31 października 2017

Spirytyzm i wirujące stoliki

Seans z udziałem włoskiego medium - Eusapii Palladino, która w roku 1893 została zaproszona do Warszawy. Z wielkim powodzeniem prowadziła seanse spirytystyczne, w których brał udział m.in. Bolesław Prus.

W poł. XIX wieku niejakie siostry Fox nawiązały kontakt z duchem. Bezpośrednią interakcję poprzedzały ruchy mebli, pukanie stołu i inne zjawiska, którymi kierowała niewidzialna siła. W 1848 roku jedna z sióstr poprosiła ducha, aby objawił się i od tego czasu nawiązany został stały kontakt, który siostrom przyniósł rozgłos, pieniądze i sławę mediów*, a społeczeństwu wiarę, że zmarli mogą porozumiewać się z żywymi. Jednocześnie zaczęto zastanawiać się nad przyczyną tych - wychodzących poza granicę ludzkiej pojmowalności - zjawisk, bowiem na seansach spirytystycznych osiągano rzeczy zupełnie wykraczające poza zdolności i wiedzę osób obecnych na spotkaniach, a nawet sprzeczne z ich  wolą, więc zakładano, że pochodzą one od jakichś istot niewidzialnych.
Na fali tych wydarzeń okazało się, że wielu ludzi posiada zdolność komunikacji z duchami, toteż w USA już w 1854 roku liczba czynnych mediów osiągnęła liczbę 30-40 tysięcy, a w kolejnych dziesięcioleciach XIX wieku moda na seanse spirytystyczne dotarła także do Europy, stając się jedną z popularniejszych rozrywek tamtych czasów.

Kadr z filmu Doktor Mabuse z 1922 roku.

Właściwie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie czy spotkania związane z wywoływaniem duchów traktowano jako dobrą zabawę czy poważne naukowe eksperymenty, które miały potwierdzić możliwość nawiązania kontaktu z zaświatami. Pewnym jest, że ekspansja zjawiska wirujących stolików była bezpośrednio związana ze spirytyzmem, czyli doktryną stworzoną w poł. XIX wieku przez francuskiego naukowca znanego jako Allan Kardec, który głosił, że istnienie życia po śmierci może być udowodnione doświadczalnie. Jego idee trafiły na podatny grunt. XIX wiek był czasem, kiedy Europa - najogólniej mówiąc - przeistaczała się. Ówczesny świat stał na rozdrożu, coraz szybszy rozwój nauki i techniki, to co ogólnie można by nazwać racjonalizmem i sceptycyzmem, rodziło jednocześnie pytania o sens egzystencjalny, szeroko pojętą duchowość i możliwość kontaktu z czymś niematerialnym, na co odpowiedzią stało się zjawisko spirytyzmu. Dodatkowo zakładano, że istnienie życia po śmierci można udowodnić naukowo, stąd brało się wielkie zaangażowanie naukowców w opracowanie naukowej metody, która pozwoliłaby bezstronnie podnieść spirytyzm do rangi nauki, a na wszystkich ważnych seansach (ze światowej sławy mediami, ale także lokalnie) obecni byli ludzie związani z nauką, którzy mieli niejako potwierdzać ich prawdziwość oraz badać co się właściwie wtedy dzieje (np. wydzielanie przez media ektoplazmy). Allan Kardec twierdził, że spirytyzm będzie naukowy, albo nie będzie go wcale. Krytycznie do spirytyzmu odnosił się także komunizm (co jednocześnie tłumaczy upadek ruchu spirytystycznego w Polsce w czasach powojennych), oraz Kościół katolicki. W 1898 r. Stolica Apostolska wydała nawet dekret, w którym próby nawiązania kontaktu z duchami całkowicie potępiono, a to właśnie bezpośredni kontakt ze zjawami, namacalne wręcz zbliżenie do świata duchowego był tym, co najbardziej przyciągało ludzi do tej nowej formy wiary.
......
Polska, jak długa i szeroka, już pod zaborami - kiedy wywoływanie duchów było oficjalnie zabronione (chociaż w warszawskich seansach brał ponoć udział sam generał-gubernator Iosif Hurko) - uczestniczyła w tej swoistej modzie na wirujące stoliki. Pierwszy zarejestrowany na ziemiach polskich seans, miał miejsce w 1853 r. w Krakowie - zaprotokołowano podczas niego dwukrotne przesunięcie stołu, a już pod koniec XIX wieku (w miarę wzrostu apetytu uczestników), kryterium udanego seansu stała się materializacja zjawy. Modę na duchy natychmiast podchwyciły lokalne gazety, które poświęcały paranormalnym zjawiskom całe rubryki, producenci stołów do wywoływania duchów, które nie miały w konstrukcji ani jednego gwoździa, oraz wytwórcy wszystkich tych gadżetów dzięki którym seanse mogły mieć niesamowitą, tajemniczą oprawę. 

Rzekome odlewy ręki w parafinie, pozostawiony przez zjawy materializujące się się na seansach Franka Kluskiego.

Także w Polsce starano się do problemu spirytyzmu podejść w sposób naukowy, a największym jego badaczem był Julian Ochorowicz - wynalazca, filozof, psycholog, a także teoretyk pozytywizmu i wielki sceptyk. Uważał on, że duchy pojawiające się w czasie seansów są wytworem psychiki mediów. Zjawiska mediumiczne tłumaczył mało znanym lub nieznanym w ogóle działaniem siły myśli, uczuć i woli, a także oddziaływaniem niewidzialnych energii. Sądził też, że myśli i wyobrażenia mediów mogą w wyjątkowych wypadkach same wywoływać zjawiska słuchowe, wzrokowe i czuciowe. Teorię tę określił mianem ideoplastii.
W latach 1909-1912 Ochorowicz eksperymentował z medium - Stanisławą Tomczykówną, która rzekomo potrafiła unosić przedmioty siłą umysłu (w 1910 roku magik William Mariott z powodzeniem powtórzył te eksperymenty z pomocą ukrytych nici). Jednak wielu rzeczy, które potrafiła Tomczykówna nie udowodniono, jak chociażby tego, że podczas jednego z eksperymentów, medium wywołało na błonie fotograficznej - zwiniętej w rulon i włożonej do butelki - obraz dłoni. Podczas seansów zrobiono też zdjęcia małej Stasi. Była to zjawa dziewczynki, którą Tomczykówna przywoływała i która - według Ochorowicza - była personifikacją jej podświadomych wspomnień.

Eusapia Palladino i tańczący stolik.

Z kolei najsłynniejszym polskim medium był Teofil Modrzejewski, który występował pod pseudonimem Franek Kluski. Podczas prowadzonych przez niego seansów przedmioty z oddalonych miejsc unosiły się w powietrze i zmieniały miejsce położenia, siłą umysłu zapalał lampy elektryczne, nakręcał zegary w sąsiednich pokojach, a nawet pisał komunikaty z zaświatów na maszynie (nierzadko w obcych językach) bez dotykania klawiszy. Za jego sprawą zmarli własnym charakterem pisma przekazywali wiadomości dla uczestników seansu. Jednak największą sensacją seansów Kluskiego były materializacje. Materializowały się zjawy osób zmarłych lub żywych - pogrążonych we śnie. Raz był to nawet średniowieczny lekarz, który zmierzył uczestnikom puls. Duchy nawiedzające miejsce seansów pozostawiały także odciski swoich kończyn w parafinie, poza tym uczestników odwiedzały ptaki, zwierzęta podobne do lwów, a nawet człowiek pierwotny. Z relacji świadków wynika, że była to istota niezwykle silna, która potrafiła z łatwością przesuwać po pokoju bibliotekę pełną książek. Mimo iż jej zachowanie świadczyło o niskiej inteligencji, nie było w nim nic złośliwego. Ogółem podczas 650 materializacji, doliczono się 250 różnych widziadeł.
......
A jeżeli macie ochotę na kolejny wpis z gatunku niesamowitości, odsyłam do Galerii potworów. Możecie tam poczytać o XIX-wiecznych gabinetach osobliwości i obejrzeć różne deformacje ludzkiego ciała. Tak przy okazji: to mój ulubiony wpis halloweenowy, jaki kiedykolwiek pojawił się na blogu.

Zdjęcie z seansu u Franka Kluskiego. 

* ostatecznie Margaret Fox przyznała się od oszustwa. Puknięcia, którymi fascynowali się uczestnicy seansów, okazały się być niczym innym, jak odpowiednim zginaniem stawów palucha (dużego palca u nogi).

21 października 2017

Sypialniana szczypta klasyki


Sypialnia była pierwszym pomieszczeniem, które wraz z Włóczykijem wyremontowaliśmy i było to 7 lat temu. Wymyśliłam sobie wtedy, że ściany będą miały kolor przygaszonej zieleni, jednak Tomek stwierdził, że będzie zbyt ciemno, więc ostatecznie wybraliśmy zieleń w jaśniejszym odcieniu, co możecie zobaczyć we wcześniejszych wpisach dotyczących tego pomieszczenia. Przez te kilka lat pokój przeszedł kilka zmian kosmetycznych, by w ostatniej fazie przed bieżącym remontem, stać się pomieszczeniem nawiązującym do barokowych buduarów (a to wszystko przez ten gobelin na ścianie, który narzucił się trochę za bardzo). Sypialnia miała wówczas wspomniane jasne ściany ze złotymi esami-floresami - które sama z pomocą Włóczykija malowałam, baldachim z tiulowej tkaniny z wyszywanymi kwiatami, trochę obrazów w stylu rokoko i porcelanowe figurki dam w wysokich perukach. Nie są to moje klimaty i nie do końca czułam się dobrze w tej stylistyce, poza tym reszta domu nawiązuje w mniejszym lub większym stopniu do secesji, dlatego postanowiłam pójść w tym kierunku.
......
W końcu, w zeszłym roku, pomalowaliśmy ściany na ciemną zieleń! Kolor wyszedł piękny, dokładnie taki, jaki wymyśliłam sobie 7 lat wcześniej. Sypialnia jest ponadto najjaśniejszym pomieszczeniem w całym domu, więc ten odcień nie przytłacza, dodatkowo światło odbija się od białej pościeli, więc pokój jest rozświetlony a zarazem przytulnie ciemny. Inspirowałam się przedwojennymi sypialniami (styl edwardiański, styl secesyjny), które są nastrojowymi pomieszczeniami pełnymi wzorów, kolorów i tkanin. Z poprzedniego wyposażenia sypialni ostały się dwie rzeczy (mam na myśli te duże rzeczy): gobelin, który wisiał nad łóżkiem - teraz, tak jak i wcześniej, pełni rolę ozdobną, jednak nie definiuje charakteru całego pomieszczenia, oraz toaletka - chociaż duża, jest pięknym i dodatkowo pierwszym kupionym wspólnie antykiem. Zniknął baldachim, który, dawał ogromną przytulność, ale był niesamowitym kurzołapem. Poza tym został upięty bardzo nieregularnie, powiedzmy artystycznie (czytaj: tak, żeby nie trzeba było wbijać nowych gwoździ w ścianę), co nie pasowało do obecnej, uporządkowanej formy sypialni. Wymieniliśmy stare łóżko/kanapę na klasyczne łóżko z metalową ramą i wygodnym materacem (materace do łóżek to temat rzeka i chyba miesiąc zajęło mi zapoznanie się ze wszystkimi producentami i parametrami materacy spośród których wybrałam kilka do testów w sklepie - brr!).
......
Po ponad roku od remontu sypialnia nie jest jeszcze ostatecznie wykończona. Na ścianie vis-à-vis gobelinu planuję zrobić galerię składającą się z wielu obrazów w różnych rozmiarach, inspirowaną wnętrzami w rosyjskim stylu. Póki co wiszą tam trzy obrazy nawiązujące do secesji. Ciągle jestem na etapie gromadzenia ciekawych ram i grafik, które w odpowiednim czasie złożę w jedną całość. Także konsolka stojąca obok łóżka jest meblem tymczasowym. Chciałabym żeby mebel, który ostatecznie tam stanie był wyższy i w kolorze ciemnego drewna (może komoda?), z jakimś schowkiem. Zobaczymy co przyniesie czas, nauczyłam się już, że czasem warto poczekać, żeby mieć pewność co chce się w danym miejscu mieć.

Jak zobaczycie na poniższych zdjęciach, wystrój sypialni zmienia się. Pościel, której używam jest zawsze biała, ale mam kilka poduszek i dwie narzuty (ta zielona to właściwie ciężki obrus na stół), których używam zamiennie. Całkiem niedawno odkryłam w Ikei gładkie poduszki w pięknych nasyconych kolorach zieleni i miodu (są też niebieskie). Wykonane z aksamitu, nie mają ozdób, są dokładnie takie, jakich długo szukałam. Dokupiłam do nich wypełnienie z kaczego pierza. Mniejsze poduszki z ozdobnym pikowaniem i narożnikami upolowałam na allegro.

Wzór na firanie kojarzy mi się trochę z kopertowymi pościelami, które były modne w dawnych czasach (z wyciętym otworem na środku poszwy, przez który wkładało się ozdobną kołdrę). Sama miałam taką w domu rodzinnym, więc mam do nich sentyment, niestety, teraz raczej nie szyje się kołder z ozdobnych materiałów, a co za tym idzie szycie kopertowych pościeli nie ma sensu, więc ten motyw przeniosłam na okno :)

Z dywanami mam zawsze dużo zabawy, bo zazwyczaj lądują w innym pomieszczeniu niż to, do którego zostały zakupione. Ten miał leżeć w korytarzu.


Moja toaletka, chociaż tak ją nazywam, nie jest meblem przy którym siadam i robię makijaż. Trzymam na niej kosmetyki i przedmioty związane z pielęgnacją, ale lustro jest jednak zbyt daleko, żebym dokładnie widziała, gdzie się podmalować :)

Wizja pomieszczenia po remoncie to jedno, a rzeczywistość, to drugie. Po malowaniu, kiedy wszystko wydawało się zielone, doszłam do wniosku, że sypialnia potrzebuje dodatkowego koloru (prócz bieli firan i pościeli). Po kilku dniach gapienia się na pokój, zobaczyłam odcień miodu na gobelinie i już wiedziałam, że świetnie uzupełni kolorystyczną lukę.


Nad stolikiem nocnym, który w przyszłości zostanie zastąpiony przez inny mebel, planuję powiesić jakiś obraz (lub kilka). W chwili obecnej nie mam nawet pomysłu, co miałoby tam wisieć, ale daję sobie czas.

Na stoliczku nocnym trzymam swoje biżuteryjne skarby - służy mi do tego chińska komódka z szufladkami i szklana kasetka, w której przechowuję najbardziej świecące ze świecidełek
......
Hugon approved.


11 października 2017

Znów nadeszła jesień czyli kilka myśli o czasie


Nie umiem uwolnić się od myśli, że mój czas ucieka. Znika bezpowrotnie w odmętach przeszłości, a ja - jak w tych dziwnych snach, kiedy czynności wykonuje się jakby w zwolnionym tempie - choć chcę, nie potrafię go zatrzymać. Każdego dnia widzę, jak kolejne minuty ścieram szmatką z mebli, topię w garnku z porcją rosołową, przewijam wraz z tablicą na Facebooku, zostawiam w sklepowej kolejce lub mijam na ulicy, kiedy jadę do pracy. Chwile oddalają się niepostrzeżenie, tak niepozornie, że często po całym dniu, kiedy odwrócę się wstecz, nie umiem ich zobaczyć i powiedzieć, gdzie się właściwie podziały. 
......
Krótko mówiąc - nie jestem zadowolona z tego, jak używam czasu. Chociaż wyrosłam już z przekonania, że dobę da się tak rozciągnąć żeby zrobić wszystko, ciągle chciałabym robić więcej. Więcej czytać, więcej się uczyć, więcej poznawać świat, więcej być na blogu. W tym roku opublikowałam zaledwie osiem wpisów. Przez te wszystkie miesiące tłumaczyłam się przed samą sobą brakiem czasu, chociaż właściwie ten rok nie różni się jakoś specjalnie od poprzednich, kiedy publikowałam po kilkadziesiąt postów w skali roku. Owszem, regularne prowadzenie bloga wymaga sporo poświęcenia: organizacji, planowania tematów, poszerzania wiedzy - żeby ciekawie o czymś napisać, czasu na zrobienie zdjęć, ich wybór, obróbkę, czasu na pisanie tekstu (chociażby najkrótszego), dlatego o wiele łatwiej sięgnąć po coś łatwiejszego: okraszony kilkoma hasztagami szybki strzał na Instagrama.
......
Zaczęłam pracować nad tym, żeby nie wybierać tego co najłatwiejsze, zarówno w internecie, jak i w życiu prywatnym. To mój pierwszy wpis po dość długim czasie, który nie jest samotnym przypływem weny po miesiącach przerwy, ponieważ na dysku czekają już kolejne zdjęcia (w końcu pokażę Wam swój dom po remontach) do publikacji, a ja pracuję nad wpisem z okazji Halloween, który zawsze był taką moją blogową tradycją - niestety, w zeszłym roku zarzuconą.
......
Oprócz tego, u mnie w porządku. Staram się w ostatnim czasie częściej wychodzić na świeże powietrze, myślę także o jakiejś aktywności, którą mogłabym z tym połączyć; jestem na diecie o czym Wam też wkrótce napiszę, bardzo dużo gotuję (niech żyje kuchnia azjatycka i domowe rafaello!) i niesamowicie polubiłam codzienną pielęgnację wszystkimi tymi smarowidłami, których do tej pory używałam okazjonalnie i dość niechętnie.
......
A tak w ogóle, to fajnie że jest jesień, co nie?


Prócz futrzaka, którego wypatrzyłam niedawno w ciucholandzie, nie mam na sobie nic nowego. Ulubioną, wełnianą marynarkę (także z ciucha) noszę od dawna zarówno do spodni i sukienek. Czarną sukienkę kupiłam kiedyś w Zarze. Czasem noszę ją także jako tunikę do spodni, a przez to, że ma prosty krój i fakturę jak bluza, mogę ją wkładać na rozmaite okazje i dodatkami nadawać bardziej sportowego lub formalnego charakteru. W tej drugiej opcji pokażę ją już wkrótce. W ogóle to bardzo lubię takie proste ubrania o niejednoznacznym charakterze, które dodatkami można dopasować do swojego aktualnego nastroju. Do dzisiejszego stroju dobrałam skórzany plecak, który okazał się najlepszą pamiątką z Budapesztu (czekoladki też były miłe, jednak szybko się skończyły) i klasyczne buty o męskim kroju, które mama kupiła mi jakoś pod koniec liceum, ze słowami: "zobaczysz, takie buty zawsze się przydadzą". To prawda, długo nosiłam je okazjonalnie i dopiero niedawno doceniłam ponadczasowy charakter.
......
Au revoir, widzimy się wkrótce.







(zdjęcia: Włóczykij)