27 grudnia 2009

Ktoś tu ma kota!?



W pierwszy dzień Świąt wybrałam się na wycieczkę rowerową. Znudzona ciągłymi widokami Rusałki, Strzeszynka i Kiekrza, postanowiłam zapuścić się w przeciwne rejony Poznania – nad Wartę, by ugrzęznąwszy w wielkim błocku, wytaśtać, resztkami sił, rower na górę i znaleźć się właśnie tam – w najbardziej magicznym zakątku Poznania – na Śródce.
......
Tego miejsca nie da się opisać – trzeba je zobaczyć, a jeszcze lepiej poczuć. Poczuć klimat takiej małej enklawy artystycznej, zamkniętej w kilku uliczkach, z których każda jest niepowtarzalna. Kocie łby, urocze, zaklęte kamieniczki, odrapane ściany, zakurzone podwórza i górujący nad tym wszystkim budynek dawnej Kongregacji Filipinów...
A ów artyzm Śródki? Może wyraża się w muzyce, w fortepianowych wprawkach granych gdzieś na wysokości pierwszego piętra, może w postaci pana artysty w długim płaszczu z peleryną i francuskim berecie, który natychmiast skojarzył mi się z jakimś szalonym literatem? A może sprawiła to pani, prowadząca swojego starego męża po murku, niczym małego chłopca?
Pewne, że jest w tym miejscu magia. Magia codzienności – szarej, deszczowej i starej, gdzie jedynym odgłosem jest szept wysuszonych liści, przerzucanych przez wiatr na prawo i lewo; kiedy na to miejsce patrzy się, jak na najgorszą melinę, a szwendające się po pustych uliczkach, różnobarwne koty są jedynymi żywymi stworzeniami; oraz magia miejsca niezwykłego – kiedy ten kawałek przestrzeni staje się małym Montmartrem lub Buenos Aires, kamienice wydają się być kolorowe i tchnąć życiem; można sobie wyobrazić, że ktoś gra nieopodal na akordeonie, a każdy, ledwo oświetlony zaułek zdaje się zachęcać do intrygującej podróży i odkrycia największej tajemnicy, że oto za zakrętem...
.......
A spodobało mi się tam tak bardzo, że na następny dzień wróciłam – już nie sama, ale z aparatem fotograficznym (a w zasadzie telefonem). I na dodatek znalazłam przewodnika – kota. Łaził przede mną/za mną po całej Śródce, pokazał wszystkie tajemnicze zakamarki i skrytki, a przy okazji chyba polubił, bo gdy tylko nadarzyła się okazja mruczał, sadowił się na kolanach, lub usiłował wskoczyć na ramiona. Taki pieszczoch.











24 grudnia 2009

Klara i senna mara





W taką noc jak dzisiejsza, może wydarzyć się wszystko... trzeba tylko w to mocno wierzyć!
......
Północ to godzina czarów.
......
W końcu zgasną ostatnie światła, wszystko roztopi się we wspomnieniach i cały dom uśnie w ciszy, przerywanej tylko cogodzinnym biciem stuletniego zegara. W mroku majaczyć będzie zarys choinki, anioły na niej wiszące, a w kryształowych szybach bufetu odbijać się będzie biel obrusu i gobelinowe poduszki na sofie. Kiedy w tej tajemniczej aurze nocy, pachnącej korzenną pomarańczą i przyprawami kolonialnymi wszystkich zmorzy sen, Klara pragnie chłonąć magiczne chwile i czeka, aż rozpoczną się czary. Rozmyśla o domku z piernika, o dziadku do orzechów, aniołach fruwających gdzieś daleko, o mroźnej zimie i lodowym sercu Królowej Śniegu... w końcu jednak uśnie, w swoim dużym, zimnym pokoju, pełnym obrazów i kwiatów, a jasny księżyc oświetli jej twarz w momencie, kiedy zza starej szafy z czeczoty wyłoni się król myszy...
I co dalej? Nie wiem, ale jestem pewna, że Klara da sobie radę z myszami. W końcu dzięki dziadkowi je mnóstwo orzechów, a te nie bez przyczyny nazywane są owocami mądrości. Mądrość jej pomoże.
......
I właśnie mądrości wszystkim Wam życzę!!!



Dziadek do orzechów to moja absolutnie najukochańsza świąteczna historia (Opowieść Wigilijna Dickens'a pojawiła się dużo później i choć też ją uwielbiam, to jednak nie darzę takim sentymentem.) Pełna magii, tajemnic, historia dziejąca się na granicy jawy i snu... kiedy Klara zasypia? Kiedy marzy, a kiedy widzi i czuje coś naprawdę? Czy Drosselmeyer to czarodziej? A poniżej pierwsza część mojej najpiękniejszej, świątecznej bajki dzieciństwa i zarazem pierwszego spotkania z HISTORIĄ i MUZYKĄ Dziadka do orzechów (kto chętny niech obejrzy wszystkie - choć zachwycić się nimi, tak naprawdę, może tylko dziecko!)

14 grudnia 2009

Królowa śniegu


Lubię oryginalne odzienia - nieschematyczne, nietuzinkowe i ciekawe. Tak, jak ten kawałek koca, który jest moim tegorocznym odkryciem. Przez kilkanaście lat nosiła go moja mama, budząc tym mój śmiech, bo uważałam go za naprawdę obciachowy. Gdyby ktoś mi wtenczas powiedział, że w 2009 roku go założę (i to z własnej, nieprzymuszonej woli!) wyśmiałabym!
Niewątpliwą jego zaletą, jest przewiewność i doskonały system wentylacyjny - płaszcz nie ma podszewki. Jest to idealne rozwiązanie, bo ani grzeje, ani ziębi, po prostu jest. Tylko tyle i aż tyle. Jedynym minusem jest to, iż posiada tylko jeden guzik - przy szyi, co sprawia, że podczas wietrznej pogody dół się rozchodzi, ale w końcu ktoś po coś wymyślił agrafki:)
......
Śmieszą mnie trochę przygotowania do Świąt - gonitwy za promocjami, za świeżym karpiem i najbardziej efekciarską choinką. Śmieszy mnie kupowanie co roku nowych świątecznych ozdób i prezentów na ostatnią chwilę. Zdecydowanie wolę wybrać się na spacer, porzucać śnieżkami i jeździć na łyżwach. To są prawdziwe atrakcje!


(zdjęcia: Kasia Wójtowicz)

8 grudnia 2009

Puk, puk. Zima?


Aj jaj jaj - przytrafiła mi się dłuższa przerwa techniczna, o której przyczynach i skutkach długo by gawędzić, niemniej, jestem już z powrotem na dobre i złe!
......
Przeogromnie się cieszę, że nadchodzi ZIMA! Zima to, zaraz po jesieni, najbardziej niesamowita pora roku, umożliwiająca mnóstwo modowych kombinacji. Rękawiczki, czapki, szaliki, płaszcze, ocieplacze, berety, mufki, getry... - wszystko to sprawia, że moje grudniowe zestawy są zawsze barwne i bardzo eklektyczne! Poza tym zima to ta niesamowicie magiczna pora roku, która nieodmiennie kojarzy mi się z Rosją i filmem Doktor Żywago, stanowiącym dla mnie prawdziwą inspirację, zarówno pod względem stylu carsko - imperialnego, jak i fantastycznego rosyjskiego folkloru.
A właśnie kiedy na dworze mróz, i śnieg skrzypi pod stopami, nie ma nic lepszego niż ubrać się na ludowo, opatulić futrem i wypić szklankę wódki. Hej!
.......
Dziś postawiłam na zabawę kolorowymi wzorami, łącząc kwiatową spódnicę z uroczymi, ludowymi łapciami i wełnianą chustą; które są starsze ode mnie. Całości dopełnia kołnierz z naturalnego futra, zakupiony za złotówkę na Rynku Jeżyckim, który idealnie pokrywa się z kołnierzem płaszcza, sprawiając, iż nabiera on bardzo oryginalnego, zimowego charakteru.


(zdjęcia: Olsy Malińska)