9 sierpnia 2016

Budapesztańskie zakamarki


Dokładnie pamiętam pierwsze wrażenie Budapesztu: zachwyt z takiej ilości monumentalnej architektury, a w powietrzu unoszący się zapach kadzidła i wilgoci ze starych murów, czyli to co Emnilda lubi najbardziej (chociaż do dzisiaj zastanawiam się skąd woń kadzidła na środku ulicy). W tym mieście od pierwszej chwili poczułam się jak u siebie, chociaż niemały na to wpływ mógł mieć fakt, że przeszło miesiąc zwiedzałam Budapeszt wirtualnie, studiowałam mapy, poznawałam zabytki, komunikację miejską i przeczesywałam internet w poszukiwaniu świetnych knajp.
......
Co jest najpiękniejsze w Budapeszcie? Oczywiście - standardowo - Dunaj malowniczo płynący przez środek miasta, wzgórza ze wspaniałym widokiem na dachy Budy i Pesztu, kąpieliska termalne, w których nie jeden raz oddawałam się błogiemu relaksowi, jednak dla mnie top of the top jest fakt, że w tym mieście czuć ducha XIX wieku. Właściwie już kiedy czytałam przewodnik, zwróciłam uwagę, że większość znaczących budynków i pomników dzisiaj będących głównymi atrakcjami miasta, powstało właśnie pod koniec XIX wieku, kiedy to obchodzono tysiąclecie istnienia państwa węgierskiego. Wówczas - że się tak kolokwialnie wyrażę - naprawdę wielką kasę wpompowano w budownictwo, zatrudniając przy tym najlepszych architektów, malarzy i rzeźbiarzy; nie bano się eksperymentów z wchodzącym wówczas "na rynek" stylem art nouveau (innymi słowy swojsko brzmiącą secesją), a także - za wzorem słynnej przebudowy Haussmanna w Paryżu (to taki architekt, który wyburzył połowę miasta, żeby w miejsce średniowiecznych jeszcze uliczek, wybudować nowoczesne bulwary i szerokie drogi, które choć przyjazne spacerującym w cieniu drzew mieszkańcom, zostały stworzone jako strategiczne trasy przemarszu dla wojska - ale to temat na zupełnie inny wpis) poszerzono niektóre ulice i wybudowano jedno z najpiękniejszych założeń urbanistycznych w mieście - reprezentacyjną aleję Andrássyego, która odciążyła pomniejsze XVIII wieczne arterie miasta (o ile można nazwać arteriami ówczesne ciasne ulice śródmieścia) . I tak doszliśmy do sedna, albowiem właśnie aleja Andrássyego jest tematem dzisiejszego wpisu.
......
Aleja ta, prócz tego, że odciążyła poboczne ulice, stała się reprezentacyjną ulicą rozrastającego się Pesztu, który trzy lata po jej zbudowaniu został połączony z Budą w jeden organizm miejski (1873r.), a dodatkowo kończyła się w tzw. Lasku Miejskim, który stawał się wówczas coraz modniejszym miejscem wypoczynku dla Pesztańczyków. Zaraz po wytyczeniu nowej drogi, zdecydowano się również wybudować linię metra. Co ciekawe, najpierw myślano o kolejce naziemnej, ale władze miasta nie zezwoliły inwestorowi na zeszpecenie nowo wybudowanej reprezentacyjnej alei. Pierwsza linia metra w Budapeszcie jest zarówno pierwszą w Europie kontynentalnej i drugą na świecie (po Londynie) i wraz z aleją Andrássyego wpisana została na listę dziedzictwa UNESCO.
Aleja liczy sobie 2,5 kilometra i dzieli się na kilka odcinków o zmiennej zabudowie, która została zastrzeżona przez władze miejskie już na etapie jej projektowania. Przy początkowym odcinku alei zdecydowano się wznieść reprezentacyjne 4 piętrowe kamienice mieszczące instytucje biznesowe, budynki użyteczności publicznej (m.in. operę). Kolejny odcinek zabudowany jest kamienicami o charakterze rezydencjonalnym, przy Kodály körönd (moim ulubionym fragmencie alei) wzniesiono cztery pałacowe kamienice. Dalej zabudowa zmienia charakter - dominują tam 2-3 piętrowe budynki z ogrodem przylegającym do ulicy, jeszcze dalej natomiast (aż do wspomnianego lasku Miejskiego) ulica tonie w zieleni, bowiem ciągną się tam wolnostojące wille.
......
Dzisiaj piękno niektórych kamienic już nieco przygasło i pokryło się patyną czasu, jednak nie potrzeba wiele, żeby oczyma wyobraźni zobaczyć ulicę w pełnym blasku, taką jaką była ponad sto lat temu. Jak wspomniałam, moim ulubionym fragmentem alei jest Kodály körönd - wspaniały plac obsadzony drzewami, wokół którego na planie ćwierć okręgu zbudowano cztery majestatyczne kamienice, które dzisiaj chcę Wam pokazać.

Zaczynamy od jedynej kamienicy przy placu, która w ostatnich latach została poddana renowacji, a przynajmniej została bardzo odświeżona. W środku znajduje się muzeum kompozytora Zoltána Kodályego, który przez 40 lat zajmował czteropokojowe mieszkanie w tym budynku i od którego nazwiska plac wziął swoją nazwę. Myślałam o odwiedzinach tego muzeum po prostu ze względu na oryginalny wystrój mieszkania (zawsze lubię podglądać, jak faktycznie mieszkali różni ludzie), ale ostatecznie wybrałam relaks w kąpieliskach termalnych i dopiero później doczytałam, że muzeum znajduje się TU, czyli w TEJ kamienicy przy TYM placu. Nie pytajcie, przewodniki czasem bardzo mgliście przedstawiają adresy :)


Przed kamienicą wystawiono kilka oryginalnych dekoracji z lat 80-tych XIX wieku, które - jak się domyślam - musiano usunąć, bądź odpadły przy remoncie elewacji.

Kolejna kamienica - moja najulubieńsza z wszystkich czterech - jest wielkim, przytłaczającym budynkiem, z pasem zieleni za wysokim płotem z kutą bramą. Tym co sprawiło, że totalnie mnie zachwyciła, są widoczne na fasadzie zdobienia wykonane metodą sgraffito (to taka technika nakładania kolejnych kolorowych warstw tynku i zdrapywaniu ich zgodnie z wzorem, kiedy się jeszcze nie utwardziły). Niestety - jak widzicie na zdjęciach - malowidła są już nieco przyblakłe i w wielu miejscach wykruszyły się. Stan kamienicy pozostawia wiele do życzenia i muszę szczerze powiedzieć, że przeżywałam to przez co najmniej 2 dni. Bardzo chciałabym kiedyś (przy którejś kolejnej wizycie w Budapeszcie) ujrzeć ją pięknie odnowioną!



Czas w końcu na kamienicę, która przez wielu uznawana jest za najpiękniejszą przy Kodály körönd. Jest to zbudowany w stylu neorenesansowym dom Hübnera, który w całej okazałości możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu, otwierającym dzisiejszy wpis. Oszczędzę sobie i Wam nazwisk, jednak warto wiedzieć, że wszystkie elementy były zaprojektowane przez sławnych ówcześnie rzemieślników. Kamienica porażała przepychem, ukrytym za kutym ogrodzeniem. Przekraczając - obecnie zamkniętą z powodu zagrożenia budowlanego - bramę, wkraczało się do świata najbogatszego budapesztańskiego mieszczaństwa; tylko takie osoby mogły pozwolić sobie na kupno mieszkania w tej klasy obiekcie. Dom posiada trzy klatki schodowe, stylową windę (widoczna na zdjęciu), kasetonowe sufity, marmurowe płyty na ścianach, witraże w oknach, a w latach 80 XIX wieku wyposażony był również w kryształowe żyrandole. Obszerne mieszkania także posiadały rozmaite luksusy: kominki, marmurowe łazienki i wanny wielkości małego basenu. 
Dzisiaj kamienica jest w złym stanie. Drewniane rusztowania i metalowe siatki zabezpieczają przechodniów przed odpadającą elewacją, a i w środku upływający czas daje o sobie mocno znać


A teraz strasznie smutna sprawa. Jak widać na zdjęciach (a zdjęcia nigdy nie oddają stanu zniszczeń takimi, jakimi są naprawdę - przekonałam się o tym kupując meble przez internet :)) kamienice przy Kodály körönd są bardzo zaniedbane. Nie wiem czy władze miejskie robią coś w kierunku przywrócenia ich piękna, ale wierzcie, że serce się kraje, kiedy widzi się te odpadające tynki, zniszczone oryginalne drzwi wejściowe, uszkodzone posadzki i wiele pomniejszych elementów.
I jakby tych naturalnych, spowodowanych czasem zniszczeń było mało, czwarta z kamienic przy Kodály körönd, dwa lata temu zajęła się ogniem. Kiedy ją zobaczyłam, myślałam, że na dachu są prowadzone prace remontowe i strasznie się ucieszyłam - było to naprawdę miłe uczucie po tych wszystkich zniszczeniach, których się naoglądałam przez kilka godzin, niestety, po paru dniach przeczytałam, że to nie prace remontowe, a zabezpieczenie dachu po pożarze. O ile dobrze zrozumiałam tłumaczenie googla z węgierskiego, na dachu doszło do zaprószenia ognia przy jakichś pracach budowlanych. A że wcześniej wyburzono na strychu ściany, które były zarazem zaporami ogniowymi, pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie, pochłaniając całe poddasze i trzecie piętro kamienicy.
......
W tym miejscu kończy się nasz spacer po pięknym acz zaniedbanym Kodály körönd. Wiem, wpis jest niepokojąco długi, ale to nie koniec! Chciałam Wam pokazać jeszcze jedną - ostatnią - kamienicę, której przestrzeń mnie olśniła. Znajduje się na alei Andrássyego numer 53 (chyba...) i ma jedno z najpiękniejszych wnętrz, jakie odkryłam w Budapeszcie (nie licząc pysznych kawiarnianych fresków kilkanaście numerów dalej).
Otóż tego gorącego dnia miałam taki kaprys, że wchodziłam do wszystkich otwartych kamienic, żeby podejrzeć ich wnętrza (większość bram jest jednak solidnie zamknięta i tylko małe okienka w drzwiach pozwalają jednym okiem ogarnąć wnętrze) no i udało się wejść właśnie tu. W jednej chwili z gorącego Budapesztu przeniosłam się do wilgotnego palazzo w Wenecji - stiuki, malowidła, monumentalność tej klatki schodowej mnie oczarowały. Widać tu dbałość o każdy - dzisiaj już nieco przygasły - detal.
Klasyczne wnętrze mogę w tym momencie podsumować jedynie klasycznym cytatem: Mieli rozmach skurwysyny!


A tu Włóczykij pomaga austriackiej rowerzystce napompować koło. Rowerzystka była w wieku 80+ i przyjechała do Budapesztu z Wiednia. Rowerem oczywiście!



I te posadzki. Co jedna, to piękniejsza!

Olbrzymia większość kamienic na Węgrzech posiada wewnętrzne dziedzińce okolone balkonami, które są miejscem wypoczynku i uważam, że jest to naprawdę przedni pomysł. Nie słychać tu gwaru ulicznego, jest dużo cienia, dodatkowo w wielu budynkach podwórza są zagospodarowane, znaczy się, obsadzone kwiatami i drzewami, więc tym milej się tam odpoczywa.


(zdjęcia robione w większości telefonem, a dwa (pierwsze zdjęcie oraz to ze spaloną kamienicą) znalezione w internetach)