16 marca 2016

Amouage. Zapach przeznaczenia.


Kolejne spotkanie z perfumami Amouage było tylko kwestią czasu i wiedziałam to od momentu, kiedy napisałam ten tekst. W chwili, kiedy poznałam tę manufakturę niezwykłych zapachów, stworzoną przez krewnego omańskiej rodziny królewskiej, przestały się dla mnie liczyć inne perfumy. Każdy jeden zapach, który do tej pory uważałam za bogaty, pełen głębi i niezwykłości, zbladł przy wytworach perfumiarzy z Amouage, a nic nie zapowiadało takiego rozwoju sytuacji. Próbki zamówiłam niecały rok temu z ciekawości, wiedziona raczej ich niezwykłymi opisami (trudno nie zachwycić się opisem zapachu zainspirowanego Traviatą; odzwierciedlającego kwiat kamelii, który nie pachnie w swojej naturalnej postaci), a okazało się, że odkryłam markę której - wiem to - pozostanę wierna.


W międzyczasie romansowałam jeszcze trochę z próbkami niszowych zapachów innych firm, chociaż wiedziałam że - koniec końców - kupię któreś z pachnideł Amouage. Zamówiłam jednak Avignon Comme des Garçons, który w założeniu ma być zapachem kościoła katolickiego. Czuć w nim woń zmurszałych schodów gotyckich katedr i drewnianych stuletnich ławek (co zawdzięcza m.in. zawartemu w perfumach drewnu cedrowemu), na pierwszy plan wybija się jednak kadzidło, które na tyle dominuje w kompozycji, że jak dla mnie jest zbyt dosłowne. Perfum jest piękny i dobrze się w nim czuję, jednak nie o taki efekt zapachowy - jakbym spędziła cały dzień przed ołtarzem, w oparach tlącego się trybularza - mi chodzi.
Zagorsk z tej samej serii od Comme des Garçons to zapach cerkwi. Wyczuwam w nim głównie zapach iglastego drewna, które kojarzy mi się nie tyle z prawosławną świątynią, ile z gorącym i suchym zapachem sauny fińskiej (być może przez to, że jednym z kilku "drewnianych" składników zapachu jest sosna). Nawet gdybym chciała tak pachnieć, nie do końca da radę, bo zapach jest dość nietrwały. 
Z ciekawszych woni, które niedawno prztestowałam, wspomnę jeszcze Sensei Piotra Czarneckiego, orientalno-drzewny zapach unisex, w którym wyczuwam bardzo intrygującą mieszankę suszonych śliwek, kawy i dobrego alkoholu. Jestem na tak, aczkolwiek mam pewne zastrzeżenia co do trwałości, którą jednakże będę jeszcze sprawdzać.

W końcu nadszedł ten czas, kiedy musiałam się skupić na wyborze swojego zapachu Amouage. Decyzja nie był prosta, bo chociaż nie znam wszystkich woni tej firmy (jeszcze tyle przede mną ^_^), to te, z którymi zdążyłam się zapoznać, skutecznie zamąciły mi  w głowie. W końcu na placu boju pozostały trzy, a w zasadzie dwa, bowiem Interlude od początku był moim pewniakiem, a dla własnej przyjemności postanowiłam zamówić dwie pełnowymiarowe butelki. O drugie miejsce walczyły kwiatowo-kadzidlany Fate i ziołowo-przyprawowy Opus IV. W końcu zdecydowałam, że moim (nomen omen) przeznaczeniem będzie Fate i ten właśnie zapach ubrany w piękny tęczowy flakon z pozłacanym korkiem, zamówiłam jako drugi.


O zapachach Amouage napisano wiele, ja jestem niezbyt biegła w przedstawianiu zapachowych niuansów i labiryntów nut głowy, serca i bazy, więc sobie podaruję. Poza tym jestem zdania, że te wonie trzeba poznać osobiście, gdyż są tak głębokie i wielowymiarowe, że próby opisania ich są zawsze niezdarne w stosunku do bogactwa zapachu, jaki prezentuje każdy z perfumów. Nie umiem ich też porównać do żadnych bardziej znanych, mainstreamowych zapachów z popularnych perfumerii - są po prostu wyjątkowe i, co tu dużo mówić, warto dać się tą wyjątkowością otulić.


Perfumy Amouage są produkowane wyłącznie z naturalnych składników co wpływa na ich niespotykaną trwałość. Bardzo intensywny zapach utrzymuje się kilka godzin, potem nieco łagodnieje zmieniając swój charakter, by nawet na następny dzień pozostać aromatem wyczuwalnym tuż przy skórze. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że nosząc na sobie te zapachy trzeba być pewnym siebie, mieć niezachwiane poczucie własnej wartości, jednak - paradoksalnie - ubranie się w jakikolwiek zapach Amouage daje właśnie pewność siebie i poczucie wyjątkowości, o czym możecie przekonać się testując je na sobie :)


3 marca 2016

Wiosenne zmiany na lepsze


Do nowej fryzury wciąż się przyzwyczajam. Cięcie włosów zawsze budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się, że pozbywam się ciężaru długich pasm, problemów z rozczesywaniem i wymyślaniem nowych fryzur; z drugiej, krótkie i rozpuszczone to nie do końca moja bajka (a grzywka to już zawsze poroniony pomysł). Niemniej, po raz kolejny spróbowałam i oswajam, a jeżeli będę się dobrze czuć, w maju planuję kolejne cięcie. 
Muszę też pomyśleć nad jakąś stylizacją włosów, bo zawsze zostawiam je po myciu na pastwę losu i nie zajmuję się nimi wcale, suszę naturalnie i widzę, że przydałaby się im (grzywce szczególnie) mała uwaga. W moim przypadku jest to jednak większa akcja, gdyż muszę zaopatrzyć się w piankę i poszukać końcówki od suszarki. Także tego. Na razie mi się nie chce.
......
Poza tym postanowiłam na wiosnę wprowadzić kilka innych zmian.
1. Być częściej obecną na blogu. Zima i noszenie w kółko jednego ulubionego płaszcza, nie sprzyjało zamieszczaniu wpisów. Poza tym, muszę przyznać, że bardzo wygodną formą dzielenia się z Wami nowościami, zdjęciami i fajnymi linkami stał się dla mnie Facebook i Instagram i tam też najczęściej się pojawiam. Nie ukrywam, że tego typu przekaz jest bardzo wygodny i pozwala w bardzo szybki i mało pracochłonny sposób o czymś Was poinformować. Jednak najważniejszym miejscem jest blog i dlatego (choć zachęcam oczywiście do odwiedzania portali społecznościowych) to jemu zamierzam teraz poświęcić najwięcej czasu.
2. Dbać o siebie. Nie żebym teraz o siebie nie dbała, ale w ostatnim - dajmy na to - półroczu, zauważyłam że najzwyczajniej w świecie się starzeję. Coraz więcej mam siwych włosów, kurzych łapek, a cera nie jest już taka sprężysta jak dawniej. Taka jest kolej rzeczy i zmiany te akceptuję (chociaż niekiedy oglądanie wyfotoszopowanych dziewczyn w internecie potrafi zdołować), ale uświadamiają mi one, że czas pędzi naprzód i warto po prostu zatroszczyć się o własne zdrowie oraz wygląd. W tym celu stawiam na takie banały, jak dobre kosmetyki pielęgnacyjne, ale przede wszystkim zdrową dietę, ruch i badania lekarskie (brrr!)
3. Dobre zakupy. Umiejętność, którą ciągle doskonalę i którą praktykuję też pod hasłem: "biednego nie stać na kupowanie tanich rzeczy", chociaż akurat nie na cenę bym tu zwróciła uwagę, a na jakość. Wolę kupić raz, a porządnie, a więc jak buty i torby to ze skóry, jak sweter to z wełny lub kaszmiru, jak bluzki to z naturalnych tkanin, jak kosmetyki to ekologiczne, a jak biżuterię to ze szlachetnych kruszców (co oczywiście nie przeszkodziło mi kupić tego uroczego zestawu biżuterii z dzisiejszych zdjęć za 10 zł). Przy tego typu świadomych zakupach zwracam uwagę na maksymalnie jak najbardziej klasyczny krój i wzór, tak żeby przedmiot jak najdłużej mi służył. 
Takie rozsądne kupowanie idzie mi coraz lepiej - potrafię odrzucać już prawie wszystkie poliestry, nawet te, które kosztują złotówkę na wyprzedaży w ciucholandzie. Ale o tej zakupowej "filozofii" napiszę niedługo trochę więcej.
......
No to niech ta wiosna wreszcie przyjdzie, co nie?





(zdjęcia: Włóczykij)