do wyrysowania, szczególnie kiedy poprawiamy malunek ust w ciągu dnia. Poza tym kolor ciemnych szminek nieestetycznie i nierówno się ściera. Tint jest barwnikiem, który trwale wnika w usta, minimalnie ścierając się przy jedzeniu (przy tym cały czas wygląda ładnie, jest po prostu bledszy), dodatkowo można go nałożyć tylko na środek warg i dzięki takiemu cieniowaniu koloru nasze usta wyglądają bardzo dziewczęco.

5. Makijaż no make-up. Zawsze byłam makijażową minimalistką. Kilka razy próbowałam się przekonać do czegoś mocniejszego, ale najbardziej lubię prosty malunek z podkreślonymi ustami, o którym już kiedyś Wam pisałam. Celem azjatyckiego makijażu jest podkreślenie swoich atutów, a nie namalowanie nowej twarzy, jest więc dla mnie idealny. Podstawą jest krem BB, który wyrównuje koloryt cery i delikatnie ją rozświetla. W ogóle błyszcząca cera jest w Azji wyznacznikiem piękna - mówimy oczywiście o takim zdrowym błyszczeniu - blasku, na który w Korei istnieje kilka określeń. Chok-chok to promienna, dobrze nawilżona skóra, a dewy dodatkowo wyglądająca jak zroszona wodą, wilgotna. Oczy podkreślić możemy cieniami w neutralnych kolorach i eyelinerem (w Azji modne jest pociągnięcie tej kreski lekko w dół, a nie w górę, jak przy tzw. kocim oku), następnie lekko zaznaczamy naturalną krzywiznę brwi. Na wypukłości twarzy nakładamy rozświetlacz, na środek policzków róż, a usta barwimy tintem.
Koreańskim guru makijażowym jest Pony - jeżeli więc przemawia do was wizja make-up no make-up koniecznie wyszukajcie jej filmiki na You Tube (mają angielskie napisy) :)

Ochy i achy, które dotąd słyszałam o azjatyckich kremach BB nie są bezpodstawne. Testowałam w swoim życiu wiele tego typu europejskich kosmetyków, jednak każdy jeden krem był zbyt ciemny i zbyt gęsty. Kremy z Azji widziałam z kolei w tylu wersjach kolorystycznych, że naprawdę nie wiedziałabym co wybrać. Swój zestaw (krem i korektor Klairs) zamówiłam dzięki próbce dołączonej do mojego pierwszego zamówienia azjatyckich dobroci. Krem występuje w jednym odcieniu i idealnie stapia się z cerą. Moją bardzo delikatnie rozjaśnia i tworzy efekt chok, chok :)
......
Swoje kosmetyki zamawiałam w sklepach beautikon.com i juui.pl, a do każdego zamówienia dostałam kilka próbek z czego bardzo się cieszę, bo mam nadzieję, że znajdę wśród nich jakieś nowe hity kosmetyczne.
/wpis nie jest sponsorowany/