14 czerwca 2017

Ulubiona sukienka


Niedawno robiłam w szafie wiosenne porządki i wśród wielu sukienek (kiedyś, przy okazji innych zupełnie porządków, liczyłam swoje ubrania i ich liczba mnie przeraziła. To są dziesiątki spódnic, dziesiątki spodni,, bluzek i całej reszty, a zawsze wydawało mi się, że mam ich zaledwie tuzin) wyodrębniłam swój ulubiony typ. Nie żebym wcześniej nie zdawała sobie sprawy z tego, w jakim typie sukienki czuję się najlepiej, ale znalazłam kilka bardzo podobnych modeli i uświadomiłam sobie dlaczego je tak lubię. Przy okazji, gdzieś na wieszaku, odkryłam sukienkę, która - trochę zapomniana - wisiała sobie w kącie szafy i w ramach przeprosin założyłam ją do dzisiejszych zdjęć. Nie pałam do niej wielką miłością, ponieważ jest szyta z koła (nagłe podmuchy wiatru są więc bardzo stresujące) i uszyto ją z poliestru, a zatem noszenie jej latem nie należy do przyjemnych, ale kosztowała tylko 2 złote, no i była w tym moim ulubionym typie. A więc jakim?
......
Przepis na idealną sukienkę:
  • miękki materiał (najbardziej lubię bawełnę z dodatkiem wiskozy)
  • góra z małym dekoltem - może nie być go wcale, może być obszyty niewielką koronką (jednocześnie wykończenie dekoltu powinno pozwolić na przypięcie broszki, lub ozdobienie tego obszaru wisiorkiem)
  • wąskie rękawy, mile widziane małe pufki
  • wzór w drobne kwiatki, ciapki, rzuciki na gładkim tle
  • odcinany w pasie, rozkloszowany dół sięgający kolan lub nieco za kolana, spływający po sylwetce
  • może być rozpinana (całość, tylko góra)
Takie sukienki lubię na co dzień, dlatego że nie potrzebują żadnych dodatków, co znaczy, że nie muszę się rano zastanawiać z czym je zestawić, bo po prostu zakładam sukienkę, a do niej jakiekolwiek buty i torebkę (skórzane, gładkie klasyki), narzucam jeansową kurtkę i w drogę! Kiedy chcę być bardziej retro wkładam kapelusz, przypinam broszkę i zamiast torebki biorę w rękę kuferek, kiedy chcę być bardziej hipsterska młodzieżowa zakładam mokasyny, skórzany plecak i wiążę włosy w półkoczek.
Okazuje się, że na blogu zebrało się już trochę wpisów, w których mam na sobie ten typ sukienki. Jeżeli jesteście ciekawi, możecie zobaczyć jak wygląda wersja ze słomkowymi dodatkami, grzeczna wersja retro (lub - jak mi kiedyś powiedziała znajoma z pracy - wersja na pobożną Żydówkę), wersja w stylu angielskiej wsi, oraz wersja boho.






(zdjęcia: Włóczykij)

5 czerwca 2017

Co u mnie słychać tej wiosny? Mix #12


Cześć! Pamiętacie jeszcze emnildowe miksy z nowościami? Od jakiegoś czasu ich nie publikuję, bo nowościami i fajnymi wydarzeniami z życia dzielę się na bieżąco na Instagramie. Bardzo lubię możliwości tej strony społecznościowej, jednak - jak zawsze powtarzam - chociaż na blogu jestem obecnie rzadziej niż kiedyś, jest dla mnie najważniejszy i to właśnie wpisy na bloga wymagają szczególnej uwagi (i trochę czasu) podczas przygotowania. Zdając sobie sprawę, że te różne strony społecznościowe nie są wcale tak popularne, jak by się wydawało ich użytkownikom (kiedy ostatnio usuwałam messengera z telefonu, okazało się, że wielu moich znajomych wcale z niego nie korzysta i wręcz preferuje tradycyjną smsową formę komunikacji w istotnych sprawach), a co za tym idzie, nie wszyscy moi czytelnicy posiadają konto na Instagramie, postanowiłam przywrócić ten mix zdjęciowy na bloga, wykorzystując właśnie zdjęcia z Instagrama i segregując je tematycznie, dodatkowo uzupełniając ujęciami, które się z różnych względów na Insta nie załapały. Także dzisiaj pierwsza próba, a w sumie 12 wpis z tej kategorii zdjęć wszelakich. Zaczynamy!



REMONT. Najważniejszym wydarzeniem tegorocznej wiosny był remont łazienki. Można powiedzieć, że główna część już się zakończyła, chociaż teraz muszę jeszcze zaplanować drewnianą zabudowę - schowek na mopy i środki czystości, a także zorganizować jakieś fajne grafiki na ścianę. Poza tym wszystko jest już gotowe, a ja po kilku latach mam wreszcie łazienkę z prawdziwego zdarzenia! Wcześniej na ścianach były cegły, a potem płyty gipsowo-kartonowe wśród których ciężko się było zrelaksować :) Łazience poświęcę niedługo osobny wpis, a póki co kilka zapowiedzi. Na pierwszym zdjęciu całość, na kolejnym materiał z którego została uszyta ozdobna zasłona i lustro, które też pełni ozdobną funkcję, gdyż wisi nad wanną (plusem jest to, że w czasie brania prysznica mogę zobaczyć czy dobrze zmyłam maseczkę). Obok półka, którą udało mi się znaleźć w internetach - jest w tej chwili jedynym elementem z ciemnego drewna, ale planuję ich więcej. Poniżej mydelniczki znalezione w TK Maxx i dywan z Ikei, który ostatecznie trafił do korytarza, bo zajmował większość łazienkowej podłogi i zasłaniał płytki podłogowe. Staram się żeby łazienka była piękna, więc wyszukuję różne ciekawe rzeczy, jak bomboniera z ostatniego zdjęcia. Mam nadzieję, że z czasem tych przedmiotów będzie coraz więcej.

JEDZENIE. Pewnie już gdzieś o tym wspominałam - lubię gotować, a jeszcze bardziej lubię jeść! No więc tak sobie pichcę rożne fajne rzeczy, jak mam czas i ochotę i z reguły wychodzi mi coś pysznego. Niestety, większość potraw, które przygotowuję to improwizacje (czasem korzystam z przepisów, jednak traktuję je jako inspirację), więc nie umiem powtórzyć dwa razy tych samych dań. Dzisiaj na obrazkach przede wszystkim kuchnia azjatycka (moja ulubiona), a więc: słodko-ostra zupa z dodatkiem wieprzowiny i krewetek, smażony makaron z warzywami i roszponką, orientalne warzywa z dodatkiem czarnuszki i coś nieazjatyckiego: śniadanie mistrzów, czyli warstwowa kanapka z szynką i jajkiem sadzonym.
Niestety, gotowanie ma swoje minusy. W związku z tym, że moje dania bardzo mi smakują, rzadko kiedy mam taką prawdziwą potrzebę żeby pójść do restauracji :)

W DOMU. Poza łazienką nie ma u mnie w domu dużych zmian. Skupiam się na elementach dekoracyjnych i wykończeniowych, chociaż przede mną i Włóczykijem jest jeszcze kilka większych działań (malowanie gabinetu, wymiana drzwi wejściowych i odnowienie boazerii w korytarzu). Zrobiłam sobie listę potrzebnych rzeczy i małych prac w każdym z domowych pomieszczeń i powoli je wykonuję. Od jakiegoś czasu myślałam o kwiatach do wazonu, udało mi się w końcu zrobić bukiecik ze sztucznych, dostępnych w Ikei (chociaż przy okazji następnych zakupów muszę dobrać jeszcze trochę tego zielonego eukaliptusa). Staram się też w miarę chęci mycia naczyń możliwości, organizować sobie wypasione podwieczorki z ciasteczkami, lodami, owocami, bezami i wisienką na wierzchu :) Poza tym na zdjęciach kawałek dużego pokoju z palmą, która teraz znajduje się w sypialni. Nie wiem, jakoś nie mam ręki do palm, nie chcą wypuszczać nowych liści ale nie zniechęcam się, bo są piękne i mam nadzieję, że w końcu znajdę na nie sposób. Na ostatnim zdjęciu fragment mojej sypialni, która od zeszłego roku czeka na prezentację na blogu. W sierpniu 2016 roku była remontowana, ale pomieszczenia zaraz po remoncie są zbyt surowe żeby je pokazywać. Obecnie jednak, sypialnia dojrzała już na tyle, że niedługo poświęcę jej wpis (obiecuję) :)

WYJAZD DO ŁODZI. Na początku maja udało mi się zorganizować mały wypad do Łodzi, który wspominam bardzo miło. Były to cztery dość intensywne dni w czasie których udało mi się zwiedzić flagowe muzea i trochę pospacerować, podziwiając architekturę miasta. W ogóle Łódź mnie mile zaskoczyła - zawsze słyszałam, że ładna to jest tylko Piotrkowska, a reszta miasta straszy - a tu niespodzianka. Nie dość że nie straszy, to mnie zachwyciła. Owszem, to nie jest nowoczesne city, ale w tym tkwi cały urok Łodzi, więc jeżeli jesteście fanami XIX-wiecznej architektury to wizyta w tym mieście będzie strzałem w dziesiątkę! Jak widzicie na zdjęciach, zwiedziłam m.in. palmiarnię i otaczający ją Park Źródliska, zakupiłam trochę pamiątek - notesy, naklejki i przewodnik po Pałacu Herbsta, który to pałac, jest - uważam - najpiękniejszym miejscem w całej Łodzi. Można go zwiedzić także wirtualnie na stronie muzeum (zachęcam), ale nic nie zastąpi wizyty. Na trzecim zdjęciu jeden z moich ulubionych pokoi w tym budynku - salon orientalny, wyłożony błękitną tkaniną, pełen pięknych rzeczy z Dalekiego Wschodu, który mnie zainspirował do wykończenia swojego wschodniego gabinetu :) A na ostatnim zdjęciu móżdżek cielęcy, który sobie zamówiłam na przystawkę w restauracji żydowskiej Anatewka. Był przepyszny, jak i danie główne (kreplach z żurawiną). W ogóle restauracje w Łodzi są godne uwagi, prócz Anatewki warto odwiedzić Bułgarską69 i Lavash.
......
RÓŻNOŚCI. Herbaty kocham i chociaż ostatnio zapasy przekroczyły możliwości spożycia, w związku z czym staram się nie kupować nowych smaków, już planuję jesienno-zimowe zakupy herbat Kusmi, których aromaty skradły moje serce (z tych najbardziej wyrazistych, z pewnością Kaschmir Tchai), ponadto odkryłam także niedawno nową herbacianą firmę Sirocco Tea, którą chcę sprawdzić. Poza tym udało mi się w końcu zobaczyć słynne kwitnące magnolie w arboretum w Kórniku koło Poznania. Ilość kwiatów i różne odmiany magnolii robią duże wrażenie, chociaż kórnicki park jest piękny o każdej porze roku i zawsze znajdzie się w nim jakiś uroczy zakątek do odpoczynku. Na kolejnym zdjęciu mój zestaw kosmetyków z Biochemii Urody, których używam od kilku miesięcy z bardzo dobrym skutkiem. Samą Biochemię znam od kilku lat, ale dopiero w tym roku przebrnęłam przez wszystkie informacje i okazało się, że mieszanie swoich własnych kosmetyków nie jest wcale tak straszne, jak mogłoby się wydawać osobom, które nie mają nic wspólnego z chemią :) Na ostatnim zdjęciu przepiękny, stary album ze zdjęciami, który dostałam od Włóczykija. 


26 maja 2017

Życie w XIX-wiecznej kamienicy #1


Kamienice przy ul. Święty Marcin w Poznaniu. Była to reprezentacyjna ulica miasta, w 1905 roku wybudowano przy niej Zamek Cesarski.

Najbardziej charakterystycznym typem polskiego wnętrza mieszkalnego w XIX wieku była, oprócz wiejskiego dworku, kamienica czynszowa/własnościowa, która wpisała się na dobre w krajobraz polskich miast. Popularność kamienic, będących przedmiotem naszego zainteresowania w dzisiejszym wpisie, jest związana z XIX-wieczną industrializacją i rozwojem miast, a co za tym idzie potrzebą wielu mieszkań dla bogacącej się burżuazji, dobrze sytuowanych mieszczan, inteligencji (mieszkania w budynku frontowym) i całej masy ludności przybywającej do miasta z okolicznych wsi (mieszkania w suterenach, oficynach). W związku z tym, że temat mieszkań w kamienicach jest bardzo obszerny, postanowiłam podzielić go na dwie części. W dzisiejszym wpisie będzie trochę dat, statystki i faktów dotyczących samych budynków - głównie na terenie Poznania, w kolejnej części napiszę o tym, jak się urządzano w mieszkaniach i jakie modne elementy wyposażenia wnętrz były popularne w  2 poł. XIX wieku.

Okazała kamienica na skrzyżowaniu ul. Wybickiego i 28 czerwca 1956 r.  na poznańskiej Wildzie. Dawniej ulica nosiła nazwę Następcy Tronu (Kronprinzenstrasse).

Secesyjne okna w kamienicy na ul. Małeckiego na poznańskim Łazarzu.

Pamiętajmy, że przez cały XIX wiek, nasz kraj był podzielony między trzech zaborców, co miało olbrzymi wpływ na budownictwo, a granice zaborów były zarazem barierami wpływów architektonicznych i artystycznych. W Poznaniu czerpano wzorce z Berlina, który był stolicą Prus, dlatego już w 1845 r., działki pod budowę mieszkań stały się większe, a więc dawały możliwość wybudowania reprezentacyjnego frontu kamienicy i kilku oficyn. W 2 poł. XIX wieku w większości miast istniały przepisy regulujące nowo powstające budynki, dokładnie określając ich wygląd, ilość pięter i wszystkie pomniejsze kwestie. Np. ordynacja budowlana obowiązująca w Poznaniu od 1853 r., narzucała właścicielom nawet procentową ilość zabudowy działki, wysokość kamienicy do gzymsu i kalenicy, oraz charakter ogrodzenia ulicznego ogródka. Samowole budowlane były nie do pomyślenia, generalnie całe miasto miało spójną koncepcję urbanistyczną, dlatego tak pięknie wygląda na zdjęciach z przełomu wieków.

Przepiękna, monumentalna kamienica przy ul. Grottgera 5 w Poznaniu. Szczególnie zwracają uwagę nietypowo ulokowane balkony. Obecnie budynek jest zabity dechami i ogrodzony wysokim płotem.A przynajmniej tak pokazują mapy google.

Typowa kamienica miała 4 główne piętra, na poziomie fundamentów sutereny i piwnice, nad piętrami poddasze i strych, które zamieszkiwane były przez robotników i biedną ludność przybyłą do miasta w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Często zdarzało się, że swoje niewielkie metraże dzierżawili jeszcze biedniejszym od siebie, co powodowało, że mieszkania w suterenach i na strychach były przepełnione i stawały się siedliskiem wielu chorób (chociaż akurat w Poznaniu nie odnotowuje się tego problemu przed I wojną światową - był on największy w miastach przemysłowych i szybko rozwijających się jak np. Łódź). W mieszkaniach o niższym standardzie mieszkał też stróż danego budynku.
......
Typowa kamienica posiadała budynek frontowy (reprezentacyjny) czyli ten z fasadą od strony ulicy, główną klatką schodową i przejazdową sienią, która prowadziła na podwórze. Tam, po jednej lub dwóch stronach głównego budynku dobudowane były oficyny (z tzw. kuchenną klatką schodową) mieszczące mieszkania niższej jakości niż w budynku frontowym. W najlepszych dzielnicach oficyny były połączone z reprezentacyjnymi mieszkaniami w głównym budynku i mieściły się w nich pokoje dla służby, kuchnia i pomieszczenia gospodarcze.
......
Przeciętne mieszkanie liczyło od 3 do nawet 10 pokoi (mowa tutaj oczywiście o mieszkaniach mieszczaństwa, inteligencji czy burżuazji, pozostałych nie stać było na takie luksusy i zadowolić musieli się jedną/dwiema izbami i kuchnią). W Poznaniu po 1900 r. licznie reprezentowanym modelem były kamienice z pięcioma dużymi pokojami i pomieszczeniami dodatkowymi i tak też została zabudowana rozrastająca się wtedy, zachodnia część miasta (Jeżyce, Łazarz). Duże koszty wynajmu mieszkań - do 1500 marek rocznie, a w centrum miasta do 2500 za ośmiopokojowe mieszkanie przy głównej ulicy - były skuteczną barierą i nie dopuszczały do reprezentacyjnych dzielnic ludzi biedniejszych.
......
Jeżeli chodzi  rozkład samych pomieszczeń, to w budynku frontowym mieściły się pokoje państwa, podzielone na część reprezentacyjną (salon, pokój stołowy, gabinet) i prywatną, dostępną tylko dla domowników (sypialnia małżeńska, pokoje dzieci), a w oficynie pomieszczenia dla służby, kuchnia, niekiedy łazienka. W Poznaniu oraz na obszarze wpływów niemieckiego kręgu kulturowego, występował tzw. pokój berliński - berlinerzimmer, pokój na styku kamienicy i oficyny, w którym mieściła się jadalnia. Było to dość mroczne pomieszczenie, bo oświetlone zazwyczaj jednym tylko oknem od strony podwórza. Nieczęsto spotykanym udogodnieniem była łazienka, w 1905 r. w Poznaniu posiadało ją zaledwie 18% mieszkań. Najczęściej występującym rozwiązaniem była ubikacja między piętrami mieszcząca się na klatce schodowej.

Powyżej rzut parteru jednej z poznańskich kamienic. Jak widać ówczesne mieszkania miały duże metraże i ciekawe rozplanowanie pomieszczeń, które nieraz było celowo komplikowane. Wyraźnie oddzielona jest część reprezentacyjna mieszkania (do tej grupy pomieszczeń często wiodą z korytarza odrębne drzwi), od części dostępnej tylko domownikom. Małe pomieszczenia gospodarcze i pokoje dla służby ulokowane są zazwyczaj w tyle mieszkania.
......
Poniżej rzut mieszkania, który doskonale obrazuje typowy dom ludzi majętnych. Dzięki podpisom wiemy nawet, jakim celom służyły poszczególne pokoje. W reprezentacyjnej części frontowej znajdowały się pokoje pani i pana. Można przypuszczać, że chodzi tu o gabinet i jakiś buduar do przyjmowania gości, bowiem sypialnia małżonków znajdowała się w drugiej części mieszkania, przy kuchennej klatce schodowej. Swój pokój we frontowej części mieszkania (choć z oknami na podwórze) miały też dorosłe dzieci, a więc nastolatki. (W bogatych domach, gdzie było wiele pokoi, przestrzegano zasady, żeby dorastające dziewczęta i chłopcy zajmowali osobne pomieszczenia - być może w tym przypadku owe "dorosłe dzieci" były jednej płci). Osobny pokój mają małe dzieci (dwoje - jest nawet rozrysowane położenie ich łóżek), który ulokowano w oficynie, a więc tej najbardziej prywatnej części domu. Z kolei dwa najbardziej reprezentacyjne pomieszczenia (także pod względem umeblowania), a więc salon i jadalnia, są rozdzielone dużymi, dwuskrzydłowymi drzwiami, a jadalnia jest przy okazji typowym przykładem pokoju berlińskiego. Dalej, w oficynie, ulokowano trzy pomieszczenia gospodarcze (kuchnię, spiżarnię i kredens, o którego funkcjach napiszę w 2 części wpisu), pokoj dla służby z łóżkami (zauważmy, że nie ma w nim pieca kaflowego) i łazienkę z klozetem. Ów klozet znajduje się także przy głównym wejściu do mieszkania i służył zapewne gościom. Na koniec zostało nam pomieszczenie podpisane jako "służba" w reprezentacyjnej części mieszkania. Nie ma tam wyrysowanych łóżek, zapewne nie służył do spania - być może przetrzymywano w nim jakieś gospodarskie sprzęty lub była to garderoba.


Mieszkania najczęściej były ogrzewane piecami kaflowymi, które dawały dość dużo ciepła (szczególnie w 2 poł. XIX wieku, kiedy głównym materiałem opałowym stał się węgiel). Sytuowano je w rogach pomieszczeń, przy ścianach oddzielających dwa pokoje. Rzadko zdarzały się kominki lub kaloryfery, a ogrzewanie centralne posiadało w 1905 r. w Poznaniu, zaledwie 1,6% mieszkań.
Najbardziej popularnym oświetleniem w poznańskich mieszkaniach w 2 poł. XIX w. była lampa naftowa, która nawet na początku XX wieku nie została wyparta przez inne możliwości oświetleniowe. W 1905 r. aż 70% mieszkań oświetlano naftą, 20% było podłączonych do sieci gazowej (Poznaniaków odstraszało częste i uciążliwe czyszczenie lamp gazowych oraz plotki o zaczadzeniach; dodatkowo lampy te były przypisane do  konkretnego miejsca w pokoju - tam gdzie była rurka z gazem, tam stała lampa, więc nie można jej było przenosić tak, jak naftowej), a tylko 2,6% mieszkań cieszyło się najnowszą zdobyczą techniki - elektrycznością.

Paradna sień w odrestaurowanej kamienicy przy ul. Matejki w Poznaniu

Sień z odrestaurowanymi polichromiami z końca XIX w. przy ul. Jackowskiego w Poznaniu.

Projekt sieni przejazdowej w jednej z poznańskich kamienic.

Dość charakterystyczną - dla całej zresztą Europy - cechą, jest brak zmian w układzie architektonicznym kamienicy. Zmieniała się dekoracja, charakter elewacji, ale układ budynku nie. Fronty kamienic, które po dziś dzień budzą zachwyt i podziw dla umiejętności architektów i rzemieślników, ulegały modom. Przez większość wieku odwoływano się do stylów historycznych: gotyku, renesansu, baroku i klasycyzmu, dopiero pod koniec stulecia, kiedy nastała secesja, wykorzystująca motywy floralne i asymetrię, budynki zyskały nowe, artystyczne niekiedy oblicze. W 1 poł. XIX wieku kamienice z reguły budowano bezpośrednio przy ulicy (nie posiadały więc zewnętrznych ogródków), a podwórze otoczone było oficynami (tzw. kamienica-studnia). Dopiero później zaczęto wyznaczać uliczne przedogródki, a duże powierzchnie działek umożliwiły takie rozplanowanie oficyn, że także na podwórzu tworzono enklawy zieleni, które często zacierały granice między kilkoma działkami. Atrakcyjność kamienicy podnosiła też modna dekoracja wnętrza budynku, a jej główną przestrzenią była sień (jak wspomnieliśmy, od lat 80-tych najczęściej przejezdna, posiadająca niekiedy w posadzce metalowe płozy dla kół wozów, które dostarczały towar pd kuchenne klatki schodowe) i to ona, wraz z fasadą budynku, zapowiadała standard mieszkaniowy. To w sieni właśnie stosowano piękną ceramiczną posadzkę, układając ją nieraz w skomplikowane układy. Ściany zdobiła boazeria lub kolorowa ceramika, w najbardziej prestiżowych budynkach malatury i sztukaterie, a na suficie rozety. W oknach klatki schodowej często umieszczano witraże, a schody pokrywano linoleum lub chodnikiem. Najwyższy standard wykończenia stosowano do... pierwszego piętra. Tam właśnie mieściły się najbardziej luksusowe mieszkania, które wyznaczały zarazem status majątkowy mieszkańców. Zdarzały się więc polichromie sięgające do piętra, jak i metalowe balustrady schodów, które powyżej zamieniały się w drewniane.
......
Wpis był wyjątkowo długi, jeżeli jednak jesteście zainteresowani tematem kamienic, zapraszam do wpisu o architekturze Budapesztu
......
Na koniec taka ciekawostka i refleksja zarazem. Szukając rzutów mieszkań, trafiłam na wiele stron z nieruchomościami, gdzie polecane są mieszkania w odnowionych kamienicach. O ile sama renowacja fasady i wnętrz budynków niekiedy zapiera dech, o tyle same mieszkania są już - o zgrozo! - nowoczesne i tak małe (nigdy nie zrozumiem fenomenu salonu z aneksem kuchennym), że - jak widzicie na poniższym zdjęciu - z jednego dawnego mieszkania, obecnie zrobiono cztery. Czy w takim wnętrzu czuć jeszcze dawnego ducha?
 

18 kwietnia 2017

Moje niespieszne życie


Przerwa na blogu trwała dłużej niżbym chciała, jednak nie mogę obiecać, że nowe wpisy będą się pojawiały regularnie. Chociaż blog nadal jest tym medium, które uważam za najważniejsze, nie mogę nie stwierdzić, że strona na Facebooku, a następnie Instagram sprawiły, że mogę szybko i w krótkiej formie podzielić się z Wami czymś ciekawym, natomiast tutaj staram się wrzucać wpisy, którym poświęcam znacznie więcej uwagi i przygotowań. No więc jestem. Chciałam wrócić z jakimś specjalnym wpisem (sukienki, brokaty, fajerwerki i szampany), a wróciłam bardzo spontanicznie i bardzo zwyczajnie, bo pokazuję swoją codzienność. Tak więc z reguły chodzę ubrana na czarno, czasem w spodniach, czasem w spódnicy; w jeansowej kurtce, którą podkradłam z szafy Włóczykijowi i która jest miłym akcentem kolorystycznym po czarnym płaszczu noszonym przeze mnie całą niemal zimę. W kwestii biżuterii ograniczam się ostatnio do tych świetnych srebrnych kolczyków od mamy, żywcem wyjętych z lat 80-tych, kilku pierścionków i dwóch naszyjników (noszę je za zmianę z kolczykami), a torebki ponad pół roku temu zamieniłam na skórzany plecak przywieziony z Budapesztu.
......
A poza tym? Ano "tak się powoli żyje na tej wsi", że zacytuję memową klasykę. W każdym razie staram się. Przyspieszam nieco tempo, kiedy jadę do pracy, remontuję dom (ostatnio zajęłam się łazienką – nie wszystko jeszcze skończone, ale idzie w jak najlepszym kierunku) lub załatwiam różne sprawy w Poznaniu, natomiast poza tym staram się żyć jak rasowy emeryt, bo niespieszne życie jest piękne samo w sobie. Prawdziwą radością są dla mnie powroty z miasta i celebrowanie czasu, który spędzam na wsi. Lubię samotność. Chwile w których przebywam w swoim własnym towarzystwie uważam za najbardziej twórcze i inspirujące. Wtedy rodzą się w mojej głowie różne pomysły (także i te blogowe), te momenty są też pełne emocji, których nie umiem doświadczyć w towarzystwie innych ludzi. Lubię czytać książki. Także te, które czytałam już raz lub kilka. Nie uważam tego za marnotrawstwo czasu - ciekawi mnie zawsze czy znajdę w nich te same wzruszenia co dawniej, czy opisana historia ponownie wywrze na mnie wrażenie. Lubię, kiedy Włóczykij fotografuje otaczającą nas przyrodę, księżyc i ptaki przesiadujące na drzewach za oknami, lubię kiedy spacerujemy razem po okolicy. Z wielką przyjemnością patrzę przez okno na zmieniającą się pogodę, na zieleniejący wiosenny horyzont, doceniam nawet te krótkie chwile, w których leżę na łóżku lub kanapie i obserwuję promienie słońca przebijające się przez firanę. 
Moją ukochaną porą dnia są wieczory, tak często wypełnione dziwnymi emocjami i melancholijnymi uczuciami dotyczącymi  przemijania i tych, będących już poza mną, lat. Pomimo smutku, który niekiedy mnie wówczas ogarnia, lubię ten wieczorny czas, kiedy gwar i blask słonecznego dnia, ustępuje miejsca różowo-niebieskiej poświacie zachodzącego słońca. Niska mgła snująca się nad polami i nadchodzący chłód przypominają o zbliżającej się nocy, ciemniejący horyzont o tym, że  za chwilę zaczną pojawiać się gwiazdy, a gdzieś w górze błyszczący sierp księżyca. Lubię swoje niespieszne życie na wsi.










(zdjęcia: Włóczykij)

9 lutego 2017

Siła detalu - akcesoria w #hasztagach


Tak sobie pomyślałam, że zrobię wpis o dodatkach. O tym wszystkim co dopełnia i podbija ciuch, który na siebie zakładamy. Chociaż mówi się, że to akcesoria tworzą strój, uważam (a jestem zagorzałą maksymalistką i fanką dodatków), że kiedy ich nie ma, też da się osiągnąć ciekawy efekt prostoty i minimalizmu. W moim przypadku wszystko zależy od nastroju. Czasem mam ochotę obwiesić się biżuterią pomimo tego, że mam na sobie wzorzyste tkaniny, a do tego dobrać jeszcze fantazyjną torebkę; czasem nie zakładam na siebie nic, a i tak czuję, że mam na sobie za dużo. Niestety, nie udzielę Wam tutaj porad jakie dodatki wybierać na co dzień, a jakie na specjalne okazje; czy szmaragdy pasują do codziennych stylizacji oraz czy w kabaretkach możemy pójść na obiad do babci - moim zdaniem wszystko można, ale trzeba to robić z wyczuciem. Dziś napiszę, czym ja się kieruję przy wyborze dodatków i jak je łączę. Zaczynamy.

Biżuteria 
#kolczyki #broszki #naszyjniki #srebro #kolorowa #vintage #bursztyn #artdeco #sekretniki #fantazyjna #kamienienaturalne #rodzinna #długienaszyjniki #kolorowa #widoczna #secesja

Jak już zakładam na siebie biżuterię to taką, żeby było widać. Nie przemawiają do mnie minimalistyczne wisiorki które ledwo mieszczą się w skali wagi jubilerskiej. Biżuteria ma być piękna, ma być kunsztowna, ma zachwycać i ma być ją widać, dlatego z reguły sięgam po sprawdzone formy odwołujące się do klasycznego złotnictwa i wykonane ze szlachetnych kruszców (choć nie wyłącznie). Bardzo lubię duże kolczyki, duże pierścionki (choć z pierścionkami mam problem - zimą nie lubię ich nosić ze względu na rękawiczki, a latem często puchną mi dłonie i w ciągu dnia muszę przekładać pierścionki ze środkowego na mały palec lub wręcz je zdejmować), broszki - które są idealnym uzupełnieniem stroju w stylu retro, a także długie naszyjniki. Przez lata zebrałam naprawdę pokaźną ilość biżuterii, teraz - jeżeli już coś dokupuję - staram się szukać czegoś naprawdę wyjątkowego.

Do tych najbardziej błyszczących i zarazem najładniejszych w formie błyskotek, kupiłam sobie jakiś czas temu szklaną gablotkę. Cieszy mnie, kiedy mogę sobie na nie popatrzeć.

Emaliowane kolczyki w stylu rosyjskim to moja najnowsza biżuteryjna zdobycz (jak zrobię lepsze zdjęcie, to podmienię).


Torebki 
#skórzane #małe #zmateriału #shopperbag #delikatnezdobienia #duże #codzienne #proste #wygodne #wkwiaty #wyjściowe #pojemne #długipasek #skromne #matowe

W przypadku torebek stawiam na prostotę i wygodę. Szukam więc klasycznych krojów z jak najmniejszą ilością ozdób. Jeżeli torebka ma widoczne metalowe elementy (zapięcia czy klamry), staram się, żeby miała gładką powierzchnię i odwrotnie: jeżeli ma fantazyjną, tłoczoną fakturę, jakąś kieszonkę etc., fajnie, jeżeli elementy metalowe są schowane. Oczywiście nie da się tego ocenić jednowymiarowo - po prostu kiedy widzę torebkę wiem, że spełnia moje wymagania. Oprócz tego nie lubię torebek przesadnie sztywnych, eleganckich, o których właściwie tylko tyle można powiedzieć: elegancka, więc trzymam się z daleka od korsów, lidlowych wittchenów i im podobnych modeli  :)
Na koniec najważniejszy aspekt: wygoda. Wielbię torebki, które mogę przewiesić przez ramię i nie przejmować się tym, że gdzieś tam coś dynda i zsuwa się z ramienia. Nie lubię torebek "do ręki", dlatego nigdy nie kupuję kuferków i kopertówek.

Kolekcję torebek wykonanych ze skór węży i aligatorów otrzymałam w sumie od dwóch czytelniczek bloga. To moje perły wśród torebek, używam rzadko i ostrożnie, ale też przyznać muszę, że nie są to duże torebki, więc nawet gdybym chciała, to trudno w nie zapakować wszystkie rzeczy, które noszę na co dzień do pracy.

A to seria moich najczęściej używanych torebek codziennych - są duże, wygodne i mieszczą wszystko, czego potrzebuję poza domem. Od jesieni - tak jakoś wyszło - dzień w dzień noszę swoje rzeczy w brązowym plecaku, który kupiłam w Budapeszcie. Bardzo wygodne jest rozłożenie sobie ciężaru dnia codziennego na oba ramiona :)

Różne kolorowe torebeczki, które przez lata udało mi się zdobyć w ciucholandach.

Buty 
#skórzane #jedenkolor #wygoda #czarne #brązowe #szare #baleriny #retro #niskiobcas #płaskie #kozaki #kalosze #nasłupku #stabilne #loaffersy #wypastowane #sznurowane

Jeżeli miałabym wybrać cechę nadrzędną buta, jest to wygoda, potem długo, długo nic, a potem cała reszta. Z tego powodu w mojej szafie nie ma szpilek, ani żadnych innych butów na bardzo wysokim obcasie - nie wytrzymuję w nich nawet wyjścia do opery czy inne siedzące imprezy. Jeżeli już decyduję się na obcas, to musi on być stabilny (mieć dużą powierzchnię) i niezbyt niewysoki. Najbardziej jednak lubię płaskie koturny, a potem mokasyny, baleriny lub loaffersy, najlepiej w jednolitym kolorze, bo to sprawia, że nie mam problemu z dobraniem ich do reszty stroju. Od dłuższego czasu kupuję tylko buty ze skóry - w zeszłym roku skusiłam się na czarne mokasyny ze sztucznego tworzywa (cena była świetna, a model buta bardzo piękny), ale z perspektywy czasu twierdzę, że to nie był dobry wybór.

Płaskie buty lubię najbardziej!

Moja mała kolekcja obuwia w stylu retro, którą z pewnością będę poszerzać, jeżeli tylko znajdę buty, które będą równie wygodne jak piękne.

A to kolekcja moich domowych kapci - skórzane kupiłam w Egipcie, a te z królika przywiozłam z Tunezji.

Chusty/szaliki 
#kolorowe #naturalnemateriały #ciepłe #paisley #zimowe #wiosenne #małe #duże #wzorzyste #rosyjskie #pavlovoposad #apaszka #jedwab

W związku z tym, że moje wierzchnie odzienia są raczej jednobarwne, kolorowe dodatki świetnie ożywiają takie nudne czasem (choć bardzo praktyczne) płaszcze i kurtki. W ciągu lat trochę mi się uzbierało tych wszystkich chust, szalików i apaszek - niektóre z nich nosiła jeszcze moja mama, w latach swojej młodości (tej pierwszej, oczywiście). Najczęściej tego typu akcesoriów poszukuję w wielkich koszach w ciucholandach, chociaż nie zawsze mam cierpliwość żeby przerzucać te ogromne sterty rzeczy. Jeżeli trafiam do ciucha w dzień dostawy, to najczęściej stoję obok i obserwuję jak robią to inni, a ja wyławiam gotowe kąski (#lifehack). 
Moim postanowieniem na nadchodzącą wiosnę jest częstsze wykorzystywanie w swoich ubiorach apaszek i lekkich szalików. Jakoś tak zawsze wychodzi, że wolę wybrać naszyjnik, niż ozdobny szal i chcę to zmienić.

Mam już nawet pomysł na wykorzystanie biało-czarnego szalika ze zdjęcia w stylu lat 20-tych - na wielkiego Gatsby'ego lub Miss G. z filmu Cracks

Nakrycia głowy 
#lato #zima #kapelusz #beret # czapka #turban #dużerondo #słomka #gondolier

Jesienią preferuję berety (kilka dni temu udało mi się upolować dziergany beret w kolorze głębokiej zieleni, do którego muszę sobie dorobić chwost, żeby był bardziej retro), zimą futrzane czapki, a latem lekkie kapelusze, które - jak wcześniej w przypadku torebek - nie mogą być zbyt eleganckie. Dla mnie takim idealnym tworzywem jest słomka - dobrze wygląda do ubrań w stylu retro, do współczesnych zestawów z jeansem w roli głównej oraz do sukienek. A jeżeli mam ochotę na urozmaicenie, zmieniam po prostu wstążki przy kapeluszach.



Rajstopy
#kryjące #jasne #czarne #gładkie #koronkowe #wzorzyste #byleniecieliste

W przypadku rajstop posiadam chyba wszystkie możliwe typy (przykłady poniżej), chociaż przyznaję, że najczęściej zakładam gładkie, kryjące w jakimś ciemnym kolorze. Do zdjęć wybrałam kilka przykładów wzorzystych rajstop w różnych stylach. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się oswoić te białe - rzadko czuję się dobrze w takim komunijnym modelu. I jeszcze jedno: cienkie rajstopy w kolorze cielistym to zło!

15 stycznia 2017

Azjatycka pielęgnacja. 5 ulubionych rytuałów.


Tytułem małego wstępu, muszę trochę cofnąć się w czasie i napisać Wam, że nigdy jakoś przesadnie nie skupiałam się na swojej cerze. Wszystkie zabiegi pielęgnacyjne, dłuższe kąpiele połączone z peelingiem, smarowanie się balsamem, były dla mnie raczej przykrym obowiązkiem, który po prostu wypada raz na jakiś czas odbębnić. Nigdy też specjalnie nie zastanawiałam się nad kondycją swojej skóry. Kremy, których używałam, dobierałam dość przypadkowo (celowałam zazwyczaj w jakieś ekologiczne* do każdego rodzaju cery) albo dostawałam od mamy. Przez ostatnie dwa lata moje kosmetyki pielęgnacyjne mieściły się w jednej dłoni i nie było to złe, ale zauważyłam, że moja skóra potrzebuje czegoś więcej.
Wiek. W tym roku skończę trzydziestkę i uznałam, że czas podjąć prewencyjne działania, żeby moja twarz przez kolejne lata była w dobrej kondycji. Podoba mi się azjatyckie podejście do kosmetyków, których używa się nie patrząc na metrykę, a stan skóry, czyli w zależności od aktualnych potrzeb. Czasem nasza twarz potrzebuje intensywnego zastrzyku aktywnych składników, czasem wystarczy delikatna pielęgnacja. Warto obserwować swoją cerę i reagować na jej potrzeby.
Stan cery. Mam cerę mieszaną, ze skłonnością do pękających naczynek, dodatkowo borykam się z problemem dorosłego trądziku. Uświadomiłam to sobie niedawno, kiedy zagłębiłam się w tematykę pielęgnacji. Generalnie nigdy nie miałam jakiegoś mocnego wysypu, ale od czasów nastoletnich po prostu ZAWSZE mam na twarzy jakiegoś pryszcza i jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że jestem już na tyle stara, że nie powinnam mieć tych ciągłych przyjaciół na twarzy. Azjatycka pielęgnacja w tym wypadku pomocna jest o tyle, że dokładnie oczyszczam twarz, dodatkowo jednak postanowiłam jeszcze intensywniej zadbać o swoją skórę pod kątem zaskórników i trądziku, stosując lek i dermokosmetyki (ale o tym będzie inny wpis). 
Przyjemność. Szukałam dla siebie takiego rytuału pielęgnacyjnego, dzięki któremu będę dbać o siebie z radością, a czasu spędzonego w łazience nie będę uznawać za stracony :) W azjatyckiej pielęgnacji podoba mi się holistyczne podejście do dbania o siebie. Nasza skóra jest takim zewnętrznym obrazem naszego trybu życia, w którym ważne powinno być nie tylko dbanie o cerę, ale także dbanie o siebie w ogóle - zarówno pod kątem żywienia, ruchu, czasu, który przeznacza się tylko dla siebie.
A teraz kończymy wstęp i przechodzimy do rzeczy.

*był taki czas, kiedy razem z koleżanką z pracy zwariowałyśmy na punkcie kosmetyków eko na tyle skutecznie, że ze swojej łazienki i kosmetyczki pozbyłyśmy się wszystkiego, co zawierało chociażby jedną zakazaną substancję. Miejsce parabenów i SLSów zajęły produkty z certyfikatami, niestety nasz zapał trwał do momentu, kiedy poczułyśmy (dosłownie) działanie eko dezodorantu w upalne letnie dni :)

Swoją przygodę z azjatyckimi kosmetykami rozpoczęłam od serum z witaminą C It's Skin oraz kremów ze śluzem ślimaka firmy Mizon. Aktualnie je odstawiłam (a serum używa Włóczykij), bo ich stosowanie nie współgrało z preparatami, którymi leczę trądzik i zaskórniki.

Z azjatycką pielęgnacją zetknęłam się po raz pierwszy kilka lat temu dzięki kanałowi Azjatycki Cukier na You Tube. Prowadzi go Polka mieszkająca w Singapurze, która przybliża azjatyckie metody dbania o skórę, pokazuje tamtejsze techniki masażu i makijażu. Bardzo mnie to interesowało, ale raczej w kategoriach ciekawostek. No bo po co myć twarz dwa razy, płukać ją metodą 100 (!) chluśnięć wodą i poświęcać czas na masaż? No i filtry zimą - jakiś totalny wymysł! Przy okazji trafiłam na różne informacje (artykuły, blogi, strony www) o azjatyckich sposobach dbania o siebie, aż w moje ręce wpadła książka Charlotte Cho Sekrety urody Koreanek, która tę wiedzę usystematyzowała i jednocześnie zrodziła chęć zmiany swojej pielęgnacji.
Sam termin azjatycka pielęgnacja jest bardzo obszerny i w tym wpisie zarysuję Wam tylko 5 najważniejszych dla mnie kroków, które sprawiły, że pokochałam azjatyckie sposoby dbania o siebie. Nie jestem jednak ortodoksyjną wyznawczynią tej metody pielęgnacji. Zauważyłam że moja nieprzyzwyczajona do dużej ilości kosmetyków twarz, nie zareagowała dobrze na taką bombę składników, jaką jej zaserwowałam, dlatego teraz stosuję azjatyckie wskazówki z dozą zdrowego rozsądku :)


1. Podstawą jest piękna cera. Masaże. Nasze europejskie podejście do pielęgnacji bardziej niż na cerze skupia się na zakrywaniu niedoskonałości i zauważmy, że większość porad w gazetach dla kobiet opiera się właśnie na tym, jak nałożyć na twarz centymetr tapety i wyglądać w miarę naturalnie. Azjatki traktują kosmetyki do makijażu jako wykończenie idealnej cery, a cera ta powinna być jasna, świetlista, zdrowo błyszcząca i bez skazy. To oczywiście ideał, ale generalnie zasada jest taka, aby zawsze dążyć do możliwie najlepszej kondycji swojej skóry. Piękna cera nie pojawi się ot tak, nie jest też kwestią genów - trzeba o nią po prostu zadbać i poświęcić jej czas, używając aktywnych składników na konkretne problemy skóry; odpowiadać na jej potrzeby, które bywają różne w zależności od np. pory roku. 
Masaże z kolei są świetnym sposobem na poprawienie kondycji swojej twarzy. Odpowiednio dobrane techniki potrafią zdziałać naprawdę wiele, wszystko zależy od naszej chęci i cierpliwości. Masażem możemy wpłynąć nawet na duże zmarszczki na czole i bruzdy przy nosie, poprawić kontur twarzy a także zminimalizować trochę codzienną siłę grawitacji, która ciągnie nasze policzki w dół. 
Techniki masaży (i jogę twarzy na kanale Fumiko Takatsu) to coś, w co  się dopiero zagłębiam, ale już zauważyłam lekką poprawę kształtu twarzy i wstąpienie się podbródka :)

Produkty koreańskiej firmy Purederm można kupić w drogeriach Hebe. Zaopatrzyłam się też w kolejną tubkę peelingu enzymatycznego (używam go już od kilku lat) oraz całą gamę masek w płachcie. Niektóre mają dodatkowo dołączony peeling lub esencję nawilżającą, którą stosuje się pod właściwą maskę. Jestem bardzo ciekawa ich działania - obecnie wykańczam maseczki od Babuszki Agafii, a po powyższe sięgnę w przyszłym miesiącu.

2. Layering - warstwowe nakładanie kosmetyków. Pewnie słyszeliście o pielęgnacji 10 kroków. O tym niekończącym się rytuale oczyszczania - złuszczania - nawilżania? Otóż wszystkie te czynności zajmują najwyżej kilkanaście minut dziennie i tylko w teorii wyglądają na przerażająco czasochłonne.
Oczyszczanie. Najpierw należy dokładnie oczyścić twarz - najlepiej dwa razy, używając do tego olejku, a następnie kosmetyku na bazie wody. Ja stosuję metodę OCM i domowo robiony olejek na bazie oleju lnianego, a następnie mydło Aleppo 5%. Ostatnim krokiem oczyszczania jest przemycie twarzy tonikiem, który wyrównuje ph.
Złuszczanie. A więc peeling, który pomaga usunąć z twarzy zalegające płatki martwego naskórka. Zalecane są tutaj raczej łagodne peelingi enzymatyczne, niż te zawierające ścierające drobinki. Wszystko jednak zależy od naszych preferencji i reakcji skóry.
Nawilżanie/ odżywianie. To dość rozbudowany etap, na który składa się użycie kilku kosmetyków dostarczających skórze różnych substancji aktywnych. O ile w Europie funkcję tę pełni przede wszystkim krem, pod który ewentualnie nakłada się serum, o tyle w Azji kosmetyków tych używa się więcej. Lotiony, sera, ampułki i esencje to wodne, lekkie kosmetyki, które są naszpikowane składnikami, mającymi rozwiązać konkretne problemy skóry. Krem nie jest kosmetykiem koniecznym.
Warto w tym miejscu wspomnieć o ogromnej popularności maseczek, które również stanowią istotny element codziennej pielęgnacji. Właściwie każda firma kosmetyczna oferuje całą gamę maseczek (szczególnie tych w płachcie) w wielu wariantach.

Jak napisałam we wstępie, do kosmetyków azjatyckich dołączyłam ostatnio dermokosmetyki i lek na trądzik, więc ślimaczych kremów teraz nie używam (co za dużo, to niezdrowo) . Za to często nawilżam swoją twarz żelem aloesowym Mizon. Można schłodzić go w lodówce i stosować jako zimny kompres - latem będzie to pewnie szczególnie przyjemne :)

3. Ochrona przeciwsłoneczna. To jest sprawa z którą miałam najwięcej problemów. Co prawda szczerze nie lubię opalenizny (uwielbiam mieć jasną skórę) i od paru lat nie opalam się wcale, a wręcz unikam słońca, zawsze chronię się w cieniu i używam kremów z najwyższym filtrem, ale jak to tak - codziennie? Zimą? Serio? Do tej pory moja wizja filtrów to były te tłuste, białe mazidła idealne na plażę, ale okazało się, że nowoczesne kremy z filtrami to po prostu szybko wchłaniające się emulsje, które nie bielą (ewentualnie minimalnie rozjaśniają skórę). O promieniowaniu UVA, które stanowi 95% całego promieniowania docierającego na naszą planetę poczytać możecie gdziekolwiek w necie. Na potrzeby tego wpisu wystarczy tylko wspomnieć, że jest ono najważniejszą przyczyną starzenia się naszej skóry, a także odpowiada za powstawanie raka skóry i przebarwień.
W chwili obecnej do twarzy używam kremu z filtrami Ziaja. Na lato planuję zakupić coś azjatyckiego - wiosną zrobię rozpoznanie w temacie :)

Te słodziaki to róż do policzków It's Skin Romantic Rose, który bardzo delikatnie barwi policzki (a ma wściekły, różowy kolor) i rozświetlacz o złotym wykończeniu. Najbardziej lubię nakładać go na środek policzków i bezpośrednio  nad usta.

4. Odpowiednie nawodnienie skóry w ciągu dnia. Nawodniona skóra, to zdrowa skóra, dlatego większość azjatyckich produktów, to lekkie wodniste kosmetyki, których celem jest optymalne nawilżenie twarzy. Jednym z najważniejszych kroków w codziennej pielęgnacji, jest użycie toniku, który wyrównuje ph, nawadnia naszą twarz i sprawia, że staje się ona chłonna jak gąbka, a więc bardziej podatna na przyswajanie substancji aktywnych znajdujących się w kosmetykach, które nakładamy na nią w dalszej kolejności. Dobrze nawodniona skóra jest pełna blasku, a drobne zmarszczki nie są na niej tak widoczne. Z nawilżeniem związana jest też olbrzymia popularność masek w płachcie. Nasączony aktywnymi substancjami materiał dłużej utrzymuje wilgoć, a ograniczony dostęp powietrza sprawia, że aktywnie nawilżające składniki głębiej wnikają w skórę.
Charlotte Cho w swojej książce pisze o tym, że większość mieszkańców Korei ma na swoim biurku w pracy nawilżacz. Ja całkiem niedawno odkryłam dobroczynne działanie wody termalnej Uriage (chyba jedynej na rynku, po użyciu której nie musimy wycierać twarzy). Planuję zakup mniejszego rozmiaru do pracy, a nawilżacza, póki co, używam w domu (moje rośliny są bardzo wdzięczne).

Tint do ust to mój osobisty hit. W tradycyjnych ciemnych szminkach zawsze denerwował mnie wyraźny kontur ust, który wygląda sztucznie i jest trudny do wyrysowania, szczególnie kiedy poprawiamy malunek ust w ciągu dnia. Poza tym kolor ciemnych szminek nieestetycznie i nierówno się ściera. Tint jest barwnikiem, który trwale wnika w usta, minimalnie ścierając się przy jedzeniu (przy tym cały czas wygląda ładnie, jest po prostu bledszy), dodatkowo można go nałożyć tylko na środek warg i dzięki takiemu cieniowaniu koloru nasze usta wyglądają bardzo dziewczęco.

5. Makijaż no make-up. Zawsze byłam makijażową minimalistką. Kilka razy próbowałam się przekonać do czegoś mocniejszego, ale najbardziej lubię prosty malunek z podkreślonymi ustami, o którym już kiedyś Wam pisałam. Celem azjatyckiego makijażu jest podkreślenie swoich atutów, a nie namalowanie nowej twarzy, jest więc dla mnie idealny. Podstawą jest krem BB, który wyrównuje koloryt cery i delikatnie ją rozświetla. W ogóle błyszcząca cera jest w Azji wyznacznikiem piękna - mówimy oczywiście o takim zdrowym błyszczeniu - blasku, na który w Korei istnieje kilka określeń. Chok-chok to promienna, dobrze nawilżona skóra, a dewy dodatkowo wyglądająca jak zroszona wodą, wilgotna. Oczy podkreślić możemy cieniami w neutralnych kolorach i eyelinerem (w Azji modne jest pociągnięcie tej kreski lekko w dół, a nie w górę, jak przy tzw. kocim oku), następnie lekko zaznaczamy naturalną krzywiznę brwi. Na wypukłości twarzy nakładamy rozświetlacz, na środek policzków róż, a usta barwimy tintem.
Koreańskim guru makijażowym jest Pony - jeżeli więc przemawia do was wizja make-up no make-up koniecznie wyszukajcie jej filmiki na You Tube (mają angielskie napisy) :)

Ochy i achy, które dotąd słyszałam o azjatyckich kremach BB nie są bezpodstawne. Testowałam w swoim życiu wiele tego typu europejskich kosmetyków, jednak każdy jeden krem był zbyt ciemny i zbyt gęsty. Kremy z Azji widziałam z kolei w tylu wersjach kolorystycznych, że naprawdę nie wiedziałabym co wybrać. Swój zestaw (krem i korektor Klairs) zamówiłam dzięki próbce dołączonej do mojego pierwszego zamówienia azjatyckich dobroci. Krem występuje w jednym odcieniu i idealnie stapia się z cerą. Moją bardzo delikatnie rozjaśnia i tworzy efekt chok, chok :)
......
Swoje kosmetyki zamawiałam w sklepach beautikon.com i juui.pl, a do każdego zamówienia dostałam kilka próbek z czego bardzo się cieszę, bo mam nadzieję, że znajdę wśród nich jakieś nowe hity kosmetyczne.
/wpis nie jest sponsorowany/