28 marca 2013

Zimowa krata


Od rana cierpię na migrenę, i choć czuję się lepiej niż o ósmej rano, to jednak ból będzie mi towarzyszył do wieczora. Może nawet i jutro. Czy Wy też macie czasem napady migreny? U mnie stwierdzono tę przypadłość kiedy chodziłam do liceum i choć ataki bólu mam rzadko (powiedzmy dwa razy na rok) to nie dość, że są niemiłe, to jeszcze poprzedza je tzw. aura migrenowa. Są to zaburzenia neurologiczne objawiające się np. niedowładami kończyn, brakiem równowagi, chwilową utratą widzenia lub mowy. Mając taki atak przy znajomych czasami nie mogłam nawet wytłumaczyć co mi dolegało, bo po prostu nie umiałam poskładać zdań, a słowa mi się plątały. Nie jest to fajne, ale na szczęście przechodzi :)
......
Postanowiłam podzielić się też moim zimowym płaszczem, który aktualnie noszę, bowiem uświadomiłam sobie, że nie zamieściłam tej zimy żadnych zdjęć z pleneru, więc nadrabiam zaległości przy okazji mając nadzieję, że to wierzchnie odzienie szybko zamknę w szafie :) Płaszcz jest bardzo ciepły i świetnie komponuje się z obszerną torbą w kratę. Obie te rzeczy dostałam od jednej znajomej pani Kasi, którą w tym miejscu bardzo serdecznie pozdrawiam!





(zdjęcia: Włóczykij)

23 marca 2013

Filomowe inspiracje: Godziny


Inspiracji wielkimi postaciami filmowymi nigdy dość. Kiedy zobaczyłam tę tunikę (ciucholand, 3 zł) od razu skojarzyła mi się z Virginią Woolf w Godzinach. Jest co prawda trochę krótsza, ale modernistyczna wersja Virginii, czuje się w niej całkiem nieźle :) Jest to moja sukienka domowa, która zastępuje noszone zimą dresy czy swetry i sprawia, że i w warunkach domowych czuję się - nie dość, że wygodnie, to jeszcze - ładnie.
......
Jeżeli chodzi o samą postać Virginii Woolf, to odkryłam ją właśnie przez film Godziny, czyli mniej więcej dziesięć lat temu. Do dziś jest on moim ulubionym wiosennym filmem, ale o tym więcej w następnym poście. Sama Virginia jest mi bardzo bliska, po pierwsze, przez swój charakterystyczny styl pisania. Jej powieści to prawdziwa uczta intelektualna, w której najbardziej znaczące, moim zdaniem, są myśli bohaterów: ich uczucia, przemyślenia i zadumania. Niesamowite wręcz niekiedy nagromadzenie impresji - wrażeń związanych z doświadczaniem przez bohaterów świata zewnętrznego - uświadamia mi za każdym razem jaki ten świat jest wspaniały i że większość z tych codziennych chwil bywa strasznie ulotna i  niezauważona przez nas, umyka, żeby już więcej się nie pojawić. Sensualizm powieściowego świata Virginii został też bardzo, bardzo dobrze przedstawiony w Godzinach. Myślę, że lepiej niż w np. ekranizacji Pani Dalloway. Virginia Woolf jest mi też bliska przez swoje życie prywatne, które poznałam dzięki lekturze jej Dziennika, choć nie doczytałam go jeszcze do końca. Mnóstwo codziennych spraw, trafne przemyślenia i niezwykły zmysł obserwacyjny pisarki sprawiają, że czyta się go wyśmienicie. Nie mogłabym nie poruszyć też kwestii załamania nerwowego, przez które też w swoim czasie przechodziłam (teraz się z tego śmieję i zastanawiam czy skoro chciałam i w tej sprawie wzorować się na Virginii, to było ze mną jeszcze nie najgorzej, czy już tak tragicznie?). Dzięki tym wszystkim czynnikom mam niekiedy wrażenie, że bardzo dobrze rozumiem jej prozę i ją samą; chyba dlatego ta postać jest mi tak bliska i droga.
......
A jak zazwyczaj wyglądam tej sukience możecie podejrzeć na moim Facebooku :)








(zdjęcia:  Leonard "Włóczykij" Woolf)

18 marca 2013

Filmowe inspiracje: Salome Otterbourne


Och, ja Salome Otterbourne udręczona trudami pisania (A jakże! Magisterka to nie taka znów bułka z masłem), muszę ukoić swoje skołatane nerwy (deadline goni!) czymś mocniejszym. Tej ruskiej taniochy z Tesco na razie ruszać nie będę, ale widzę, że jest też coś trochę lepszego i to w dużej butli. Tylko... wystarczy czy nie wystarczy, oto jest pytanie!

Że zacytuję Gałczyńskiego (w końcu też pisarz, tylko nie tak porywający jak ja, Salome Otterburne): "Dobry wieczór upiory. Dajcie mi pić. Życie to kalambur, a kalambur to nonsens o podwójnym znaczeniu. Wobec tego poproszę o podwójną whiskey!"

Antrakt: Ratujmy się, bo trzeźwiejemy!

À la vôtre monsieur Porrige! Jak tylko opróżnię kieliszeczek porwę Pana do tańca. Tango? Foxtrot? Charleston? Zapewniam, że z niebywałą gracją zapoznam pana ze wszystkimi.

A teraz do głosu doszły ulubione przez Salome pierwotne instynkty. Można je sobie interpretować wielorako przypatrując się pierwszemu lub drugiemu planowi obrazka :)
......
Antrakt:  Pijmy szybciej bo szkłem przejdzie!


Jak to... jak to? Pusta butelka? Cóż... życie nieraz, nie dwa, zaskakuje bogu ducha winnych amatorów procentów... niech więc będzie ten tunezyjski likier z daktyli!
 ......
Antrakt: W górę szklanki koleżanki!

Om nom nom, wyborne! Niech żyje Złoty Sobek - ulubiony napój niesamowicie natchnionej Salome Otterbourne! - Oj oj oj... chyba dostaję oczopląsu, a nogi też jakoś trudno postawić płasko na ziemi.

Mam już przyjaciela na resztę wieczoru, ruszam więc do swojej kabiny (mam nadzieję, że dotrę tam bez poważniejszych uszkodzeń). Ej zboku! Co się gapisz na moje wielkie retro majtasy? Pisać romanse (i wytykać Francuzom rozpustę) to jedno, a samemu w nich uczestniczyć, to dwie różne sprawy! Nie rozmawiam z Wami. Au revoir!

KONIEC.

Notka od Emnildy:  Tak na serio, to nie retro majtasy (bo kto widział majtasy wkładać na rajstopy!), ale kostium spadochroniarski (jak nazywa go Włóczykij), czyli wyszczuplające body. Tunika z kolei czeka na zszycie.

 
(zdjęcia: Mr. Włóczykij Porrige, grafika pobrana z TEJ strony).

14 marca 2013

Salome Otterbourne


Bardzo polubiłam estetykę lat dwudziestych i Art déco. Do tej pory spoglądałam na nią sceptycznym okiem i z obawą podchodziłam do geometryzacji i minimalizmu. Art déco było dla mnie sztuką samą w sobie, z której dobrodziejstw nie korzystałam. Dopiero niedawno oryginalne formy mebli, czy odzieży z lat dwudziestych stały się dla mnie inspiracją - ciekawym pomysłem na przełamanie współczesnej mody, której nie da się po prostu zignorować. Jako że nie mam zdolności krawieckich żeby szyć sobie idealne suknie w XIX-wiecznym stylu, czy też (po prostu) nie zawsze mam ochotę się wyróżniać, myślę, że styl lat dwudziestych jest zarówno dobry na co dzień, jak i na zjawiskowe okazje. Prostą, codzienną sukienkę można bardzo ciekawie zestawić z oryginalnymi dodatkami, tak żeby stała się jedyną w swoim stylu wyjściową kreacją.
......
A tak naprawdę chciałam dziś napisać o mojej ulubionej postaci z filmu Śmierć na Nilu, czyli Salome Otterbourne - eksentrycznej pisarce i alkoholiczce, która jest tak pocieszną osobą, że powinien powstać o niej osobny film :) Kiedy tydzień temu oglądałam Śmierć na Nilu po raz kolejny, nie mogłam nie zwrócić uwagi na ubiór Salome. Mnóstwo dodatków, wzory i ciekawe kolory to coś, co bardzo lubię. No i oczywiście turbany: nauczyłam się je ostatnio wiązać i myślę, że Staną się one moim hitem lata. Są wygodne, niesamowicie ubierają, chronią przed słońcem i pomagają, kiedy nie zdążyło się umyć włosów, bo i tak czasem bywa... :)
......
Oto więc przekrój stylizacji Salome Otterbourne (zachwyca mnie ta bransoleta na stopie!) oraz tango, które z pewnością zatańczyłabym tak samo ekspresyjnie, o ile nie jeszcze bardziej... ponieważ moje zdolności taneczne pozostawiają wiele do życzenia.







Będąc w Egipcie nie mogłam nie zrobić sobie zdjęcia przy słynnych baranach w Karnaku, z dumnymi pachwinami, rozwartymi nozdrzami i bezwstydnymi rogami, którymi tak zachwycała się Salome Otterbourne w filmie. A żeby było śmieszniej, to zrobiłam sobie przy nich całą sesję zdjęciową i dopiero kiedy wróciłam z wakacji i zobaczyłam raz jeszcze ten fragment filmu, okazało się, że moja sesja została zrobiona nie przy tych baranach! Fotografowałam się ze zwierzakami przed wejściem, a w filmie "wystąpiły" te z dziedzińca, które przypadkowo załapały się tylko na poniższe zdjęcie :)

8 marca 2013

Coming out


Miała być wiosna, przygotowałam już nawet specjalnego posta na tę okazję, ale pogoda znów zaskoczyła, więc poczekam z owym postem jeszcze jakiś czas. Przeglądając dziś zdjęcia w aparacie, natknęłam się na urocze, zielone krajobrazy z moją osobą w tle (no dobra, dobra, wiem, że jestem na pierwszym miejscu! :)) Postanowiłam w ten sposób wnieść trochę wiosny na bloga, bo śnieg za oknem jest naprawdę przerażający, kiedy pomyślę, że jeszcze dwa dni temu siedziałam na balkonie.
......
Poza tym mam kilka ogłoszeń parafialnych:
......
Po pierwsze: Coming out. Nie, nie, żadną lesbijką, gejem, czy... (chciałam napisać przebierańcem, ale to chyba nie byłoby poprawne politycznie, tym bardziej że wszelkie mniejszości bardzo lubię) ...transwestytą nie jestem. Mój coming out dotyczy kilogramów. Długo się zbierałam, ale myślę że to dobry moment... otóż ważę 85 kg i najwyższy czas coś z tym zrobić (choć te wszystkie ciastka są taaaakie pyszne!). Pomyślałam, że pisząc Wam o tym (i co jakiś czas relacjonując postępy - mam nadzieję) bardziej się zmotywuję i coś wreszcie zrobię ze swoimi - że się tak eufemistycznie wyrażę - fałdkami. Żeby dobić siebie i Was jeszcze bardziej, to zdradzę, że 20 kg nadrobiłam w ciągu ostatnich dwóch lat - tak to jest jak się zajada wiejskie pyszności. Jeżeli macie jakieś sprawdzone patenty na niechciane kilogramy, to chętnie o nich poczytam :)
......
Po drugie: usunęłam konto na Facebooku. Zarówno prywatne, jak i fanpejdżowe. I nie chodzi tu o dezaktywację konta, tylko o prawdziwe usunięcie, które nastąpi za 14 dni, ale już teraz strony nie są dostępne. Myślę, że do fanpejdża wrócę, bo bardzo podobała mi się dodatkowa opcja komunikacji i prezentowania spraw, które niekoniecznie nadają się na bloga. Poinformuję Was o tym, jak go znów założę.
......
Trzecia sprawa: Gapcia. Po lewej stronie na górze znajduje się link do kucyka, którego ratuje fundacja Centaurus (pewnie słyszeliście o pożarze dworku w grudniu 2012 - to ta fundacja). Zdjęcie Gapci wyświetliło mi się gdzieś i jak przeczytałam jej historię i zobaczyłam słodką mordkę, to ryczałam jak bóbr. A teraz do rzeczy: Gapcia jest już wykupiona od nieodpowiedzialnego (znów eufemizm) właściciela, ale teraz trzeba ją utrzymać. Jeśli macie chwilę i parę złotych to możecie wpłacić datek na konto fundacji. Gapcia na pewno się ucieszy!





 (zdjęcia: Włóczykij. Cioci Włóczykija dziękuję za bycie najlepszą krawcową świata, a Aleksandrze za sweter :))