27 maja 2014

Emnildowy mix modowy #2


To miał być bardzo mądry wpis o jednym z najlepszych filmów, jakie widziałam w życiu. O Pianistce. Kilka lat temu, podczas pierwszego seansu, skłaniałam się raczej ku stwierdzeniu: "Już więcej go nie zobaczę", niż: "Cóż za zachwycające kino!", ale czas weryfikuje oceny, pozwala spojrzeć na temat z innej perspektywy, więc do Pianistki wróciłam. I dałam się całkowicie pochłonąć - podobnie jak Śmierci w Wenecji - dopiero za drugim razem, ale jednocześnie mam wrażenie, że kiedy obejrzę ją po raz kolejny, nic już w niej nie odkryję (w przeciwieństwie do Godzin, które za każdym razem stają się dla mnie filmową ucztą). Jednak nie zmienia to faktu, że uważam Pianistkę za film niezwykły, absolutnie genialny i z pewnością nadejdzie czas, że znów po niego sięgnę. Póki co, film ten wykończył mnie psychicznie, będąc jednocześnie nieprzyjemnym i fascynującym. Nie uważam jednak, że jest to film niesmaczny czy chory (jak można wyczytać w niektórych recenzjach). Siłą Pianistki są emocje, mroczny i gęsty klimat skomplikowanych relacji w trójkącie: zagubiona pianistka Erika - nadopiekuńcza matka - cyniczny kochanek, samotność, wyobcowanie bohaterki i głębia muzyki. Kontrowersyjne sceny uznałabym za celowy zabieg, pokazujący, że nie zawsze to co się nam wydaje - w tym wypadku kulturalna i szanowana pianistka, skrywająca perwersyjne fantazje - jest tym samym w rzeczywistości. Pianistka to też doskonała tytułowa rola - moim zdaniem najlepsza ze wszystkich - Isabelle Huppert.
......
Moją reakcją na Pianistkę był bezbrzeżny smutek i bezsilność, które trzymały mnie w swych szponach przez kilka dni. W końcu nie wytrzymałam i postanowiłam się... leczyć. Tak. Jak mówi ludowa mądrość: "Czym się strułeś, tym się lecz", więc stwierdziłam, że inne filmy z udziałem Isabelle Huppert, które rozwiałyby mi postać tej biednej, samotnej Eriki, będą idealne.
......
I w tym momencie mogę napisać Wam, dlaczego wpis o Pianistce nie doszedł do skutku, w takiej formie, w jakiej chciałam go stworzyć, czyli z naciskiem na postać bohaterki. Otóż, kiedy już byłam odpowiednio natchniona, naładowana muzyką Schuberta, a w mojej głowie trwała nieustanna projekcja scen z życia Eriki o twarzy Isabelle Huppert (to ważne), mój komputer powiadomił o ściągnięciu nowego filmu - właśnie z gatunku tych leczniczych:) A że ja zawsze sprawdzam czy wszystko gra, sprawdziłam i tym razem, trafiając akurat na scenę, w której Isabelle Huppert, wesoła i roześmiana, tańczy sambę. I czar prysł. Erika się rozwiała i koniec. Nie ma wpisu.
......
A jaki z tego morał? Po pierwsze - nigdy nie mówicie "nigdy więcej" filmom, które Was rozczarowały. Za jakiś czas być może staną się największymi hitami Waszego życia (aż boję się o tym myśleć w kontekście filmu Salo, czyli 120 dni Sodomy, który w tej chwili uważam za największe nieporozumienie kina europejskiego). Po drugie - polecam film Copacabana (to ten z tańczącą Huppert). Przyjemne, lekkie, ale jednocześnie refleksyjne kino. A po trzecie - chociaż Pianistka naprawdę wywróciła mnie na lewą stronę, to mam ogromną ochotę przeczytać książkę Elfriede Jelinek, na podstawie której film został nakręcony. Już. Teraz. Zaraz.



Tak na marginesie: dzisiejsze zestawy, to taki mini zbiór tego, co miałam na sobie w maju. Wiem, że lepsze byłyby zdjęcia z pleneru, ale nie zawsze mamy z Włóczykijem czas, aby je dla Was zrobić. Natomiast zdjęcie w lustrze przed wyjściem to dla mnie żaden problem, dlatego pomyślałam, że na koniec miesiąca (lub rzadziej), będę zamieszczać takie właśnie miksy. Mam nadzieję, że atutem pozostanie różnorodność i kilka opcji ubraniowych w jednym wpisie. Au revoir.







 
Ostatnia propozycja inspirowana Pianistką właśnie - filmem, o którym piszę wyżej.

24 komentarze:

  1. Anonimowy27/5/14

    Przeczytaj książkę koniecznie. Jest, jak to zwykle bywa,lepsza od filmu, który się oczywiście posługuje scenami prze-graficznymi żeby oddać to, spokojnie zmieści się w słowach całkiem lakonicznych [a przy tym robi większe wrażenie]. Jelinek w ogóle ma specyficzny sposób pisania, taki włąśnie [jak by to powiedzieć] oszczędny, a jednocześnie "w twarz". Coś w rodzaju efektu, jaki dają polskie filmy z dawniejszych lat, wyblakłe kolory, nic nieprzepłakanego jak w produkcjach USA, więc wali piąchą w brzuch i chodzisz potem z tymi obrazami, postaciami, pełno tego, tymczasem środki bardzo powściągliwe. W każdym razie pamiętam "Pianistkę" przez lata, a czytałam dawno, jeszcze jako zupełna gówniara.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam jeszcze nic Jelinek, choć doskonale pamiętam czas, kiedy dostała Nobla i to, że obiecałam sobie wówczas, że po coś sięgnę (w ten sam sposób leżakuje u mnie Llosa i Mo Yan :)), ale wierzę, że lepiej czekać na TEN moment, niż czytać "bo wypadałoby".
      Czytałam też o dość swobodnym stosowaniu przez autorkę interpunkcji i zabawie, językiem na co czekam szczególnie, bo bardzo lubię eksperymenty :)

      Usuń
  2. Też tak czasem mam, że film / książka trafia do mnie dopiero za drugim (lub którymś) razem. No i również lubię (od czasu do czasu, jak mam potrzebę i nastrój) sztukę nieprzyjemną i fascynującą. Po takim filmie / książce itp. długo nie mogę się opamiętać i stale wracam do niej myślami.
    Pomysł na takie wpisy bardzo fajny, chętnie będę podglądać Twoje codzienne zestawy :) A bluzeczka z zestawu inspirowanego Pianistką - cudna *_*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też często łapię się na tym, że kiedy mam ochotę coś obejrzeć (z książkami rzadziej), to sięgam wstecz pamięcią i prędzej skuszę się na coś znanego już, niż nowego. Nowości oglądam z innymi, samemu sięgam raczej do tego, co już znam.
      Cieszę się, że pomysł się podoba! ^_^

      Usuń
  3. Anonimowy27/5/14

    Emnildo, wyglądasz świetnie w tej białej kurteczce w zestawieniu z sukienką!

    OdpowiedzUsuń
  4. A mi się najbardziej podobasz w różowej sukience, rozpuszczonych włosach i koralowej szmince :)

    "Pianistki" jeszcze nie widziałam, ciągle jest na magicznej liście "do zobaczenia"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję,a sukienka jest w zasadzie biała, w drobny, czerwony wzorek :) Pianistkę obejrzyj koniecznie! :D

      Usuń
  5. Witaj chcę zaprosić Cię do obejrzenia oraz polubienia mojej strony z oryginalną modą włoską. Serdecznie zapraszam :) https://www.facebook.com/TorselloGourmetFashion

    OdpowiedzUsuń
  6. W sumie nie ogladlam pianistki, ale jak tak polecasz... W sumie lubie takie poruszajace kino.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, choć nie na miły wieczór. Film jest dostępny za darmo np. na vod.pl, więc nie trzeba go nawet specjalnie szukać. Jeśli kiedyś obejrzysz, to chętnie przeczytam, co o nim myślisz. Pozdrowienia :)

      Usuń
  7. Ostatnie zdjęcie w płaszczyku najbardziej mi się podoba. :) A o Pianistce nieco słyszałam, mam zamiar obejrzeć chociaż film.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jelinek jak na razie omijam, może powinnam się przełamać... Jeśli lubisz realizm magiczny, to z noblistów jak najbardziej polecam Mo Yana - realizm magiczny w chińskim wydaniu to naprawdę COŚ :) Pozdrawiam serdecznie, Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem na 80 stronie "Pianistki" i szalenie mi się podoba. Dawno żadna książka nie wciągnęła mnie tak, żebym każdą wolną chwilę przeznaczała na zapoznanie się chociaż z kilkoma zdaniami.
      Dostałam też cynk o tanich książkach Jelinek w taniej księgarni w Poznaniu, więc jutro pójdę na małe zakupy :) Czaję się na "Żądzę" oraz "jesteśmy przynętą kochanie!".
      Nie wiedziałam, że Mo Yan reprezentuje chiński realizm magiczny - wspaniała wiadomość! Ja polecam z tego nurtu "Sto lat samotności" Marqueza (przy okazji: to ukochana książka Włóczykija), którą uwielbiam nie tyle ze względu na historię w niej zawartą, ale przyjemność, jaką niesie język opowieści oraz "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel. :*

      Usuń
    2. Ha, no to z Włóczykijem możemy sobie podać ręce - nic nie przebije Macondo i całej gromady Aurelianów Buendia :) "Obfite piersi, pełne biodra" to właśnie podobny klimat, tyle że podlany chińskim sosem. Mam nadzieję, że jak już zgłębisz twórczość Elfriede, podzielisz się przemyśleniami - ja na razie mówię pas. Dzięki za Laurę Esquivel :*

      Usuń
    3. Podzielę się, oczywiście. Póki co, mogę napisać, że bardzo podoba mi się jej różnorodny język oraz trafne wbijanie szpilek w zachowania społeczne i zachowanie jednostek. Niestety, odnalazłam się gdzieś tam, w tych niektórych fragmentach, szczególnie dotyczących muzyki klasycznej.
      Jeżeli chodzi o realizm magiczny, to w tym stylu pisze również Isabel Allende. Czytałam tylko "Ewę Lunę", ale nie przemówiła do mnie. Pozdrowionka.

      Usuń
    4. Anonimowy2/6/14

      Heyka (podaję ci rękę)! U nas na wsi mamy drzewo Josego Arcadia Buendii- tak je w każdym razie ja nazywam. A co do "Obfitych piersi...", to zabieram je na wakacje. Tam mam zamiar się nimi rozkoszować (bardo się z nich cieszę {z obfitych piersi... se, se- ależ to brzmi! ;-) }), teraz jeszcze bardziej- po tym jak je zareklamowałaś. Pozdrawiam gorąco! _Włóczykij.

      Usuń
  9. very nice. so cute photos. very nice...

    OdpowiedzUsuń
  10. Śliczne zestawy:))przedostatnia sukienka bardzo mi się podoba:)))i zerkam przy okazji na Twój piękny domek:))Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ciągle zachwycam się Twoimi stylizacjami, nie przepadam za tym słowem, ale tak się w blogosferze przyjęło... U Ciebie to - istne dzieła sztuki. Zdjęcia 7, 8, 9 - mistrzostwo. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękuję za Wasze komentarze. Nie zawsze na wszystkie odpowiadam, ale każdy z nich jest dla mnie bardzo ważny :)
Jeżeli jesteś osobą, która nie ma konta w żadnym serwisie internetowym, przy dodawaniu komentarza wybierz opcję "anonimowy".
Ze względu na spam, komentarze do starszych wpisów są moderowane.