31 marca 2018

Nikt nigdy nie zgłębił zamysłów wiosny


Słowa Bruno Schultza z tytułu dzisiejszego wpisu idealnie podsumowują mój ubraniowy wybór. Jest sukienka z cienkiej tkaniny i okulary przeciwsłoneczne - rzeczy kojarzące się z ciepłem, a do tego futrzak, bo pogodowe kaprysy wiosny sprawiają, że nigdy nic nie wiadomo.
......
Zarówno sukienka, jak i futro, to prezenty od moich świetnych koleżanek z pracy. Szczególnie polubiłam się z sukienką - granatowy kolor, srebrne guziki i dość luźny krój sprawiają, że noszę ją nawet kilka razy w tygodniu, zmieniając tylko dodatki. Obecnie łączę ją z grubymi rajstopami i ciemnymi bluzkami z rękawem za łokieć, a latem pewnie poprzestanę na halce, która jest integralną częścią sukienki.








(zdjęcia: Włóczykij)

24 marca 2018

Nowości na wiosnę. Mix #12


Od poprzedniego posta z nowościami minął już ponad rok, dlatego w dzisiejszym wpisie wracam do tej - nieco już zapomnianej na blogu - kategorii, i prezentuję kilka nowych przedmiotów, które pojawiły się u mnie w międzyczasie. Muszę przyznać, że w czasie ostatnich kilku miesięcy notowałam sobie te ważniejsze rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić i teraz, kiedy zabrałam się do tworzenia wpisu, bardzo ułatwiło mi to sprawę. Tak więc, nie przedłużając - zapraszam.

Na początku muszę cofnąć się do ubiegłorocznych wakacji, kiedy w mojej szafie pojawił się plecak Doughnut. Długo zastanawiałam się nad kolorem, myśląc o granatowym lub bordowym, które to kolory byłyby najwygodniejsze, bo pasowałyby do większości ubrań, jednak coś mnie ciągnęło ku tej morskiej zieleni. Mam kilka rzeczy i dodatków w takim kolorze i doszłam do wniosku, że ta barwa będzie ciekawą alternatywą dla codziennych granatów i czerwieni. 
Moim ulubionym plecakiem wciąż pozostaje skórzany, kupiony w Budapeszcie, który ma bardzo klasyczny krój i pasuje do wszystkiego, jednak Doughnut też daje radę - jako torba codzienna o bardziej sportowym charakterze.

O zimowych wyprzedażach w Zarze wspominałam kilka razy na facebooku i instagramie. Udało mi się upolować trzy pary butów za bardzo symboliczne pieniądze, wiosenną haftowaną bluzkę z cienkiej bawełny (to ta z pierwszego zdjęcia) oraz szlafrok ozdobiony futrem, który zwrócił na siebie moją uwagę już jesienią. Natychmiast skojarzył mi się z pewnym przepięknym szlafrokiem Gucci, którym zachwycałam się już w 2015 roku. Cieszę się, że udało mi się znaleźć coś podobnego, aczkolwiek jestem świadoma przepaści dzielącej oba te ubrania (pod względem materiału i estetyki), jednak zastanawiam się nad obszyciem części kołnierzowej mojego egzemplarza jakimś kontrastowym materiałem, żeby bardziej przypominał oryginał. Czas pokaże czy (i jak) to wyjdzie.

Guerlain L'Heure Bleue jest pierwszym zapachem, który kupiłam w ciemno, na podstawie analizy profilu zapachowego i porównania go z perfumami, które mam już w swojej kolekcji. 
Pierwszy raz spotkałam się z tym produktem na blogu Pandory (Louise Ebel), który zachwalała, jako jeden ze swoich ulubionych zapachów. Było to prawie dekadę temu, Pandora niesamowicie mnie wówczas inspirowała; w jej stylu ubierania się i tym, jak mieszkała, odnajdywałam wiele podobieństw do mnie samej, w związku z tym doszłam do wniosku, że pewnie i mnie spodobałby się L'Heure Bleue. Niestety, zapach ten był wówczas w Polsce niedostępny. Nie trafiałam na niego nawet na zagranicznych lotniskowych perfumeriach, a z czasem inne zapachy, które pojawiły się na mojej toaletce sprawiły, że przestałam go szukać. A jednak niedawno znalazłam go w sklepie internetowym i stwierdziłam, że zaryzykuję i zamówię.
Jestem zadowolona. Zapach jest bardzo wintydżowy (L'Heure Bleue pierwszy raz został wydany w 1912 roku), głównie czuć w nim kwiaty (irys, goździk), ale są one zrównoważone nutą przypraw i orientu. Jak wyczytałam w internetowym portalu Fragrantica, dla większości osób jest to jesienny zapach na wieczór, ja jednak z powodzeniem używam go w wiosenne dni.




A to już rzeczy, które dostałam w walentynkowym prezencie od Włóczykija. Na puzderko "zachorowałam" po wizycie w sklepie Mensa Home w poznańskim Starym Browarze, gdzie można znaleźć różne fajne rzeczy do domu (chociaż kiedyś porównywałam ceny filiżanek Wedgwooda i okazało się, że bardziej opłacałoby się kupić je w sklepie firmowym w Anglii z przesyłką do Polski). Jeżeli jednak lubicie oglądać i macać piękne rzeczy (ja lubię), to polecam Wam wizytę w tym miejscu. Stary wizytownik Włóczykij znalazł w hali ze starociami, którą kiedyś odkryliśmy niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Rzadko tam zaglądamy, ale zawsze znajdziemy coś ciekawego w fantastycznej cenie. Ten skórzany wizytownik - w takiej formie go przynajmniej używam - wraz ze zdjęciem, pięknym haftem i oryginalnym zamknięciem w kształcie klucza kosztował 5 zł!

Kusmi Tea zachwalałam na blogu wielokrotnie. Są to jedne z moich ulubionych herbat, których główną zaletą jest idealnie zrównoważony smak doskonałej czarnej herbaty oraz dodatków, wyczuwalnych gdzieś na drugim planie. Bardzo odpowiada mi to, że dodatkowy aromat nie przesłania pierwotnego smaku czystej herbaty, a jednocześnie sama czarna herbata jest wzbogacona o ciekawe smakowe doświadczenie (choć muszę przyznać, że w niektórych mieszankach aromat wybija się na pierwszy plan). Puszki na zdjęciu są duże, mieszczą 250 g herbaty, jednak Kusmi Tea można też kupić w zestawach 5 małych puszek po 25 gram, które są idealne do testów smaku.


Zegarek jest jednym z moich najważniejszych zakupów w ostatnim czasie. Zaczęłam rozglądać się za czasomierzem mniej więcej roku temu i były to chyba najdłuższe poszukiwania rzeczy, jakie kiedykolwiek prowadziłam. Miałam konkretne wymagania, bo szukałam zegarka nakręcanego, bardzo klasycznego, srebrnego, z kwadratową tarczą i rzymskimi cyferkami. I - jak widać na załączonym obrazku - niektóre z tych oczekiwań musiałam zweryfikować, gdyż nie znalazłam takiego produktu, który spełniłby wszystkie wymagania. Przez jakiś czas zastanawiałam się nawet nad kupnem czasomierza używanego, takiego naprawdę wintydżowego, ale wiem, że stare zegarki lubią płatać figle i nie chciałam ryzykować, że trafię na model, który będę musiała ciągle naprawiać i jakoś szczególnie  o niego dbać. Koniec końców, mój wybór padł na automatyczny zegarek Certina. Jest bardzo klasyczny, stylowo kojarzy mi się z męskimi zegarkami z lat trzydziestych i za jego duży plus uważam to, że dobrze wygląda noszony zarówno do nowoczesnych, minimalistycznych rzeczy, jak i ubrań w stylu retro. Wybrałam model ze stali, ze srebrną tarczą i czarnymi cyframi (są różne opcje), a na lato planuję dokupić do niego pasek w kolorze jasnego brązu. 
Trochę smuci mnie fakt, że większość czasomierzy dla pań to modele biżuteryjne, bardzo krzykliwe i bardzo błyszczące; z kolei wybór damskich zegarków nawiązujących do modeli retro jest dość ograniczony.
......
Przy okazji poszukiwań trafiłam na polską firmę Gerlach, produkującą wspaniałe zegarki, które zachwycają swoim wzornictwem w stylu retro, są to jednak czasomierze dla mężczyzn (niestety, jedyny model dla kobiet, z retro ma niewiele wspólnego). Bardzo żałuję, bo chętnie założyłabym na rękę małą, damską wersję m/s Batory lub Dywizjonu 303.



Bardzo lubię wizyty na targu staroci w Starej Rzeźni w Poznaniu, gdzie czasem można znaleźć prawdziwe skarby. W lutym trafiłam na wspaniały zbiór przedruków z iluminowanych francuskich rękopisów (w środku m.in. karta z Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry), który zachwyca jakością wykonania i bogactwem szczegółów. Przy kupnie spróbowałam swoich sił w targowaniu i zamiast 30, zapłaciłam 10 zł mniej, tak więc był to bardzo dobry geszeft.

Nigdy nie odczuwałam potrzeby kupienia sobie czegoś z kolekcji projektantów współpracujących z H&M, tym bardziej nie mam ciśnienia na posiadanie markowych rzeczy, jednak bardzo spodobały mi się propozycje z jesiennej kolekcji Erdem. Piękne tkaniny, ciemne kolory i kwiatowe wzory w starym stylu, to elementy, które zawsze chwytają mnie za serce, więc wiele z projektów zrobiło na mnie duże wrażenie. Jednocześnie, od dłuższego czasu szukałam ładnej, jedwabnej apaszki, która byłaby dość duża, dość gruba i kolorowa (czyli pasująca do wielu moich ubrań w zgaszonych kolorach) i którą mogłabym założyć klasycznie - na szyję, lub jakoś wpleść we włosy. No i chusta z kolekcji Erdem spełniła wszystkie te warunki.

Jeszcze niedawno zastanawiałam się po co po co po co po co ludzie kupują książki kucharskie. Nie mogłam zrozumieć fenomenu tego działu w księgarniach oraz kolejnych wydań pozycji z obiadami, deserami, przetworami czy kuchnią nowoczesną. Sama korzystałam z kilkunastu sprawdzonych dań lub szukałam przepisów w internecie i nie wiem nawet, jak wpadłam. Pierwsza była, zdaje się, Jadłonomia (oba tomy kupiłam od razu), bo chciałam swoją dietę oprzeć - w większym niż do tej pory stopniu - na warzywach. A potem się potoczyło, bo przepisy zamieszczone w Jadłonomii są rewelacyjne i zapragnęłam więcej!
......
Jadłonomia. Dwa tomy z wegańskimi przepisami, które są przepyszne, proste i wykorzystują ciekawe techniki (np. podprażanie przypraw). Wiele z tych potraw można "zbezcześcić" i dodać do nich mięso (sama myślałam, że czasami będę tak robić, bo nie jestem weganką), ale naprawdę nie ma takiej potrzeby, gdyż smak każdego dania jest zbilansowany i pełny. Jeszcze pół roku temu brakowało mi mięsa w diecie, czułam po prostu "głód" mięsa, jeżeli nie było go na kanapce lub w daniu obiadowym, odkąd jednak zwiększyłam ilość warzyw w diecie i poszerzyłam wiedzę dotyczącą możliwości ich przygotowywania, zupełnie nie zwracam uwagi na mięso i jest mi obojętne czy danego dnia zjem stek z wołu czy gulasz z warzyw.
Zielone koktajle. Książek z tej serii jest kilka. Moim zdaniem zupełnie wystarczy jedna, bo i tak nie jesteśmy w stanie przejeść, czy raczej przepić wszystkich propozycji. Jeżeli potrzebujecie koktajlowych inspiracji (ja czasem cierpię na brak smacznych pomysłów), to warto tam zajrzeć. Niestety, minusem jest brak fajnego spisu treści, za pomocą którego można by, po konkretnym warzywie czy owocu, odnaleźć koktajl z niego zrobiony.
Zielenina na talerzu. Moja największa książkowa porażka. Przyznam się: wszystkie pozycje kupowałam w ciemno, jednak tylko ta okazała się niewypałem. Spodobała mi się idea sezonowości - książka jest bowiem podzielona na pory roku - w przepisach wykorzystane są warzywa i owoce dostępne w danym czasie, więc to jest plus. Słabym ogniwem są natomiast przepisy, które w większości znałam, dodatkowo wiele z nich to takie proste rzeczy, jak domowa surówka albo surowe warzywa z dipem jogurtowym i poświęcanie im całej strony druku i drugiej strony ze zdjęciem, jest marnowaniem potencjału. Bo potencjał jest, ale w wykonaniu czegoś zabrakło.
5 składników. To najnowsza książka Jamiego Olivera. Jest  g e n i a l n a! Obiad z 5 składników - czy to nie brzmi cudownie? Tylko 5. Żadnych długich list zakupów, każdy z przepisów łatwo zapamiętać, a poza tym połączenia smaków i produktów są świetne. I tradycyjne i nowatorskie. Pochodzące z kuchni europejskiej i z drugiego końca świata. Ryże i kasze. Wołowina i wege. Dla każdego coś miłego. Obok Jadłonomii to moja ulubiona pozycja kulinarna.
15 minut w kuchni. Tytuł jest trochę mylący. Mimo tego, że w kuchni działam szybko, nie jestem w stanie wyrobić się w takim czasie (choć kroję dość wolno, bo boję się o palce, więc to może być przyczyną :). Pomijając ten fakt i tak są to szybkie obiady (rewelacyjne kokosowe dim sumy naprawdę przygotowuje się na parze w kilka minut), więc jeżeli lubicie gotować szybko, a jednocześnie różnorodnie, bardzo polecam tę książkę.
30 minut w kuchni. Książka podobna do powyższej, ale każdy przepis, to nie pojedyncze danie obiadowe, a cały posiłek składający się z przystawki, surówki, dania głównego i deseru. Jamie rozpisał wszystko, co po kolei należy zrobić, by zmieścić się w magicznych 30 minutach, a jednocześnie każde z dań wchodzące w skład tego dużego posiłku jest oznaczone innym kolorem, więc można ze spokojem przyrządzić jedną rzecz, czytając tylko akapity jej dotyczące. Fajna, choć wolę tę piętnastominutową.


12 marca 2018

Wełniane płaszcze są nieśmiertelne


Podczas tegorocznej zimy do mojej szafy trafiły cztery nowe okrycia wierzchnie, które, choć fajne, trzeba będzie upchnąć gdzieś na sezon letni i myśl o tym - z braku miejsca w szafach - trochę mnie niepokoi. Pierwszy był granatowy płaszczyk Esprit, który okazał się największą porażką sezonu. Bardzo spodobał mi się jego ponadczasowy krój i kolor, skład pozostawiał trochę do życzenia (choć  brałam pod uwagę, że mam w szafie ośmioletni płaszcz z H&M o identycznym składzie i nic się z nim złego nie dzieje), cena była - powiedzmy - do przyjęcia, niestety, okazało się, że okropnie się mechaci. Właściwie po każdym użyciu musiałabym użyć golarki do ubrań, bo wygląda nieestetycznie. Do dzisiaj żałuję, że go kupiłam, na szczęście pojawiły się inne rzeczy, które trochę zniwelowały to wrażenie. 
Drugi płacz, tym razem z wełny, kupiłam w ciucholandzie. Ma piękny, głęboki fioletowy kolor, rozkloszowany dół w stylu retro i wykończenia z futra. Przez to wszystko wymaga szczególnych dodatków i okazji, a taka się nie nadarzyła, więc nie miałam go jeszcze na sobie. Kolejnym okryciem, które trafiło tej zimy do mojej szafy, jest krótkie sztuczne futro otrzymane w prezencie od koleżanki. Pojawi się już w kolejnym wpisie, więc tutaj nie poświęcę mu więcej miejsca.
......
Bohaterem tego odcinka został płaszcz do którego mam osobisty sentyment, ponieważ kupiła go w latach 90-tych moja mama i nosiła przez całe moje dzieciństwo. Pamiętam że trochę jej wtedy zazdrościłam jednolitości ubioru (brązowy płaszcz, brązowe kozaki, brązowa torebka, złote dodatki), podczas gdy ja wesoło hasałam w kolorowych rajstopkach i granatowo-zielono-bordowej kurtce z misiami w kratę na plecach, które to kurtki w owym czasie były dziewczęcą klasyką na zimę. Swoją drogą, rozumiem że moda lat 90-tych była specyficzna, jednak nie wiem, jak moja mama mogła zgarniać tyle komplementów w płaszczu, w którym wyglądała jak w worku. Nawet ja musiałam się  przyzwyczaić do jego rozmiaru, a jestem 10 cm wyższa i ponad 20 kg cięższa od niej :) 
Kiedy lata 90-te minęły, płaszcz trafił do szafy. Mama nosiła go jeszcze czasami, kiedy było bardzo zimno, bo mieściły się pod nim wszystkie najgrubsze swetry, a w tym roku trafił w końcu do mnie.
......
Jak pisałam powyżej - trochę trwało zanim się przyzwyczaiłam do tego kroju i długości. Musiałam poradzić sobie z obfitością materiału, zgrabnym siadaniem w komunikacji miejskiej i schodzeniem ze schodów tak, żeby nie szorować ich krawędzią okrycia. Płaszcz wspaniale wpasował się w moją ubraniową filozofię (to zbyt górnolotne słowo, jednak wiadomo w czym rzecz), żeby posiadać rzeczy jak najlepszej jakości (w tym momencie dość niezręcznie wspominam mój nieudany zakup z pierwszego akapitu). Czuję się w nim bardzo wyjątkowo, bo jest w stu procentach wełniany, a więc ciepły, ma klasyczny krój i po tych dwudziestu kilku latach praktycznie nie widać na nim śladów użytkowania, nie ma żadnych zmechaceń, a na co dzień nie przylepiają się do niego żadne kłaczki, w związku z czym komfort jego użytkowania jest naprawdę wysoki.
......
Do płaszcza staram się nosić równie klasyczne dodatki - wełniane berety i szaliki, proste kolczyki, golfy i fajne buty. Dzisiaj postawiłam na mokasyny, które choć nieocieplane, świetnie sprawdzają się w chłodną pogodę, bo są mocno zabudowane i mają grubą podeszwę izolującą chłód podłoża oraz skórzany plecak zakupiony dwa lata temu w Budapeszcie. Nie myślałam, że tak się do niego przywiążę, a jednak. Jest najwygodniejszym rozwiązaniem na małe i duże wyjścia, mieszcząc wszystko - od kalendarza i jedzenia, aż po średniej wielkości zakupy.









(zdjęcia: Włóczykij)