31 grudnia 2015

Blog w 2015 roku

http://emnilda.blogspot.com/2015/01/zimowy-spacer-czyli-o-cieple-w-xix-wieku.html

Przed nami kolejny rok, czas zatem na małe blogowe podsumowanie. Mijające miesiące nie były dla bloga zbyt łaskawe, zważywszy na niewielką ilość wpisów, jakie udało mi się przez ten okres przygotować. Tak wyszło po prostu i nie ma się co nad tym rozwodzić. Po sześciu latach blogowania przychodzą takie momenty, kiedy zastanawiam się czy pokazywanie swojego małego świata ma w ogóle sens, przeżywam chwile niechcenia i wówczas zostawiam bloga odłogiem na jakiś czas, by potem przeżywać swego rodzaju syndrom odstawienny i powrócić do niego z przyjemnością. W takich chwilach na serio cieszę się, że blog nie jest moim źródłem zarobku, bo tworzenie (albo wręcz produkowanie) wpisów po to, by utrzymać ciągłe zainteresowanie czytelników i sponsorów sprawiłoby mi wielką trudność. 
......
Niemniej od sześciu lat corocznie powstaje kilkadziesiąt wpisów, które czytacie i komentujecie, a tradycją stało się już grudniowe podsumowanie, dlatego dziś przygotowałam zdjęcia z kilkunastu postów.
......
Jeżeli coś szczególnie Was zainteresuje, wystarczy kliknąć w obrazek, który przeniesie do odpowiedniego wpisu.

http://emnilda.blogspot.com/2015/01/historia-dawnej-mody-2-xix-wieczne-bale.html
Na posty modowe przyjdzie czas za chwilę, zacznijmy od dość długaśnego wpisu dotyczącego XIX-wiecznych bali, w którym przeczytacie, jak kobiety przygotowywały się do takich imprez, jakie suknie trzeba było włożyć, aby olśnić ówczesnych znawców mody, oraz które akcesoria były potrzebne każdej kobiecie chcącej uchodzić za elegantkę.

http://emnilda.blogspot.com/2015/05/sztuka-ulotna.html
Kolejnym, bardzo lubianym przeze mnie postem z dużą ilością treści, jest ten o orientalnych zapachach. Stali czytelnicy zapewne wiedzą, że jestem wielką fanką ciężkich kadzidlano-opiumowych aromatów i o nich też jest ten wpis. Konkretnie zaś o cudownych woniach kościelnego kadzidła, manufakturze perfum z Omanu i marce Amouage, którą odkryłam w tym kończącym się roku. Zakup jednego z tych perfum jest moim najbardziej luksusowym noworocznym postanowieniem. Teraz muszę tylko zdecydować, który jest najpiękniejszy i powinien trafić na moją toaletkę :)

http://emnilda.blogspot.com/2015/02/woska-robota.html
Jako posiadaczka trzech cudeniek biżuteryjnych włoskiego pochodzenia, nie mogłam o nich nie napisać (znów wieeeele treści). Jeśli macie ochotę, poczytajcie o technice jaką są wykonywane oraz jej historii.

http://emnilda.blogspot.com/2015/10/wnetrza-2-pokoj-dalekowschodni.html
Osobnym gatunkiem wpisów, które w 2015 roku pojawiły się na blogu są posty wnętrzarskie, w których chwalę się pokazuję swoje mieszkanie. Ten rok należał zdecydowanie do pokoju dalekowschodniego. Bynajmniej nie dlatego, że pojawiał się na blogu często, lecz dlatego, że pokazałam go po raz pierwszy. Jak sama nazwa wskazuje, swoją stylistyką nawiązuje do tak modnego dawniej stylu orientalnego i chinoiserie, a sam pokój możecie zobaczyć w szczegółach klikając w powyższe zdjęcie.

http://emnilda.blogspot.com/2015/03/urocze-poranki.html
Czas najwyższy na małe podsumowanie wpisów związanych z modą. W tym roku - wyjątkowo - nie było ich dużo, ale kilka z nich weszło do ścisłej czołówki moich ulubionych postów w ogóle, co przy 270 wpisach jest niezłym osiągnięciem.
......
Przy okazji wejścia w kolejny rok dziękuję za to, że oglądacie, czytacie i komentujecie emnildowy blog oraz życzę Wam, drodzy czytelnicy, więcej wolnego czasu na przeglądanie ulubionych blogów (i czytanie książek oczywiście), wielu inspiracji, które ubarwią Wasze życie oraz spełnienia wszystkich Waszych noworocznych postanowień.

http://emnilda.blogspot.com/2015/11/tyrolska-dziewka-i-inne-przypadki.html

http://emnilda.blogspot.com/2015/09/powitanie-jesieni.html

http://emnilda.blogspot.com/2015/08/wiejskie-zycie.html

http://emnilda.blogspot.com/2015/01/zimowy-spacer-czyli-o-cieple-w-xix-wieku.html

http://emnilda.blogspot.com/2015/05/w-stylu-lat-trzydziestych.html

http://emnilda.blogspot.com/2015/03/blog-post.html

http://emnilda.blogspot.com/2015/01/rosyjskie-nastroje-3_16.html

16 grudnia 2015

Rosyjskie kwiaty na Twoich ramionach


Tytuł dzisiejszego wpisu to nic innego, jak hasło reklamowe najstarszej powstałej w Rosji fabryki ludowych chust i szalików. Mieści się ona w Pawłowskim Posadzie i od nazwy miejscowości, chusty znane są na całym świecie jako pawłoposadskie. Dlaczego akurat taki temat? Krótko mówiąc - we wrześniu, w jedynym z krakowskich ciucholandów, udało mi się kupić kilka fajnych, ludowych chust i zupełnie przypadkowo - dzięki komentarzowi jednej z czytelniczek bloga - zaczęłam szperać w internecie, odkrywając jedną z moich chust (nazywa się Lato w Pawłowie i zaprojektowała ją Tatiana Sucharewska) wykonaną właśnie w manufakturze o której dziś piszę.
......
Nakrycie głowy w formie szala zawsze było jednym z podstawowych atrybutów rosyjskiego narodowego stroju ludowego, zarówno codziennego jak i świątecznego. W czasach średniowiecza nakładano na głowę tzw. ubrus czyli kawałek białego płótna z haftem. W wieku XVII ustąpił on miejsca szalowi i chuście, które z kolei zaczęto drukować we wzory. W Rosji, zdecydowanie bardziej niż w społeczeństwach zachodnich, zwracano uwagę na przykrywanie głowy przez kobiety, które było symbolem skromności - w przypadku kobiet zamężnych poddania mężowi - a nieprzestrzeganie tegoż, wiązało się często z wykluczeniem społecznym. Trzeba też pamiętać, że zakrywanie głowy jest silnie związane z religią prawosławną - do dziś, kobiety wchodząc do cerkwi, narzucają na głowę wielobarwne chusty, których kolory tradycyjnie są przypisane różnym okresom liturgicznym. W okresie Wielkiego Postu są to chusty czarne - żałobne,  w Wielkanoc chusty czerwone, święto Trójcy jest związane z kolorem zielonym, święta maryjne z niebieskim, a w zwykłe dni kobiety zakładają chustę białą lub w jasnych kolorach.

Wasilij Surikow, Portret L.T. Matoriny, 1892 / Fedot Sychkov, Chłopka, 1917

Nieznany artysta, Portret dziewczynki, XIX wiek / Fedot Sychkov, Młódka, 1928

Wiktor Derjugin, Portret żony, 2010

Historia fabryki w Pawłowskim Posadzie liczy sobie już ponad 200 lat, a wszystko zaczęło się w 1795 roku pod Moskwą, gdzie jeden z chłopów posiadał własną fabrykę jedwabiu. Jeśli weźmiemy pod uwagę warunki życia w ówczesnej Rosji, to oczywistym jest, że chłop nie mógł być właścicielem jakiejkolwiek fabryki. Ta szumna nazwa dotyczyła w rzeczywistości małego wiejskiego warsztatu tkackiego, gdzie niejaki Iwan Dmitriewicz Łabzin zatrudniał 10 pracownic, które zajmowały się wyrabianiem jedwabnych szali. Były to szale bardzo przeciętnej jakości, niemniej udało się ten interes jakoś rozruszać, wejść w spółkę z Gryzanowem, który niedaleko prowadził podobny warsztat i tak właśnie zaczęła się historia jednej z najbardziej znanych rosyjskich manufaktur. Łabzin i Gryzanow z roku na rok ulepszali swoją fabryczkę, a co za tym idzie bogacili się, jednak dopiero wnuk Łabzina „przeszedł” ze stanu chłopskiego do kupieckiego dzięki temu, że prowadził handel obwoźny sprzedając rodzinne wyroby w miastach Rosji.
W połowie XIX wieku fabryka Łabzina zaczęła naprawdę liczyć się wśród innych tego typu przybytków i pomimo trudności, a więc dużej konkurencji, która wypuszczała na rynek szale tańsze, oraz oddalenia fabryki od Moskwy, która była głównym miastem zbytu wyrobów, Łabzinowi udało się osiągnąć wielki sukces. To właśnie w tym czasie firma nastawiła się na produkcję wełnianych szali z nadrukiem, które szybko stały się mega hitem wśród przedstawicieli rosyjskiej szlachty i bogatych kupców. Już w 1861 roku fabryka zatrudniała na stałe 2 kolorystów, 3 grafików oraz była w posiadaniu drukarki i innych ultranowoczesnych technologii (jak na XIX-wieczną Rosję to musiało być naprawdę coś!), a cztery lata później produkowane przez nią szale, zostały uhonorowane srebrnym medalem na targach w Moskwie. Kolejne lata to coraz stabilniejsza pozycja firmy na rynku – posiadanie chusty z Pawłowskiego Posadu było czymś nobilitującym, tym bardziej, że w latach 60 XIX wieku Jakub Łabzin otrzymał tytuł dostawcy Jej Królewskiej Mości Wielkiej Księżnej Aleksandry Pietrowny, a co za tym idzie, miał prawo do umieszczenia monogramu Księżnej na swoim szyldzie. Poza tym moda na szale demokratyzowała się – pod koniec wieku mogli sobie na nie pozwolić nie tylko przedstawiciele wyższych warstw społecznych, ale także drobnomieszczaństwo i zamożni chłopi. Pawłoposadskie chusty zdobywały kolejne nagrody na targach przemysłowych oraz wystawach sztuki wszechrosyjskiej, a firma Łabzina rozrastała się. Na początku XX wieku utworzono „Stowarzyszenie manufaktur Łabzina i Gryzanowa”, które stało się największą firmą produkującą rosyjskie wełniane szale i chusty, zatrudniającą ponad 2000 osób, mającą filie w różnych miastach Imperium (m. in. Omsku, Charkowie czy Urjupińsku) i majątek zakładowy wysokości ponad 4 milionów rubli.
Do rewolucji październikowej firmą zawsze kierował ktoś z rodziny Łabzinów, po niej, w 1917 roku - jak nietrudno zgadnąć - fabryka została upaństwowiona, a jej nazwa zmieniona na znaną do dziś, pochodzącą od miejscowości, w której wszystko się zaczęło. W kolejnych latach kontynuowano produkcję, choć w pierwszych dziesięcioleciach po wojnie, z braku szlachetnych materiałów (jedwabiu i wełny) wykonywano szale z bawełny. Chociaż rosyjskie kwiaty nadal były wzorem numer jeden, rozszerzono produkcję o wzory związane z kolektywizacją i industrializacją, które do dzisiaj można podziwiać w przyfabrycznym muzeum.

Moja chusta Lato w Pawłowie, w całej okazałości. Aktualnie służy mi za serwetę.

Ulica Carska w Pawłowskim Posadzie na początku XX wieku, a poniżej zdjęcie manufaktury Łabzina.


Produkcja chust w Pawłowskim Posadzie zaczyna się każdorazowo od projektu, który tworzą artyści zatrudnieni w fabryce. Co roku powstaje 200 nowych wyrobów z unikalnymi wzorami nawiązującymi do rosyjskiej kultury; tradycyjnie są to kwiaty i wzory orientalne, ale produkowane są również chusty  np. nawiązujące do ważnych wydarzeń historycznych. Każdy wzór jest zatwierdzany przez Radę Sztuki działającą przy fabryce, przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz działaczy moskiewskiego ruchu artystycznego. 
Proces produkcyjny nie jest jakoś bardzo skomplikowany. Dawniej wzory na chustach odciskano za pomocą drewnianych matryc i ręcznie malowano, dziś wszystko jest zmechanizowane, a chusty barwi się maszynowo, co możecie podejrzeć w krótkim filmiku poniżej.


7 grudnia 2015

Co nowego w grudniu? Mix #9


Wracam na dobre moi drodzy czytelnicy! Ostatni miesiąc był dla mnie dość ciężki, ponieważ zmieniałam pracę i wiązało się to ze sporym zaangażowaniem z mojej strony. Nie oznacza to, że teraz spoczęłam na laurach - tak naprawdę egzaminy, które były zakończeniem całego procesu rekrutacyjnego dopiero się zakończyły i nadal sporo nauki przede mną, ale będę miała zdecydowanie więcej wolnego czasu, co przełoży się na częstsze wpisy na blogu.
......
Żeby nie przynudzać - jako że ostatnio kompletnie nie miałam głowy do ładnego ubierania się, a tym bardziej robienia tematycznych sesji zdjęciowych, postanowiłam podzielić się z Wami nowościami (jak zobaczycie, niektóre nowości są całkiem stare) czyli stworzyć kolejny mix przypadkowych zdjęć (to już dziewiąty!) z różnymi fajnymi rzeczami. Także zaczynamy!
......
Przypominam też, że w razie gdyby ktoś bardzo za mną tęsknił, w przerwach między wpisami na blogu, może zaglądać na emnildowego fejsbuka lub instagrama. Tam jestem prawie codziennie.

Czy pamiętacie jeszcze chusty, które kupiłam jesienią w Krakowie? Jedna z nich okazała się być oryginalnym wyrobem z pierwszej rosyjskiej manufaktury takich właśnie chust, znajdującej się i funkcjonującej do dziś w miejscowości Pawłowskij Posad pod Moskwą. Odkryłam to za sprawą jednej z czytelniczek bloga, dzięki której poszperałam trochę w internecie i wśród tysiąca ludowych wzorów odnalazłam swój. Chusta obecnie służy mi jako obrus, ale zamierzam również wykorzystywać ją zgodnie ze sposobem przeznaczenia. Dodatkowo, tradycyjny proces wyrobu chust i dzieje samej fabryki są na tyle ciekawe, że mam nadzieję opisać je niedługo w osobnym wpisie.

Lubię owsiankę, ale o ileż przyjemniej je się ją, kiedy wiadomo, że na dnie talerza czeka piękny retro wizerunek małej dziewczynki z mufką ^_^

Notesy z żydowskimi grafikami kupiłam w Krakowie, w księgarni Austeria. Mają ozdobne strony przy okładce, a w środku gładkie, kremowe kartki. Do kupienia również na internetowej stronie księgarni.

Bluzkę z haftem kupiłam w ciucholandzie za 3 złote. W połączeniu z aksamitną spódnicą, dawną biżuterią i futrzakiem, tworzy świetny zestaw w dawnym stylu.

Torebki to jak najbardziej nowości, ale... sprzed wielu miesięcy. O ile nie zawodzi mnie pamięć, nie pokazywałam ich jeszcze na blogu, a mam się (nieskromnie przyznaję) czym pochwalić, bowiem otrzymałam je w prezencie od dwóch czytelniczek bloga - jedna z nich przekazała mi całą, zbieraną latami, kolekcję. Torebki są dla mnie bardzo cenne, gdyż, po pierwsze: są prezentem, a po drugie: wykonano je ze skór aligatorów i węży, tym bardziej więc dziękuję raz jeszcze za przekazanie ich w moje ręce. Dbam o nie należycie - mają nawet swoją półkę w czarnej szafie w dalekowschodnim pokoju.

Książki to też dość stara sprawa, bo kupiłam je we wrześniu w Krakowie (w taniej księgarni na Grodzkiej). Dehnela nie przedstawiam - to mój ulubiony, pięknie staroświecki, pisarz młodego pokolenia i mam nadzieję zgromadzić w końcu wszystkie jego książki. Na Szaleństwo katalogowania nigdy się jakoś specjalnie nie "grzałam", ale kupiłam ze względu na przystępną cenę, poza tym książki Eco to zawsze intelektualna uczta - tak jest i w tym przypadku. Notatki myśliwskie z Afryki oraz Wyprawa do Chiwy uzupełniają moją niewielką, jak na razie,  kolekcję dawnych książek podróżniczych, które bardzo, bardzo lubię. Jest w nich wiele rzeczy, które mnie osobiście zachwycają: archaiczny język, dawne obyczaje oraz kultura podróżowania i dalekie krainy, które - przy uświadomieniu sobie ówczesnych możliwości dotarcia do nich - jawią się jako jeszcze bardziej tajemnicze i niezwykłe. O ziemiańskim świętowaniu to kolejny, w moim zbiorze, album wydawnictwa PWN, który opisuje najważniejsze tradycje związane z obchodzeniem świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Piękne ilustracje z epoki i mnóstwo ciekawostek sprawiają, że czyta się go wyśmienicie. Daleki Wschód w Wilanowie to niewielka objętościowo książeczka z mnóstwem ciekawych informacji dotyczących wilanowskiej kolekcji chinoiserie oraz pięknym zdjęciami poszczególnych eksponatów. Dodatkowo zawiera wiele cennych wskazówek dotyczących sztuki dalekowschodniej w ogóle, przekazanych w bardzo przystępny sposób. Historia świata w sztuce to album, w którym poszczególne historyczne wydarzenia zilustrowano obrazami, tłumacząc zarazem ich motywy i symbolikę. Przez to, że każdemu wydarzeniu poświęcone są tylko dwie strony, album jest idealny do czytania przed snem lub wtedy, kiedy nie ma czasu, by poświęcić go na dłuższą lekturę. Pisma o kulturze i sztuce z kolei, to zbiór arcyciekawych esejów o sztuce. Tak się zaczytałam w księgarni, że musiałam wziąć tę książkę do domu.

Liczba używanych przeze mnie kosmetyków (zarówno do pielęgnacji jak i makijażu) jest naprawdę niewielka, dlatego tych rzeczy, które mogę z czystym sumieniem polecić jest zaledwie kilka. Pierwszą z nich jest mgiełka o zapachu zielonej herbaty z Avonu. Jak na mgiełkę, zapach utrzymuje się długo, jest dość intensywny i bardzo ładny. Naturalny peeling do ciała firmy Nacomi to kolejny godny polecenia kosmetyk: dzięki zawartości masła shea nie muszę dodatkowo natłuszczać ciała po kąpieli, a kawa, która jest składnikiem peelingu, pachnie przepięknie. Moje trzecie odkrycie to elektryczna szczoteczka do zębów. Kupiłam (przyznaję) powodowana impulsem, bo moje koleżanki bardzo ją sobie chwaliły, więc kiedy zobaczyłam, że w Rossmannie jest na nią promocja długo się nie zastanawiałam. Zauważyłam różnicę już po pierwszym użyciu, a niedawno minął miesiąc jak jej używam i jestem bardzo zadowolona. Zęby rzeczywiście są dokładnie wyczyszczone, a wbudowany timer sprawia, że czasu mycia nie trzeba kontrolować z zegarkiem. Być może kiedyś zainwestuję w jakąś bardziej bajerancką szczoteczkę - w tej chwili ta najzwyklejsza w zupełności mnie zadowala.

Biszkoptowe ciasto z gruszkami i cynamonem, upieczone przez Włóczykija. Jest pyszne!

Moje tegoroczne odkrycie, o którym pisałam już na fejsbuku, czyli cejlońskie herbaty Basilur, które w przeciwieństwie do wielu smakowych herbat (które pięknie pachną, a gorzej smakują), smakują co najmniej tak dobrze jak pachną. Szczególnie zimową porą bardzo cenię sobie dobre herbaciane napary, a te z pewnością takie są. Moją małą kolekcję herbat Basilur stanowią cztery jej rodzaje: zielona z marokańską miętą (która ostatnio stała się jakoś bardzo popularna, bo produkują ją już chyba wszystkie większe firmy) oraz herbaty czarne z aromatami owocowymi mango, ananasa i marakui; truskawki i moreli; malin i papai. Herbaty kupiłam w Auchan Komorniki - ostatnio każda moja wizyta w tym sklepie kończy się kupieniem kilku opakowań. Na zapas dla siebie i na prezenty dla rodziny i znajomych.
Dodatkowy plus za piękne opakowania i puszki w oryginalnych kształtach.

Buty i futrzaną czapkę wypatrzyłam jakiś czas temu w ciucholandzie. Buty są skórzane, bardzo wygodne i mają fajny design, chociaż zamiast sznurowadeł planuję wiązanie z kolorowej wstążki. Na razie noszę takie, bo jakoś zawsze mi nie po drodze do pasmanterii.
......
A poniżej jeden z moich codziennych jesienno-zimowych outfitów. Kamizelka z ciucholandu (jakże by inaczej) to moje ulubione tegoroczne okrycie na chłodne dni. Daje radę nawet przy minusowej temperaturze.