20 czerwca 2018

Szlafrok w tropikach


Jeżeli śledzicie mnie w mediach społecznościowych (w obliczu dość długich przerw między wpisami na blogu polecam Wam mój fanpejdż i Instagram, gdzie na bieżąco pokazuję swoją jaśniejszą stronę życia) wiecie, że totalnie pochłonęła mnie roślinność. Od wielu lat czerpię dużo przyjemności z zajmowania się kwiatami, jednak tej wiosny postanowiłam zrobić w tym temacie coś nowego i zakupiłam zupełnie nowe gatunki (w końcu jakieś wyzwanie uprawowe) oraz zorganizowałam sobie prawdziwy, zielony balkon (to jest dopiero wyzwanie! Nie dość, że większość gatunków jest dla mnie nowa i muszę poznać ich upodobania, to jeszcze dochodzą szkodniki, z którymi w chwili obecnej jestem w stanie wojny). O moich roślinach napiszę w którymś z kolejnych postów, a dzisiaj - w końcu! - wpis ubraniowy, jednak w roślinnej scenerii poznańskiej palmiarni.
......
Mam na sobie ulubiony szlafrok z Zary. Właściwie jest to płaszcz - ma podszewkę, kieszenie i uszyto go z dość grubej tkaniny (poliestrowej, niestety). Często noszę go w domu razem z piżamą, albo tak jak dziś - koszulą nocną, która pełni u mnie także rolę sukienki letniej. Jest dość prześwitująca, więc osłaniający wszystko szlafrok sprawdził się tu idealnie. Do tego kilka eleganckich dodatków i ubiór do spania gotowy na salony, czy raczej do dżungli.
......
Poznańska palmiarnia generalnie robi na mnie duże wrażenie, od ostatniej wizyty minęło jednak sporo czasu i nie myślałam, że znajdę tu aż tyle atrakcji. Trafiłam akurat na czas kwitnienia rośliny Aristolochia grandiflora, o bordowych kwiatach, wielkich jak głowa i pachnących owocami cytrusowymi. Poza tym zachwycałam się (jak zawsze) gigantycznymi bananowcami i monsterami, z liśćmi wspinającymi się do światła kilkanaście metrów nade mną oraz roślinami, które hoduję w domu, a które w palmiarni osiągają imponujące rozmiary (pachira wodna, grubosz owalny, fikusy i inne). Ostatnie sale z sukulentami i pomieszczenia z akwariami zwiedziłam bardzo pobieżnie (niestety, bilet parkingowy sam się nie przedłuży), ale niedługo znów odwiedzę palmiarnię. W nowej stylówce, oczywiście.

W końcu moje włosy urosły na tyle, że mogę zaplatać koronę z jednego warkocza (do tej pory plotłam dwa i łączyłam je gdzieś na środku głowy). Przyznam jednak, że trochę wprawy wymaga takie upięcie tej fryzury, żeby nie było widać różnicy w objętości włosów (końcówka warkocza jest jednak zawsze nieco węższa niż jego początek).

Pierścionek dostałam niedawno w wakacyjnym prezencie od Włóczykija. Bardzo go lubię i często noszę.

Ulubione sandały, które mają już prawie dekadę. W tym roku kupiłam podobne (beżowy kolor; płaskie, jednak na podwyższeniu), ale te i tak lubię najbardziej. Torebkę z aligatora czy innego krokodyla dostałam w prezencie od czytelniczki bloga. Rzadko ją noszę, bo torebka do ręki jest niezbyt funkcjonalnym rozwiązaniem na co dzień, kiedy chodzę do pracy i biegam po mieście. Co za szczęście, że Włóczykij wciąż zaprasza mnie na randki :)

Proszę zauważyć, że moja dolna kończyna pozuje :)

Platycerium /płaskla / paproć łosie rogi, to roślina, która pojawia się w kilku miejscach w poznańskiej palmiarni. Duże egzemplarze robią odpowiednio duże wrażenie.


Gdzie jest Wally?

Zbliżenie na szczegóły. Kolczyki zamówiłam wiosną na Alieexpress za kilka dolarów. Jak się okazuje, bardzo dobrze wyglądają w zestawie z tym pierścionkiem i inną klasyczną, srebrną biżuterią.

(zdjęcia: Włóczykij)