21 grudnia 2011

Sankt Petersburg



Jest takie miejsce w Poznaniu, które ochrzciłam ostatnio moim małym Sankt Petersburgiem. Szłam tam całkiem niedawno nocą i nagle, zostawiwszy tłum imprezujących na Starym Rynku obcokrajowców, znalazłam się sama na jednej z przylegających doń bocznych uliczek. Bliskość monumentalnych budynków Fary i Kolegium Jezuickiego, urokliwe oświetlenie i pewna doza magii wyczuwalna w okolicy, sprawiła, że chciałam powrócić tam, by uwiecznić to miejsce na zdjęciach.
......
A dlaczego właśnie Sankt Petersburg? Przede wszystkim z miejscem tym skojarzył mi się sposób pomalowania obu wymienionych wyżej budynków, który natychmiast nasunął mi na myśl Pałac Zimowy lub Carskie Sioło. Tajemnicze zaułki natomiast pamiętam ze zdjęć starej książki Leningrad. Art & architecture, która była jedną z moich ulubionych, kiedy miałam kilka lat. To wszystko złożyło się w niesamowitą całość, która zupełnie odmieniła moją świadomość.
......
Post zapewne oburzy wszystkich przeciwników naturalnych futer (Ci,mogą popatrzeć na rękawiczki, które są sztuczne:), ale właśnie owo naturalne futro przy kołnierzu żakietu zachęciło mnie do jego kupna. Poza tym idealnie współgra z czapką, którą kupiłam dawno temu. Z pewnością nie jest to odzienie, które można nosić przy minusowych temperaturach (no chyba, że autorka bloga baaardzo schudnie i zmieści pod spód naprawdę ciepły sweter), jednak wygląda bardzo ładnie i carsko, a taki właśnie efekt chciałam uzyskać.
......
A co do futer jeszcze, to polecam Wam książkę Saszeńka, autorstwa Simona Montefiore, która opowiada historię towarzyszki Saszeńki o pseudonimie Lis polarny, z powodu noszenia w carskich czasach futra z tego właśnie zwierzęcia. Książkę czyta się jednym tchem. Poznajemy dzieje Szaszeńki i jej rodziny żydowskiego pochodzenia, od czasów przedrewolucyjnych, przez rewolucję, czasy panowania Stalina i terror, który nie ominął głównych bohaterów, aż do lat 90 XX wieku. Wzruszenia i wielkie emocje gwarantowane!







(zdjęcia: Włóczykij)

20 listopada 2011

Jesienna codzienność


W zasadzie nie wiem, czy ktoś zastanawia się gdzie zniknęłam w ostatnim czasie. Otóż właściwie nigdzie. Żyję codziennym życiem, czytam książki i, jak widać na załączonym obrazku, chodzę opatulona futrami. Poza tym "przeprowadzam się" do nowego laptopa i trochę tego wszystkiego nie ogarniam. Mogę wszakże obiecać niedługo stylową sesję zdjęciową inspirowaną latami 40-stymi i klimatem filmów o tej właśnie epoce.
......
Poza tym polecam Wam internetowe wydanie książki, którą ostatnio kupiłam Fashionable, dandys, elegant. Moda męska w XIX i na początku XX wieku w czasopismach ze zbioru Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.
......
KLIKNIJ TUTAJ
Miłego czytania w chłodne, jesienne wieczory.

7 listopada 2011

Piękna Alina i XIX wiek


„Kiedy tylko pierwsze przymrozki ścisnęły ziemię, rozbłyskiwały łuną świetlną o godzinie przedświtu – piece. Światło czerwone drgało przez szpary drzwi w sypialnych pokojach. Dom przepełniał zaciszny trzask spopielających się żywicznych polan. Wstawał dzień.” W ten sposób o corocznych przygotowaniach do zimy pisał Melchior Wańkowicz.
Kwestia ogrzewania domów - szczególnie na wschodzie, gdzie zimy były bardzo mroźne – była bardzo problematyczna, ponieważ trudno było utrzymać we dworach zadowalającą mieszkańców temperaturę. Zwykle zamykano część pomieszczeń, koncentrując życie na mniejszej powierzchni, rozkładano też dywany i wieszano grube, ciężkie zasłony, które miały chronić od zimnego powietrza, przedostającego się przez szpary w oknach. Przed snem natomiast grzano pościele wsuwanym pod nie naczyniem, napełnionym ciepłą wodą.
Na początku XIX w. do ogrzewania pomieszczeń używano zarówno piecy jak i kominków. Kominki uważane za podstawę w arystokratycznym domu dawały ciepło tylko na małej przestrzeni stąd im większy pokój, tym większy kominek był potrzebny, więcej drewna etc. Trzeba zaznaczyć, że optymalna temperaturą było już 12 stopni Celsjusza, ale nawet ta temperatura czyniła kominek kosztownym i mało wydajnym.
W drugiej połowie XIX w., kiedy zaczął upowszechniać się węgiel kamienny, coraz popularniejsze stały się piece kaflowe. Były praktyczniejsze, wygodniejsze i nawet sam książę Czartoryski przyznawał, że „byłoby fantazyą pańską ogrzewać dom za pomocą samych tylko kominków”. Od lat 40 XIX w. piece zaczęto udoskonalać, by dłużej utrzymywały ciepło. Służyły temu m.in. podwójne drzwiczki oraz sytuowanie ich przy ścianach oddzielających dwa pomieszczenia.
W połowie wieku, tytułem eksperymentu, wprowadzono do budynków państwowych Warszawy i Krakowa, ogrzewanie centralne. Było to dobre rozwiązanie dla tych, którzy nie mieli dostępu do stałego opału, ale mimo to nie upowszechniło się ono wśród szlachty polskiej. Nawet w okresie międzywojnia, większość dworów była ogrzewana piecami.
Do innych sposobów radzenia sobie z jesiennym i zimowym mrozem należało wznoszenie dworów z drewna modrzewiowego, które doskonale sprawdzało się w chłodnym klimacie, czy też (w przypadku dworów murowanych) budowanie podwójnych ścian zewnętrznych z cegły palonej, z izolacyjną warstwa powietrza pośrodku. Domy wyposażano również w podwójne drzwi zewnętrzne i podwójne okna.
......
A tak na marginesie to faktem jest, że ogrzewanie piecami kaflowymi jest niesamowite. Wiem, bo doświadczyłam tego w dzieciństwie, kiedy tata rozpalał ogień, gdy na dworze było jeszcze ciemno, a ja patrzyłam sobie na wesoło skaczące po ścianie cienie ogników…




(zdjęcia: Emnilda)

31 października 2011

Opowieść mocno halloweenowa


Było już dobrze po północy, kiedy przyszłam do lasu wraz z Tomkiem. Cisza, jaka nas spowijała sprawiała wrażenie pewnej niesamowitości i lęku. Nie był to do końca strach przed dzikimi zwierzętami, ale owo przeświadczenie, że oto niedaleko czai się ktoś lub coś nie z tego wymiaru. Czekaliśmy rozglądając się wokoło, jednak w skąpym świetle ognika mogliśmy zauważyć tylko zarys pobliskich krzewów i czarną przestrzeń między nimi. Szumiało wysoko w koronach drzew... lecz nagle usłyszeliśmy gdzieś w oddali jakiś głos... nieludzki głos. Był to jęk, którego nie da się opisać, ale który uwodził i pchał nas głębiej w las, ku tej istocie, która go wydawała. Szliśmy dobrze znaną ścieżką, która jednak w nocnej głuszy nie wydawała się ani trochę swojska. Nagle, gdzieś w oddali zobaczyliśmy, że coś rozjaśnia drzewa, coś się porusza. Stanęliśmy i patrzyli zafascynowani jak jakieś nieznane źródło światła rozprasza leśne ciemności. Jęk ustał, ale coś się do nas zbliżało, światło było coraz mocniejsze, drzewa coraz bardziej wyraźne, aż w końcu naszym oczom ukazała się postać Białej Damy z rozwianymi, ciemnymi włosami i strasznymi, czarnymi oczami, którymi łypała na nas groźnie. Wyciągnęła prawą rękę w naszym kierunku, lewą zaś otarła spływającą z jej wargi krew. Staliśmy jak zaczarowani, ale byłam na tyle przytomna by wyciągnąć aparat i zrobić jej kilka zdjęć. Szła ku nam powoli, przestępując z nogi na nogę; kołysząc się z prawa na lewo i nawet nie zauważyłam, kiedy była już tak blisko, że swoimi kościstymi palcami trzymała Tomka za ramiona. Próbował się wyrwać ale miała zbyt wielką siłę. Patrzyła, a raczej wpatrywała się w niego tak długo, aż zamknął oczy, a wszystko wokół nas zaczęło wirować z ogromną prędkością. Nie wiedziałam co się dzieje, widziałam tylko masę szarej mgły otaczającą nas i nagle gdzieś w tej gęstej masie zobaczyłam twarz Tomka, który stał się potworem z zieloną twarzą. Jedynym co przypominało jego dawną twarz był uśmiech...
......
Obudziłam się w samochodzie, który był zaparkowany w lesie, a jego siwiała oświetlały okolicę. Obok mnie siedział Tomek i uśmiechał się tym samym uśmiechem, który już skądś znałam...
- To jak? Robimy sesję zdjęciową na Halloween? - zapytał.
Spojrzałam na niego dziwnie i zaczęłam sobie przypominać różne dziwne rzeczy, ale widocznie był to tylko sen.
- No jasne! - wyskoczyłam niby ochoczo z samochodu, choć cały czas czułam się nieswojo.
Tomek zaczął ustawiać aparat, lecz nagle zawołał mnie z przerażeniem w głosie. Podeszłam do niego i spojrzałam w ekran. Były tam dobrze mi znane zdjęcia Białej Damy i zielonego potwora. Nie wiedziałam już co było prawdą, a co snem.





(zdjęcia: Włóczykij zamieniony we Frankensteina:)

18 października 2011

XIX-wieczna medycyna


Pogoda jesienna sprzyja rożnego rodzaju choróbskom, które czasami leczy się, aż do świąt Bożego Narodzenia. Nieraz nawet nie zastanawiamy się, jakie mamy szczęście posiadając leki i lekarza w pobliżu, który poratuje wtedy, gdy sami nie możemy sobie pomóc.
......
W XIX w. to dwór ziemiański pełnił rolę przychodni i ostoi dla chorych, którzy w potrzebie przyjmowani byli przez panią domu. Ziemianki miały spore umiejętności w tej dziedzinie; doskonaliły je nieustannie korzystając z poradników, a także uczęszczając na specjalistyczne kursy. Takie zdolności w XIX w. były nieocenione, bowiem opieka medyczna na polskiej wsi właściwie nie istniała. W latach 60-tych tegoż wieku w Królestwie Polskim (zabór rosyjski), praktykowało tylko ok. 400 dyplomowanych lekarzy, z czego połowa w samej Warszawie. Jeszcze gorzej było w Galicji i na Kresach. Można przyjąć, że jeden lekarz przypadał średnio na 15 tys. osób. Dlatego, wspomniana wyżej, pomoc pani domu była niezbędna.
Pod nadzorem kobiet znajdowały się dworskie apteczki, czyli wielkie szafy, w których przechowywano najrozmaitsze leki i zioła oraz specyfiki własnej roboty, często bardzo dziwne: łój kozłowy, psie sadło na suchoty, mrówki w spirytusie, zalane oliwą robaki broniące od wścieklizny oraz białą mysz zalaną wódką, której kieliszek wypity potajemnie ponoć skutecznie leczył z nałogu pijaństwa.
Powszechnym w XIX stuleciu medykamentem były pijawki, których używano w celu upuszczania krwi, które, jak sądzono pomagało niemal na wszystkie dolegliwości.
Największym zagrożeniem, jakie mogło spotkać ludność wiejską, jak i mieszkańców dworu były jesienne epidemie, które - przy prymitywnym stanie higieny - rozprzestrzeniały się w zastraszającym tempie. W takich sytuacjach ziemianie sprowadzali lekarzy i osobiście nadzorowali pomoc chorym, jednak wśród prostej, wiejskiej ludności wizja szpitala była po prostu przerażająca. Chłopi panicznie bali się lekarzy i woleli już korzystać z usług podejrzanej reputacji znachorów i bab, niźli dać się wywieźć do szpitala. Ot choćby literacki przykład Nocy i dni, kiedy to w majątku Bogumiła i Barbary Niechciców wybuchła epidemia tyfusu. Przybyła wówczas komisja sanitarna, a w czworakach i we wsi "powstał płacz, a leżących w gorączce wynoszono do stodółek i obór, żeby ich uchronić przez wzięciem do szpitala, którego się bali gorzej niż śmierci (...) Lżej chorzy popowstawali z łóżek i udawali zdrowych".
Medyczna pomoc dworu była nieoceniona jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, szczególnie w najbardziej cywilizacyjnie zacofanych regionach kraju, zwłaszcza zaś na wschodzie. Tamtejsze ziemianki same jeździły po okolicznych wsiach, a także współpracowały z miejscowym lekarzem, który odwiedzając dwór, zaglądał też do wiejskich chałup udzielając chłopom darmowych porad medycznych.


(zdjęcia: Emnilda)

7 października 2011

XIX-wieczny ślub


Początek jesieni sprzyja zmianom. Jak pewnie zauważyliście dotarły one także na bloga. Przez najbliższy czas będziecie mogli podziwiać moją koleżankę Alinę w ciuszkach retro, których wyjątkowość podkreśla swoją niesamowitą urodą.
Alina, tak jak i ja, jest pasjonatką XIX wieku, dawnych zwyczajów, życia i mody, dlatego sesja zdjęciowa w starym stylu była dla nas ogromną przyjemnością. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy bawić się w ten sposób, wymieniając rolami fotografki i modelki.
......
Jesień jako nostalgiczna pora roku sprzyja wspomnieniom. Jednak to nie tylko czas deszczowych dni oraz święta zmarłych. Słoneczna jesień, jakiej jesteśmy świadkami, sprawia, że brodząc wśród opadłych liści można wyobrażać sobie dawne życie w ziemiańskim dworze, jesienne prace w polu oraz angielski park mieniący się przeróżnymi barwami października.
W XIX wieku jesień była jedną z popularniejszych pór roku do zawierania ślubów. Zakończone prace w polu, pełne spiżarnie i większa dzięki temu ilość czasu wolnego, sprzyjała życiu rodzinnemu. Instytucja małżeństwa stanowiła dla kobiet jedyną przepustkę do uzyskania względnej niezależności i prestiżu. Stara panna czyli kobieta już przed 30-stką traciła w zasadzie wszelkie nadzieje na zamążpójście i zmianę pozycji społecznej. Zazwyczaj już do końca życia pozostawała we dworze bliższej lub dalszej rodziny w charakterze rezydentki pomagając w gospodarstwie oraz zajmując się działalnością charytatywną.
Wiek odpowiedni do zamęścia zmieniał się. Na początku XIX wieku Kajetan Kraszewski wspomina, że "żeniąc się Ojciec nasz miał lat 21, a matka 15", jednak pod koniec wieku radzono czekać kobiecie co najmniej do 20 urodzin, by uniknąć późniejszego rozczarowania.
Szczególnie groźbę staropanieństwa przeżywano w domach gdzie było wiele córek. W majątkach położonych na dalekich Kresach z dala od sąsiadów i miasta, gdzie panny mogłyby bywać w towarzystwie zagrożenie to było całkiem realne. Niestety często zdarzało się tak, że miłość znały one jedynie z popularnych wówczas romansów i francuskich książek.
Jeżeli już doszło do zaślubin, w ich celebrowaniu uczestniczyła cała wiejska społeczność. Okoliczni chłopi dekorowali bramy i zbierali się przed kościołem, by wspólnie pomodlić się o szczęście pary młodej. W Królestwie Polskim do tradycji należało strzelanie z batów, którymi furmani przerywali weselny obiad, a który nowożeńcy musieli... opłacić kilkoma rublami. Wraz z upływem XIX stulecia, we dworze rezygnowano z różnych dawnych obrządków - zrękowiny o północy, oczepiny, przenosiny, dzielenie kołacza (zachowały się one bardziej w tradycji chłopskiego wesela). Niektóre elementy tradycyjnych zaślubin były dla wielu ziemian wymysłem i dziwactwem. W pamiętniku z 1875 roku możemy przeczytać o zdziwieniu panny młodej, która pod stołem odkryła dobierającego się do jej trzewika gościa, który staropolskim zwyczajem chciał z niego wypić jej zdrowie.
Jakby nie było, każda zabawa weselna była wspaniałą rozrywką, a śluby znaczniejszych ziemian i arystokracji stawały się wydarzeniami towarzyskimi, o których pisano w lokalnych gazetach i długo wspominano w chłodne jesienne wieczory.




(zdjęcia: Emnilda)

12 września 2011

Zachwyt i przypalone gary

(zdjęcie: Włóczykij)

No tak. Tego się można było spodziewać. Po trzyletnim prowadzeniu bloga postanowiłam powrócić do dawnych postów i poczytać nie tyle moje wypociny, ile Wasze komentarze i... zaczytałam się tak, ze przypaliłam garnek z makaronem. 113 post to kiepska wymówka, by prezentować tu Wasze wypowiedzi, ale tak mile połechtały one moje ego, że muszę się z Wami nimi tutaj podzielić, a raczej je przypomnieć. Z całego serca, jeszcze raz, DZIĘKUJĘ!
......
Droga Emnildo, Twoj czarowny blog zachwyca mnie za każdym razem specyficzną aurą tajemniczości i elegancji właśnie,a że też mam sentymentalną duszę i kocham całym sercem przedwojenne historie,modę i klasę,zawsze chętnie do ciebie zaglądam i przenoszę się wehikułem czasu, a to na pensję dla panien a to do zadymionej kafejki na Montmartre.Dziękuję ci za te wrażenia:)całość prześliczna seniorito Emnildo
......
Dla mnie też nr 1 jeśli idzie o hallowenowe posty - odkrywam w Tobie coraz to nowe zalety. Dziewczyna z klimatycznym domem (zazdroszczę!) i świetną koszulą, poczuciem humoru (pamiętam, jak oczarowałaś mnie latem przy okazji posta o wakacjach pod palmą ;) i widzę, że jesienią humor Cię nie opuszcza :), oblatana w horrorach i do tego czytelniczka Wittgensteina (podpatrzyłam w komentarzach u Elfki). Jesteś wspaniała.
......
Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej szafy! Zaglądam tu od pewnego czasu i za każdym razem przekonuję się, że stylizacje retro doskonale prezentują się na tle współczesności. Pozdrawiam!
......
bardzo podziwiam Twoją konsekwencję, zarówno jeśli chodzi o ciuchy, jak i o notki. na ulicy na pewno bym się za Tobą odwróciła - przyznam szczerze, że trochę ze zdziwienia, że mimo takiego modowego bajzlu są ludzie, którzy stawiają tylko i wyłącznie na własne "widzimisię", a nie propozycje projektantów. trochę Ci tego zazdroszczę ;)
......
zatkało mnie...w życiu nie przyszło by mi do głowy doszyć obrus do sukienki;)wyszło super!
......
Bardzo podoba mi się strój po zdjęciu sweterka, naprawdę wyglądasz bardzo, bardzo retro :) Jasny róż i delikatne tkaniny (no i pliski!) kojarzą mi się z wysokimi, jasnymi wnętrzami letnich dworków, oświetlanymi promieniami czerwcowego słońca, przez wysokie, białe okna, prowadzące na taras .... :) Seio :) Takimi jak z " Kariery Nikodema Dyzmy" z niezapomnianym Romanem Wilhelmim.
......
Szkoda, że okres międzywojenny był zbyt krótki, na przeżycie całego, spokojnego życia...Eugeniusza Bodo nie cierpię, właśnie sobie uświadomiłam, że chyba za szminkę i pomadę - dzięki :)
......
Oh, gdyby tak móc zamieszkać w takiej kamienicy... ^^Jesteś niesamowita - nie tyle ubierasz się w stylu retro, ale jesteś retro. Wszystkie te szczegóły, ubrania, wszystko emanuje starymi czasami. Magia :)Dziękuję Ci bardzo za komentarz i za sprawienie, że przez cały dzień chodziłam uśmiechnięta :)
......
Bardzo lubię czytać Twoje posty. Tyle w nich zawsze faktów i bibelotów, nie zaś walających się między linijkami (przepraszam za słowo, które padanie) pierdół. To jest właśnie TO - ubrać się pod kolor filiżanki, posiedzieć przy niej, kontemplować, nawet powygłupiać się trochę :) a potem radośnie ruszyć w całkiem inne, współczesne krajobrazy. Bo życie ma nie tylko formę, ale i treść :).
......
Ile zieleni! Twoje ubranka przypominają mi, że powinnam wziąć się za siebie i bardziej jasno zakomunikować światu zewnętrznemu swoje ja. Dziękuję :*
......
Emnildo, z przyjemnością przeczytałam post, a poniższe zdjęcia mnie po prostu urzekły. Mimo tej pensjonarskiej bluzeczki w spodniach i z papierosem wyglądasz bardzo intrygująco, wręcz seksownie;))
......
Chciałam też zapowiedzieć małe zmiany od przyszłego posta. Otóż przez cały październik gościnnie na blogu występować będzie moja koleżanka Alina (ja tym razem wcielę się w rolę fotografki).
Będzie bardzo retro, bardzo romantycznie i magicznie. Zapraszam.

7 września 2011

W ziemiańskim dworze

Javier Navarrete - Forever

Nie wiem od czego zacząć. Może od tego, żebyście włączyli sobie kawałek muzyczny, który jest koniecznym dodatkiem do dzisiejszej sesji, inspirowałam się bowiem filmem Cracks z którego pochodzi. Wzmiankę o nim znalazłam zupełnie przypadkowo na filmwebie szukając informacji o obrazach, których akcja dzieje się w latach 30 ubiegłego wieku. Obejrzałam i się zachwyciłam! Film jest bardzo niejednoznaczny, ukazuje bardzo złożone osobowości głównych bohaterek, którymi są uczennice elitarnej szkoły dla dziewcząt, oraz ich enigmatyczna nauczycielka panna G. Pewnego dnia do grupy dołącza nowa koleżanka Fiamma, która stając się ulubienicą panny G. burzy dotychczasową równowagę panującą wśród dziewcząt i wyzwala prawdziwe oblicze ich nauczycielki.
......
Do ubrania tej sukienki skłonił mnie właśnie wyżej opisany film i kreacje, jakie miały w nim na sobie główne bohaterki grane przez Marię Valverde i Evę Green. Inspirowałam się też nawiązującą do polskich realiów książką W ziemiańskim dworze, która bardzo dokładnie przedstawia życie ziemian na tle kolejnych pór roku, opisując wszystkie ważne święta, prace, polowania, ale także to, jak wyglądało zwyczajne życie; jak przyjmowano gości, radzono sobie z brakiem oświetlenia zimą oraz brakiem lodówek latem (będę Was na bieżąco informować o tym wszystkim:). W każdym razie jest to fascynująca książka, która pozwala na chwilę oderwać się od rzeczywistości i zaszczepić w swoim umyśle filozofię życia okresu międzywojennego, co bardzo mi pomogło w stworzeniu dzisiejszej kreacji.
......
Sesja została wykonana bezpośrednio przed weselem znajomych, które odbyło się w miniony weekend w górach. Było fantastycznie - przetańczyliśmy z Tomkiem prawie całą noc, a nawet złapaliśmy: ja- kwiaty pani młodej, a on - krawat pana młodego:) Jako koneserka dobrej kuchni muszę też pochwalić pyszne jedzenie, szczególnie krem ze szparagów podawany z prażonymi płatkami migdałów.
......
A co do mojego stroju mam jeszcze jedną anegdotkę. W czasie kiedy czekaliśmy przed kościołem na parę młodą, podszedł do mnie jeden ksiądz i zagadnął, iż bardzo to fajnie, że mam suknię w stylu retro. Zrobiło mi się niesamowicie miło i bardzo się zdziwiłam. Oczywiście podziękowałam i powiedziałam: dobrze, że to widać!





(jak to rzekł Włóczykij: "uchwycenie Muzy": on sam)

24 sierpnia 2011

Wakacyjne wojaże


Witajcie po bardzo długiej przerwie! Sama się zdziwiłam, że tyle czasu minęło, kiedy zobaczyłam datę publikacji ostatniego posta. Lipiec uciekł mi tak jakoś między palcami, upłynął leniwie i prawie niezauważalnie, natomiast w sierpniu wyruszyłam w świat i o tym chciałabym dziś skreślić parę słów.
......
Tak na marginesie - ogromna to dla mnie przyjemność, że mogę znów pisać - składać wyrazy w dowolne kombinacje!
......
W tym roku, po raz pierwszy od dłuższego czasu, wywiało mnie daleko - aż do Tunezji. Korzystałam ze wszystkiego: gorącego słońca, doskonaliłam umiejętności pływackie, oraz targowałam się zawzięcie ze sprzedawcami, których towary miały czasem ceny jak z kosmosu! Udało mi się kupić to o czym marzyłam, czyli fajkę wodną oraz (zupełnie przy okazji) kapcie z króliczego futra, które będą grzać moje stopy w zimowe dni.
......
Tunezja zachwyca. Bogactwem kolorów, orientalnym wzornictwem, zwyczajami ludności, nawoływaniem muezzina i Saharą. Właśnie rejon pustynny - oazy wśród górskich przełęczy, piaszczyste wydmy ciągnące się po horyzont i niesamowicie gorący wiatr sirocco zrobiły na mnie największe wrażenie. Na Saharę chciałabym jeszcze wrócić, ale nie jako zorganizowana turystka. Chciałabym tam pobyć, pomieszkać, uczestniczyć w prawdziwej (a nie tylko godzinnej) karawanie na wielbłądach i nocować w namiotach ludzi pustyni. To byłaby przygoda! Niemniej, nawet tylko dwa dni spędzone tam właśnie tchną niesamowitością, magią i spokojem, którego tak brakuje na tunezyjskim wybrzeżu, oraz wszędzie tam, gdzie jest rozwinięta cywilizacja.
......
Tunezję polecam też jako interesujący plener fotograficzny. Zrobiłam tam ponad 1700 zdjęć i wybrać tych kilka, które zamieszczam w tym poście było naprawdę ciężko. Zostawiam Was już sam na sam z fotografiami. Niech one teraz przemówią.
























(zdjęcia:Emnilda, zdjęcia Emnildy: Włóczykij, zdjęcie Emnildy i Włóczykija: jakiś pan)